• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Ofiarowany Bogu

    dodane 05.02.2015 00:15

    – Na pytanie Prymasa, czy przyjmuję decyzję Pawła VI, który postanowił uczynić mnie biskupem, powiedziałem, że lękam się tej godności i funkcji. „Skoro ksiądz się lęka, to ja się nie lękam”, usłyszałem – wspomina bp Władysław.

    Prymasa kard. Wyszyńskiego w Warszawie odwiedził 23 grudnia 1974 roku. Święcenia biskupie przyjął w tarnowskiej katedrze 2 lutego 1975 roku. Miał wtedy niespełna 43 lata. Jest biskupem 40 lat. Początki kościelnej kariery, choć każdy, kto zna bp. Władysława, wie, że jest to najgorsze w tym kontekście słowo, zaczęły się w domu rodzinnym, który był ubogi, ale religijny.

    – Widziałem modlących się rodziców, byłem ministrantem, wśród kolegów założyłem wspólnotę Żywego Różańca, której byłem zelatorem. Pamiętam, jak do naszego rodzinnego Tropia przyjechał ze szkoły Julek. Był starszy. Otoczyliśmy go i pytaliśmy, gdzie się uczy i na kogo. „Chcę być księdzem”, powiedział. Dla mnie to był szok, bo kapłaństwo wydawało mi się wielkie, odległe, niedosiężne dla takich zwykłych chłopaków jak my – wspomina. Na święcenia mama nie przyjechała, bo prawdopodobnie nie miała nawet pieniędzy na podróż do Tarnowa. Tato zmarł wcześniej. – Po święceniach powiedziała mi, że zostałem ofiarowany przez nią Bogu. Przed moimi narodzinami umarła trójka mojego rodzeństwa. „Możesz sobie wyobrazić, jaki przeżywałam dramat. Modliłam się do Boga: Jeśli chcesz, weź sobie to dziecko na własność, ale niech żyje”. Ucałowałem rękę mamy. Wiem, gdzie jest początek mojego powołania – opowiada bp Władysław. Jako ksiądz tylko posmakował parafialnego duszpasterstwa. Wspomina, że tylko po święceniach pracował w parafii, potem posyłali go na jedne studia, drugie. Został kapelanem ordynariusza i pracował jako ojciec duchowny w seminarium. Stamtąd został powołany w skład kolegium biskupów. – Odchorowałem to. Zaraz jak tylko wróciłem z Warszawy od prymasa, złapałem wysoką gorączkę. Pewnie z emocji – przyznaje jubilat. Zaczęła się praca biskupia: głoszenie słowa Bożego, wizytacje, udzielanie sakramentów. – Zleciało to bardzo szybko, ale myślę, że jak się pracuje, jest zajętym, do dyspozycji, często wyjeżdża do wiernych, to czas szybko biegnie. To był pracowity, ale i radosny okres, bo zawsze spotykałem się z dobrą wolą i życzliwością innych – opowiada bp Władysław. Ludzie zaś mówią, że odpłacają zawsze tym, co otrzymywali od biskupa. Od paru lat bp Władysław Bobowski jest na emeryturze. Cały czas jest jednak aktywny. – Jeszcze się ten emeryt od czasu do czasu przydaje – uśmiecha się jubilat. – Chętnie pomagam, bo Bóg daje mi jeszcze jako takie zdrowie – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół