• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Otwarte drzwi

    ks. Zbigniew Wielgosz


    |

    Gość Tarnowski 20/2014

    dodane 15.05.2014 00:15

    Powołani. Młodzi ludzie, którzy 17 maja przyjadą do Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie, po raz pierwszy 
będą mogli zobaczyć je od środka. Tajemnica gmachu 
przy Piłsudskiego 6 tkwi jednak nie w murach, lecz w osobach, które w nich żyją.


    Jacek Chmura z Delastowic jest już na piątym roku. Przed nim diakonat. Pierwsza myśl, by pójść do seminarium, pojawiła się dzięki rozmowom z katechetą ks. Bogdanem. To było jeszcze w gimnazjum, które szybko przeminęło, a w szkole średniej myśli o kapłaństwie zblakły, choć koledzy twierdzili, że jeszcze w I klasie nadawał się na księdza, później już nie. – Byłem chyba człowiekiem rozrywkowym, więc nie widziano we mnie kandydata do sutanny. Owszem, miałem przykłady dobrych księży, ale nigdy nie wyobrażałem sobie siebie jako jednego z nich – opowiada. Miał już plan na przyszłość: małżeństwo, rodzina, budowa domu. Kiedy chodził do technikum, pojechał popracować w Niemczech. – Żeby zarobić na prawo jazdy, studniówkę i różne inne rzeczy, o których młody chłopak marzy – dodaje. Za granicą często odwiedzał jeden z kościołów, który przeważnie świecił pustkami. Dużo się modlił, przeważnie na różańcu, który, nie wiedzieć skąd, znalazł się w jego plecaku szkolnym. Kiedy wracał ze szkoły, wyciągał sznur paciorków i wędrował z różańcowymi tajemnicami do domu. Podobnie było za granicą. Przyszło powołanie. Podjął decyzję w tajemnicy przed najbliższymi. – Kiedy złożyłem papiery, modliłem się, żeby mnie nie przyjęli, bo negatywna odpowiedź byłaby czytelnym znakiem, że kapłaństwo to nie moja droga – uśmiecha się. Stało się inaczej. – To była zasługa moich prababci. Jedna wycierpiała mi seminarium na łożu śmierci, a druga wymodliła. I babcia, która zawsze pilnowała, żebyśmy chodzili na majowe i nabożeństwa różańcowe – podkreśla. Kandydata do seminarium zaprowadziłby do kaplicy. – Od pięciu lat wpatruję się w obraz Ukrzyżowanego i w tabernakulum. Tu zaczynam i kończę każdy dzień. Tu jest moje miejsce walki i warsztat, gdzie Pan Jezus pracuje nade mną. Kaplica jest dla mnie intrygującym miejscem, zwłaszcza podczas nocnych adoracji i każdej Eucharystii. Wszyscy troszczymy się o nią, bo sami ją dekorujemy, sprzątamy, posługujemy w liturgii. To nasz dom w domu. Sanktuarium – wyjaśnia. Od tabernakulum rozchodzą się w kamiennej posadzce promienie, które wychodzą niejako poza kaplicę, przenikając cały dom. 


    Do ogrodu


    Michał Sapalski przez całą szkołę średnią myślał o prawie, więc nauka historii, wiedzy o społeczeństwie i angielskiego, bo te przedmioty musiał zdawać na maturze, jeśli chciał przywdziać kiedyś prawniczą togę. W szkole Bóg postawił na jego drodze ks. Jana, który stał się jego spowiednikiem i kierownikiem duchowym. Zachęcił Michała do udziału w rekolekcjach ignacjańskich. – Zmianę w moim zachowaniu dostrzegli rodzice, którzy wypytywali mnie, co się ze mną dzieje. Przemianę widać było w modlitwie. Kiedy wracałem ze szkoły, po odłożeniu plecaka czytałem Pismo Święte i odmawiałem koronkę. Dopiero potem brałem się do nauki. Trwał Rok Kapłaństwa i wczytywałem się w życiorys św. Jana Vainneya. Żeby mieć dobrą ocenę z religii, poprosiłem ks. proboszcza o opinię, że udzielam się w parafii. Katecheta odczytał ją przy mnie, a tam w postscriptum było napisane: „mam nadzieję, że Michał pójdzie za Chrystusem drogą kapłaństwa”. To było ziarenko rzucone na glebę mojej duszy, które kiełkowało, aż stało się jasne, gdzie mam iść – opowiada. Jeszcze raz jedzie na rekolekcje ignacjańskie, żeby rozeznać swoją przyszłość i podjąć decyzję. Od czterech lat jest w tarnowskim seminarium. Chłopaków zaprowadziłby do ogrodu. Lubi tam przebywać, zwłaszcza blisko figury Matki Bożej. To miejsce wytchnienia, odpoczynku, jest tu też boisko, gdzie można zagrać w piłkę. – Ogród „najdziwniej” wygląda, kiedy trwają rekolekcje i tłumy kleryków chodzą alejkami w milczeniu, każdy w swoją stronę, razem, a jednak osobno. Myślę, że ludzie, którzy mieszkają wokół ogrodu dziwią się temu, choć przez tyle lat istnienia seminarium chyba zdążyli się do takiego widoku przyzwyczaić – uśmiecha się.


    Spoczynek w Duchu


    Michał Mos jest z parafii św. Józefa Rzemieślnika z Rytra. W seminarium na III roku studiów i formacji. Był ministrantem, lektorem, ceremoniarzem. Miał łatwość spontanicznej modlitwy. Jako dorastający młodzieniec zakochał się. Najpierw w piłce nożnej. Jako szesnastolatek grał w pierwszym zespole Poprad Rytro na pozycji bramkarza. Zdobył z chłopakami awans do okręgówki. – Chciałem zostać piłkarzem, ale w czasie jednego z treningów rosły, dwumetrowy kolega strzelił mocno. Musiałem przyjąć nogą, ale uderzyłem nią w ziemię. Potem nadleciała z wielką siłą piłka. Trzasnęła kość w kolanie. Podobno chodziłem jak po spożyciu – opowiada. Kontuzja była poważna, trzeba było usunąć łękotkę. Kariera skończona. To był cios, ale wtedy pojawiła się możliwość redagowania strony sportowej w internecie. Wszystko zaczęło się układać. W tym czasie zakochał się drugi raz. No i piłka dalej była w grze, tym razem oglądana z loży dziennikarskiej. – To było niesamowite, spotkania z dziennikarzami najważniejszych tytułów i rubryk sportowych, z piłkarzami z najwyższej polskiej półki. Jednak po roku strona padła. Kolejny cios. A myśli o kapłaństwie cały czas nie brakowało. Pamiętam, jak podczas dziękczynienia w Wielki Czwartek zaświeciło nagle słońce. Nie mogłem wytrzymać siły tego światła. Coś się we mnie wówczas odezwało, jakieś wezwanie, by iść na księdza. Potem wmawiałem sobie, że się przesłyszałem – wspomina. Michał czekał na znak, żeby mógł spotkać księdza, który pokaże mu piękno kapłaństwa. I pojawił się ks. Waldemar. Dzięki niemu zmienił zdanie o duchownych, kształtowane też przez negatywne opinie kolegów. Ksiądz Waldemar odmienił jego spojrzenie, a życie inny kapłan, ks. Janusz, katecheta w szkole średniej w Nowym Sączu. – Pewnego razu poszedłem do niego i spotkanie przerodziło się w spowiedź, a potem ksiądz położył na mnie ręce i modlił się. Zemdlałem. Później dowiedziałem się, że miałem spoczynek w Duchu Świętym. Pojawiła się taka radość, że ludzie patrzyli na mnie jak na dziwaka, kiedy szedłem główną ulicą Sącza. A mnie się chciało śmiać i płakać. I wszystko już było jasne. Rozstaliśmy się z dziewczyną „za porozumieniem stron” i przyszedłem do seminarium, gdzie jestem trzy lata. Dzisiaj wiem też, że wymodliła mi to ciocia podczas pielgrzymki do Rzymu, tydzień po moich urodzinach – mówi. Gości w seminarium zaprowadziłby do sali misyjnej, pełnej wspomnień i eksponatów z dalekich krajów, gdzie być może Michał będzie kiedyś ewangelizował. 


    Brama do innego świata


    Najmłodszy z moich rozmówców, Daniel Syjut, z parafii Zmartwychwstania Pańskiego w Kiełkowie, jest na drugim roku. Od dawna myślał o przekroczeniu tajemniczego progu seminarium, bo widział świadectwo księży. Jak mówi, przed maturą stanął nad przepaścią. – Do tej pory musiałem gdzieś iść, ale po maturze już mogłem wybierać. Zdarzyło się, że wyjechałem do USA, gdzie spotkałem swoją rodzinę, a wśród niej wujka Stanisława, bardzo mądrego, roztropnego i pobożnego człowieka, z którym przegadałem mnóstwo czasu, co pomogło mi uporządkować pewne sprawy, choć nie podejmowałem co do przyszłości żadnych wiążących decyzji – opowiada. Przed maturą bierze udział w rekolekcjach. Podczas nabożeństwa adoracji krzyża uczestnicy mogli podejść od niego, objąć go, przytulić. Robi to i Daniel. Wtedy coś w nim pęka. Pojawiają się nawet łzy. – Jak u Norwida – łza znad planety spada i groby przecieka. Uświadomiłem sobie, że Chrystus mnie kocha. Dla mnie to był przełom. Do tej pory jest. Zacząłem pytać siebie o miłość, czy ja potrafię kochać. Z tymi myślami szedłem do matury – opowiada. Po maturze szukał pracy, przez krótki czas był magazynierem. Pan Bóg jednak się odzywał. A to przez starszego księdza, który wypatrzył go wśród chłopaków przy kościele i palcem wskazał: „Ty będziesz księdzem!”, to znów przez katechetę i proboszcza. Nie zapomni też spowiedzi generalnej, która trwała 1,5 godziny. W wielkiej tajemnicy podejmuje decyzję pójścia do seminarium. Trochę obawia się opinii ludzi, bo w małej parafii wieści szybko się rozchodzą. – Po przyjęciu pojawiły się ogromne wątpliwości, czy dobrze zrobiłem, bo jakieś drzwi za sobą się zamyka, myślałem, co ludzie będą mówić. Ale przyszedłem i jestem. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Dla mnie intrygującym miejscem w seminarium jest biblioteka humanistyczna, w której jestem bibliotekarzem. To jest skarbnica kultury, brama do innego świata, do mnóstwa historii splecionych ze słów. Widzę, że chętnie jest odwiedzana, a książki są czytane. Czasem myślę, kiedy koledzy mają czas pośród różnych zajęć, ale cieszę się, bo biblioteka jest miejscem przyjaznym rozwojowi duchowemu i intelektualnemu – podkreśla.


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół