• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • On uczy nas życia

    Grzegorz Brożek

    |

    Gość Tarnowski 18/2013

    dodane 02.05.2013 00:00

    Małgorzata Rosa mówi, że nigdy nie zadawała sobie pytań: dlaczego to my? Dlaczego spotkało to nasze dziecko?

    Rodzicie nie wiedzieli, że Jędrek urodzi się niepełnosprawny. – Były badania, USG, ale niczego niepokojącego nie pokazały – wspomina Wojciech Rosa, tata Jędrka.

    Amelia

    Po narodzinach nie pokazali matce dziecka. – Usłyszałam tylko, jak lekarz powiedział, żeby podać mi podwójną dawkę relanium, i zasnęłam. Kiedy się obudziłam, powiedziano mi, że „dziecko ma wiele wad”. Pomyślałam tylko o tym, czy będzie żyło. Potem okazało się, że nic mu nie jest, że Jędrek ma tylko wrodzoną amputację wszystkich kończyn – wspomina pani Małgosia. Dziecko urodziło się bez obu podudzi i bez dłoni. Nie mieli czasu rozczulać się nad sobą, bo od razu trzeba było działać. – Nie zastanawialiśmy się, dlaczego my, dlaczego naszemu dziecku to się przydarzyło. Nie walczyliśmy z Panem Bogiem, nie buntowaliśmy się, może dlatego, że trzeba było od razu zabrać się do pracy i myślenia, jak pomóc naszemu dziecku – wspominają Rosowie. Rehabilitacja zaczęła się od 10. dnia życia, po 4 razy dziennie. – Było mnóstwo pracy przy dziecku, czas leciał szybko – opowiada Małgorzata.

    Nauka

    Od tego czasu minęło prawie 17 lat. Wiele się zmieniło. Dawniej, kiedy w lecie wyjeżdżali na spacer z synem, który nie miał nóżek i dłoni, słyszeli: „O jakie biedne dziecko!”. W Belgii, gdzie przechodził zabiegi, w tym samym czasie słyszeli raczej: „Ale on ma ładne oczy”. Okazało się, że nie było dla Jędrka miejsca w przedszkolu. „Jest zgłoszony, ale przepisy…”. – W zasadzie od niego w Brzesku zaczęły się grupy integracyjne w przedszkolu. Ale zetknęliśmy się z wielkim oporem. Próbowano nam wmówić, że najlepiej byłoby dziecko schować w domu. Zaoszczędziłoby to wszystkim kłopotu – mówi Wojciech. Był czas, że obchodzili się z synem jak z jajkiem, starając się maksymalnie ułatwiać mu życie. Dość szybko zrozumieli, że to ślepa uliczka. – To on uczył nas, że można żyć bez nóg i to zwyczajnie, po prostu, normalnie – mówią rodzice, którzy dla jego dobra cedowali na niego sporo zadań i obowiązków.

    Protezy

    Zmartwieniem rodziców od zawsze były protezy nóg Jędrka. Dłoni nie protezowali. Końcówkami ramion nauczył się posługiwać doskonale. Pisze długopisem, otwiera drzwi, odwija cukierki z papierków. – Protezowanie nóg zaczęło się w 10. miesiącu życia. Początkowo, wraz ze wzrostem, trzeba było je wymieniać co kilka miesięcy. Obecnie co rok, półtora – mówi Wojciech Rosa. Koszt? Dotychczas to za każdym razem 30 tys. złotych za najprostsze mechaniczne protezy. Refundacja? Owszem jest: 5 tys. co dwa lata. – Dziś staramy się pozyskać większą kwotę, by kupić Jędrkowi, który już nie jest w fazie tak intensywnego wzrostu, protezy lepsze technicznie, które na dłużej, 3–5 lat pozwolą mu lepiej funkcjonować – informuje pan Wojciech. Ostatnio w Brzesku przyjaciele Jędrka z parafii pw. Miłosierdzia Bożego zorganizowali koncert, na którym uzbierali prawie 10 tys. złotych. Sporo jeszcze brakuje.

    Uśmiech

    – Ograniczenia są, ale nie tak duże, jak by się wydawało. Zwłaszcza że ja nie mam skali porównania. Zawsze taki byłem – mówi Jędrek. Nie ma szans na razie pojeździć rowerem, ale już w piłkę czy w siatkę zdarzało mu się grać. Realizuje się artystycznie. – Śpiewam w chórze w parafii pw. Miłosierdzia Bożego, gram tam w teatrze – przyznaje skromnie. Jeździ też na lekcje śpiewu do Krakowa. – Występuje publicznie bez odrobiny tremy. Podziwiam to, bo sama nie potrafię – mówi mama Jędrka. Ma mnóstwo znajomych i przyjaciół. Z tatą pływa i jeździ konno. – Wydaje mi się, że tak naprawdę to największym ograniczeniem jest nasza głowa, fakt, że wielu rzeczy nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Tymczasem Jędrek pokazuje, że jak się chce, to można żyć, cieszyć się smakiem życia – mówi Wojciech Rosa. – Kiedyś zadzwoniła do mnie młoda dziewczyna, która spodziewając się dziecka, usłyszała od lekarzy, że jej maluszek urodzi się z amelią. Była przybita i przerażona – wspomina Małgorzata. Przyszła matka przyjechała do Brzeska. Jędrek z panią Katarzyną siedzieli i ze 2 godziny rozmawiali. – Kiedy wychodząc, stanęła w drzwiach, delikatnie się uśmiechnęła – wspomina pani Małgosia.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół