• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Czułam, że chronił nas Bóg

    dodane 02.01.2014 00:00

    O pracy w szpitalu w Bagandou, wierze i rebelii z Gabrielą Durczyk rozmawia ks. Zbigniew Wielgosz.

    Ks. Zbigniew Wielgosz: Poznaliśmy Panią dzięki wiadomościom pisanym na blogu…

    Gabierla Durczyk: W Bagandou pracowałam rok. Blog miał być z początku formą kontaktu ze znajomymi, dla których Republika Środkowej Afryki to był tylko jakiś region, a nie państwo. Blog – przez internet – to było też nasze okno na świat, bo mieliśmy odcięty telefon.

    Jak minął ten rok?

    Przy stole operacyjnym, przy dzieciach, dorosłych, podczas wizyt lekarskich, nocą, gdy coś się działo… Na początku, jak przyjechałam, było dużo wypadków motocyklowych. W najgorszym okresie rebelii nie było aż tak dużo pracy, bo ludzie bali się przychodzić, uciekali do lasu i nie wracali do szpitala. Nie wiemy, ile ofiar, takich „cichych”, ukąszonych przez węża, zabitych przez malarię, było w tym ostatnim czasie.

    Największy problem?

    Malaria, niedożywienie dzieci. Najbardziej bolesna jest bezsilność, kiedy rodzice zabierają najpierw dzieci do czarownika, a potem dopiero przychodzą do nas. Na leki od czarownika nie mamy żadnego antidotum, więc nie wszystkie dzieci udało się uratować. Bywały też sytuacje, że dziecku się polepszało w naszym szpitalu, a po kilku dniach rodzice podawali mu leki od czarownika. A my nic nie mogliśmy zrobić.

    Czego wam najbardziej brakowało?

    Ludzi, personelu. Często się zdarzało, że noc w noc byłam wołana do szpitala. Ale szpital mimo to funkcjonuje bardzo dobrze, ludzie miejscowi radzą sobie coraz lepiej, są wyszkoleni. Leków nam nie brakowało, choć wiadomo, że nie były to jakieś nadzwyczajne medykamenty.

    Szalała rebelia. Jak sobie pani radziła ze strachem?

    Na początku nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Ciągłe napięcie, nasłuchiwanie. Dochodziły nas wieści o działaniach rebeliantów, że jadą, że są blisko… Bardzo to było stresujące na początku. Potem jakoś się do tego stresu przyzwyczajaliśmy. Był moment, że uciekliśmy do lasu, w busz, bo rebelianci byli 30 kilometrów od nas, ale nie dotarli do szpitala. Nie da się być spokojnym wobec człowieka, który pojawia się z bronią, idzie w twoim kierunku. Albo można było zwariować z tego całego strachu, albo zaufać. Nie wiem, czy kiedykolwiek udałoby mi się tak zaufać Bogu, jak tam. Powiedziałam Mu: „Jak już tu jestem, to mnie, Panie Boże, chroń”. Była możliwość ewakuacji, ale zostaliśmy. Nie żałuję, że zostałam.

    Spotkaliście się oko w oko z rebeliantami?

    Ich samochód pojawił się pod bramą – światło reflektorów i ludzie, którzy pod światło idą do nas z karabinami. To był najbardziej stresujący moment. Chcieli sprawdzić samochody, czy nie są kradzione, czy nie należą do rządu. Oskarżali nas również o posiadanie broni. Czułam, że Bóg nas wtedy chronił, bo w jednym samochodzie brakowało jakiś dokumentów… już był taki moment, że się nie znajdą i oskarżenia rebeliantów się potwierdzą, ale nagle krzyczący na nas rebeliant został przez kogoś zawołany i sprawa się skończyła. Nic nie wykryli, odjechali, a my wszyscy poszliśmy do kaplicy. W tylu misjach, punktach medycznych kradli, niszczyli, zabijali, – a u nas się nic nie wydarzyło, nic nie ukradziono i nic nie zniszczono. Czuliśmy Bożą opiekę.

    Miejscowi postanowili was bronić?

    Przez długi czas pilnowali nas mężczyźni. Mieli tylko maczety, ale sam fakt, że to miejscowi z własnej woli chronili szpital, świadczył, jak bardzo im zależy, żebyśmy zostali. Nie było też momentu zwłaszcza nocą, wieczorem, żebym sama szła do szpitala. Zawsze mnie ktoś pilnował, odprowadzał.

    Szpital stał się dla nich bardzo ważnym miejscem…

    Gdy mają do wyboru tak zwane państwowe lecznice i nasz szpital, to przychodzą do nas, bo wiedzą, że tu znajdą fachową pomoc.

    Jakie doświadczenie wyniosła Pani z pracy z ludźmi w Bagandou?

    Wszyscy mnie pytają, czy wielkie są różnice w mentalności między nami a Afrykanami. Są, w niektórych sprawach, ale jak się przyjrzymy głębiej tym ludziom, to okazuje sie, że oni mają takie same pragnienia jak my: chcą być szczęśliwi, mieć pracę, rodzinę. Kobiety chcą ładnie wyglądać, posyłać dzieci do szkoły. To naprawdę wspaniali ludzie, których żal było żegnać. Szpital w Bagandou prowadzi diecezja tarnowska dzięki ofiarom zebranym przez Kolędników Misyjnych. Także w tym roku dar od diecezjan zostanie przekazany na działalność placówki

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół