• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Józefy

    Grzegorz Brożek

    |

    Gość Tarnowski 11/2016

    dodane 10.03.2016 00:15

    Tylko dla mężczyzn. Kurs ewangelizacyjny. Mieszana grupa, kobiety i mężczyźni. Przychodzi czas świadectw. Są dokładnie trzy. Inne rekolekcje. Grupa tylko 40 facetów. Świadectw padło 39.

    Od dwóch lat w tarnowskiej parafii w Mościcach działa grupa Mężczyzn św. Józefa. Niedawno pierwsze spotkanie odbyło się także na Jamnej. Czas świętego cieśli z Nazaretu właśnie nadchodzi.

    Boże poruszenie

    Wspólnotę mężczyzn św. Józefa założył nowojorski strażak Donald Turbitt. Jesienią 2015 roku był nawet w sanktuarium bł. Karoliny w Zawadzie. – Uczymy się nie tyle być mężczyznami, ile być silnymi facetami, którzy pokładają ufność w Jezusie – mówił. Andrzej Lewek, ogólnopolski koordynator wspólnoty, twierdzi, że są po to, żeby przywrócić mężczyzn Kościołowi i oddać im miejsce w Kościele. – I to jest potrzebne, bo dzisiejsza kultura próbuje nas, mężczyzn, z tego Kościoła wyciągnąć. Faceci są inni niż kobiety, nasza wrażliwość jest inna niż kobiet. Przez lata, kiedy było nas w Kościele mniej, wrażliwość duszpasterska została bardziej dostrojona do wrażliwości kobiet i mężczyźni nie czują się z reguły w przestrzeni kościelnej dobrze, komfortowo – opowiada. Przez to jest ich więcej w barach, pubach, klubach albo tam, gdzie jest coś do roboty. Mężczyźni św. Józefa to jest trochę taki katolicki klub dla mężczyzn. Rozrastające się wspólnoty nazywane są siecią, ale samo zjawisko Andrzej Lewek nazywa wprost: „to jest Boże poruszenie”.

    Kim jest silny facet?

    Pierwsza grupa w diecezji powstała w tarnowskiej parafii pw. MB Królowej Polski w Mościcach. – Ja myślałem o tym jeszcze jako proboszcz. O takiej drodze dla mężczyzn. Kobiety mamy w Kościele i to jest fajna sprawa, ale jeśli chcemy się rozwijać, to Kościół nie może być tylko dla kobiet. Muszą być w nim mężczyźni. Silni mężczyźni – tłumaczy ks. Artur Ważny, odpowiadający dziś za nową ewangelizację w diecezji. Wątek siły, wewnętrznej mocy jest bardzo na rzeczy. – Wielu myśli, że mężczyzna w Kościele to fajtłapa – mówi Donald Turbitt. Bo przyjęło się uważać, że wiara jest dla słabych mężczyzn. Silny facet owszem, puści dzieci i żonę do kościoła, ale sam pójdzie do knajpy na piwo. Pokazanie się w świątyni to przecież wstyd. Ostatecznie na niedzielnej Sumie oprze się o kościelne ogrodzenie. Od nikogo nie usłyszy, że jest świętoszkiem. Poziomu twardości, nawet brutalności w języku, czasem w zachowaniu, pozazdrości mu niejeden siedzący w Sztumie. Nikt mu nie podskoczy. Bo „facet” musi znaczyć „facet”, a nie ciepłe kluchy. To duży błąd.

    Drużyna

    My jesteśmy po to, żeby mężczyźni zaczęli pełnić swoją rolę w życiu, w rodzinie, w Kościele. Gdziekolwiek. Żeby byli mężczyznami – mówi Piotr Smajdor, lider tarnowskiej wspólnoty Mężczyzn św. Józefa. Czyli żeby mieli szansę bycia sobą. –Chowamy się w życiu za maskami, zakładamy je, budujemy pozory tego, że jesteśmy twardzielami – dodaje Krzysztof Więckowski, jeden z tarnowskich józefów. Ksiądz Ważny także przyznaje, że męskie serca mają swoją wrażliwość. – Chcemy być męscy. Tacy jesteśmy. W gronie facetów jednak odsłonimy się, podzielimy się tym, co trapi, bo wszyscy mamy podobne doświadczenia, a we własnym gronie czujemy się bezpieczni – mówi. Wojciech Wiśniewski, jeden z józefów, przypomina sobie dwie sytuacje. Wspomniane już. Kiedy po kursie ewangelizacyjnym w mieszanym towarzystwie był czas świadectw, to wystąpiło 3 osoby. Na rekolekcjach józefów, gdzie było 40 chłopa, świadectw padło 39. – To samo jest na spotkaniach. Przychodzisz z czymś, coś cię gnębi, chcesz się podzielić, ale nie zdążysz, bo ktoś wcześniej o tym powie. Miałem tak wiele razy – mówi Wojciech. – Jesteśmy po prostu drużyną – dodaje Sławek Sokołowski. Są ludźmi różnych zawodów, różnego, jednak dojrzałego wieku, ale łączy ich to, że chcą od siebie wymagać. W tym widzą istotę bycia facetem.

    Priorytet: rodzina

    Drużyna działa jak środowisko. Można przyjść, spróbować, odejść, wrócić. Mają jednak program. – To jest oddanie Jezusowi 72 godzin w roku – mówi ks. Artur. Dobry argument dla tych, którzy mówią, że nie mają czasu. – Raz w miesiącu 2 godziny spotkania w parafii. Raz w roku 6-godzinny dzień skupienia. I raz w roku weekendowe rekolekcje. W sumie 72 godziny, dokładnie 3 dni – tłumaczy Piotr Smajdor. Dlaczego trzy dni? Bo program józefów to jest przejście od śmierci do zmartwychwstałego życia w Jezusie. Chrystus wszystko, co najważniejsze, wykonał w ciągu 3 dni. Ktoś się skrzywi, że cienki ten program, jak do zrobienia jest w 3 dni. – Wystarczy, by dać mężczyznom siłę, bodziec, impuls – mówi ks. Ważny. Niezależnie od tego podejmują inne formy aktywności w ramach józefów. To tylko dla chętnych. – Mamy wieczorne spacery z Koronką do Bożego Miłosierdzia na Górę św. Marcina, ale zaczynamy o 21.00, kiedy dom się kładzie powoli do spania. Mamy wspólne rowery, ale rankiem w niedzielę, kiedy dom jeszcze śpi. Mamy trasy Ekstremalnej Drogi Krzyżowej na Jamną, chodzimy parę razy w roku, ale nocami – opowiada Piotrek. Aktywność fizyczna odpowiada facetom. Jednak józefom nawet nie wolno pójść w bardziej absorbującą czasowo formację i spotkania, jeśli miałoby się to odbić na rodzinie. – Mądre żony jednak obserwują i widzą, że dzięki tej drodze oni są inni, podnosi się jakość relacji domowych, z dziećmi, rodziną. To ich zmienia – mówi ks. Artur, a mężczyźni to potwierdzają.

    Józef to gigant

    – Miałem taki czas, że w życiu stanąłem w miejscu. Nie poukładało się z pracą. Dzieci, żona, nerwy w domu, bo zobowiązania, bo zaczyna brakować. Aż przyszedł do mnie dobry kolega i mówi: „Przyjdź na spotkania, jest taka grupa. Przyjdź, to nic nie szkodzi” – opowiada. Przyszedł i zaczął odkrywać św. Józefa. – Wcześniej nie za bardzo dla mnie istniał. W ogóle wydaje mi się lekko nieobecny w życiu Kościoła. Zacząłem go poznawać, zacząłem go czcić i odnalazłem w nim wzór. Najwspanialszy facet w historii. Wiesz, tę Maryję przecież powinien oddalić, a wziął pod własny dach. Zmienił dla niej własne życie. Zaopiekował się nie swoim dzieckiem, dzieckiem Boga. Był troskliwy, ale twardy, odważny. Potrafił zawierzyć wszystko Bogu. Spróbowałem i ja. Znalazłem pracę, jestem z niej zadowolony, z żoną lepiej się zaczęło układać, bo też inaczej na nią spojrzałem, nie jak na kobietę, z którą po prostu wziąłem ślub, ale jak na tę, którą Bóg mi powierzył, jak Maryję Józefowi. Lepsze i głębsze mam relacje z dziećmi, bo widzą, że tata się zmienia – uśmiecha się Sławek.

    Zrzuć więzy

    Wojciech Wiśniewski przyszedł do józefów przez warsztaty Tato.net, a potem przez kurs Crown. – Zaczęło się od deficytu ojcostwa. Szukałem czegoś, żeby się wzmocnić. Mam dwóch synów. Czasami nie ogarniam tego tematu. Potem był Crown. Odpowiadało mi, bo gdzieś zaczęła mi się ta sfera rozlatywać. Pomogło. Co dalej? Kolega mówi: „Przyjdź na spotkanie Mężczyzn św. Józefa”. Przyszedłem. Rozmawiamy o wszystkich sprawach, relacjach z żonami, problemach wychowawczych, kłopotach życiowych. Wiesz, jak podzielisz się, a w męskim gronie możemy sobie pogadać, to wychodzisz silniejszy. Zawsze ktoś miał podobnie, zawsze ktoś ci coś doradzi – mówi Wojtek. Jak jest większy problem, to zawsze powierzają to św. Józefowi. – Miałem czas, że bardzo potrzebowałem modlitwy, a nie mogłem się modlić. Łapiesz telefon, wysyłasz SMS do lidera i za chwilę 30 facetów modli się w tej intencji i za ciebie. To jest siła i wsparcie – dodaje. Dlaczego wiele spraw u józefów się dobrze rozwiązuje? – Bo zrzucamy z siebie ciężkie poczucie samowystarczalności. U józefów możemy sobie pozwolić na wrażliwość, tu znajdziesz zrozumienie, tu każdy tak ma. Poza tym powierzamy się św. Józefowi. On nas wspiera – dodaje.

    Męski uścisk

    – Miałem serce z kamienia. Nie potrafiłem kochać. W związku z tym w relacjach z dziećmi i z żoną, choć jestem trzeźwy i niepijący, uprawiałem tę samą patologię, którą mój ojciec, który był alkoholikiem, i odszedł z tego świata w dramatycznych okolicznościach; nie zdążyłem się z nim pojednać – mówi Krzysztof. Błagał, prosił Boga o nowe serce, zdolne do miłości. Został uzdrowiony. Na jednych rekolekcjach podzielił się świadectwem z przyjacielem. Spotkali się na spotkaniu z Marią Vadią w Mościcach. – Podchodzi, obejmuje mnie i mówi, że rekolekcje przynoszą owoce. Myślałem, że chodzi o te obecne. A on mówił o tamtych, wcześniejszych, po których pojechał do domu i pojednał się z ojcem. Teraz podzielił się ze mną. W tym zwykłym męskim uścisku dostałem wszystko, czego mi brakowało – mówi z przekonaniem. Dziś jest innym człowiekiem. Podobnie jak Mirek Nowak z Zakliczyna.

    Szkoła odwagi

    Mężczyźni św. Józefa, będąc czymś dla nas, są naprawdę dla naszych rodzin – mówi Mirek. Jak przyznaje, był bez Boga wystarczająco długo, żeby się przekonać, że takie życie jest puste, bezowocne, beznadziejne. – Mężczyźni pokazują mi, jak być mężczyzną. Józefy uczą, jak być twardym, jak mieć odwagę, jak stawić czoło problemom, jak zawierzyć Jezusowi. Odwaga to dziś powiedzieć: nie piję, jestem normalnym facetem, ale abstynentem. Odwaga to jest znaleźć 5 stówek na ulicy i nie włożyć do portfela, tylko próbować szukać właściciela zguby. Odwaga to jest dziś iść do kościoła z rodziną w niedzielę, a nie na piwo do knajpy. Odwaga to jest nie robić zakupów w niedzielę, postanowić, że da się tak żyć. Odwaga to jest ten czas niedzielny poświęcić całkowicie rodzinie. Dla mnie odwagą było też powiedzenie w którymś momencie moim dzieciom: wasz tata popełnił sporo błędów w swoim życiu, ale chce je naprawić. Klęknijmy na chwilę do wspólnej modlitwy. Odwaga to jest dać im wzorzec człowieka, który z szacunkiem i miłością odnosi się do ich matki – mówi Mirek.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół