• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Zapraszamy do serwisu specjalnego

    Spieszy się jak… szewc

    Ks. Zbigniew Wielgosz

    |

    Gość Tarnowski 32/2012

    dodane 09.08.2012 00:00

    Z Sewerynem Goszczyńskim wyruszam trochę bliżej „Tatrów”, aczkolwiek zamierzam na chwilę zatrzymać się pośród krajobrazów między Rożnowem a Ciężkowicami.

    Jadę więc do Wojnicza, stamtąd, około Panieńskiej Góry, dalej na południe, aż pojawi się trójkątny rozjazd. Ja – na Zakliczyn. W mieście szukam szewca. Na drugim co do wielkości rynku w Małopolsce właśnie trwa jarmark, gdzie można kupić prawie wszystko, czyli szwarc, mydło i powidło. Chyba to było 1 marca 1832 roku, kiedy Goszczyński wjechał do Zakliczyna, gdzie na rynku zastał niemiłosiernie głębokie błoto. Esteta rozumiał jednak jego pochodzenie: „nie można mu [Zakliczynowi] tego mieć za złe, bo leży na niskiej płaszczyźnie i roszony jest mnóstwem strumyków…”. W każdym bądź razie dziś błota nie ma, a rynek pulsuje życiem sprzedających i kupujących w środowe zjazdy. W inne dni spokojniejszy, wyciszony, senny. W środku ratusz, w otoczeniu urokliwych kamieniczek i domów, z paskudnym architektonicznie domem towarowym na krańcu północnej pierzei rynku.

    Wciąż nie znajduję szewca. A tymczasem, blisko 200 lat temu, miasteczko słynęło z szewców, którzy ponoć szyli buty ludziom mieszkającym nawet w odległych stronach Galicji. „Główne jarmarki tutejszych szewców były w Brzesku, do którego ztąd przez góry za Dunajcem przeprawić się trzeba: pośpiech, z jakim zdążali do owego miasteczka leżącego ztąd o mil cztery, miał zrodzić przysłowie: spieszy się jak szewc z Zakliczyna. Upodobanie w tem rzemiośle zachowuje się dotąd między mieszkańcami Zakliczyna” – pisze Goszczyński. Niestety, to upodobanie należy do przeszłości i, jak pokazuje miejscowa rzeczywistość, se ne vrati. Utwierdzają mnie w tym panie z miejskiej biblioteki, które na pytanie o szewców w Zakliczynie kręcą głowami. – O, nie ma już tej tradycji. Owszem, jest jeden pan, który ma tu niedaleko punkt, ale nie jest stąd. Dawni zakliczyńscy szewcy już poumierali – konstatują z nostalgicznym uśmiechem.

    Lekkie jak piórka

    Więc z szewca nici. Idę zatem w miasto! Kto chciałby zobaczyć je tak, jak wyglądało w XIX wieku, musi pójść w kierunku kościoła św. Idziego. Prowadzi do niego stara drewniana zabudowa przy ul. Mickiewicza. Owszem, niektóre domy wyremontowano według modelu „na jak nowe”, ale zachowały się charakterystyczne podcienia, zaś z wysuniętych dachów zwisają nad ulicą potężne spusty rynien. Nieźle musi z nich chlustać, gdy ulewa. W najstarszym, błękitnym domu „Pod Wagą” mieści się izba regionalna, ale można ją zobaczyć jedynie po wcześniejszym umówieniu się w miejskim centrum kultury. Wezwanie kościoła – św. Idziego – świadczy o dawności tutejszej parafii. Opiekowali się nią najpierw benedyktyni, szerzący w XI wieku kult opata z Saint Gilles.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość
      przewiń w dół