• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Rozważni i romantyczni

    ks. Zbigniew Wielgosz

    |

    Gość Tarnowski 15/2016

    dodane 07.04.2016 00:15

    Podróże. Są tacy, którzy „zaliczają” kolejne kraje świata, idąc po śladach zostawionych przez tysiące turystów. Są też tacy, którym nie odpowiadają atrakcje z list Top 10. Wolą odkrywać – i to ich zmienia.

    Po niedawnej, szóstej już edycji starosądeckiego festiwalu podróżników i odkrywców Bonawentura pozostają w pamięci wspomnienia obrazów, dźwięków i smaków, bo też zaproszeni goście przywieźli ze sobą kawał świata, który próbowali opisać złaknionym opowieści słuchaczom. Wśród globtroterów można było wyróżnić dwa typy. Jeden to rasowy podróżnik – odkrywca, eksplorator nieznanych miejsc i dróg, podchodzący do sprawy z naukowym zacięciem. Drugi to podróżnik – romantyk, fantasta, wiedziony jedynie intuicją, wędrujący jakby bez celu. Łączy ich jedno – przemiana. Z podróży wracają inni…

    Wielki Szlak Himalajski

    Ciągnie się przez całe Himalaje. Joanna Lipowczan i Bartosz Malinowski jako pierwsi Polacy bez tragarzy, kucharzy i przewodników przeszli Great Himalaia Trail na przełomie 2015 i 2016 roku, w sumie zajęło im to 120 dni. Cały szlak liczy ponad 4,5 tysiąca kilometrów, a oni przewędrowali jego nepalski fragment, czyli 1,7 tysięcy kilometrów. – Zaskoczeniem dla mnie było to, że część szlaku to dżungla, zwarta bryła tropikalnego lasu. Razem z Asią mieliśmy bardzo poważne problemy z nawigowaniem i poruszaniem się. Jedyne oznakowania są w rejonie Annapurny i Mount Everestu. Tam zresztą jest najwięcej turystów. My korzystaliśmy z zapisków jednego Anglika i amerykańskich ultramaratończyków, którzy przebiegli tę trasę w 2014 roku – wspomina Bartek. Ale to, co opisał Anglik, i to, co jest na mapach, zupełnie się nie zgadza. Bo Himalaje ciągle się zmieniają. Osuwiska ziemi, skał, lawiny kamienne i wiele innych zjawisk niszczą drogi i utrudniają poruszanie się.

    Pomóc biednym

    Przejście GHT jest w sumie drogie, bo władze wymagają wielu płatnych pozwoleń. Ale wszystko po to, żeby podróżnicy, trackerzy, turyści odwiedzali także inne części Nepalu poza Annapurną i Mount Everestem. – Chodzi też o to, żebyśmy płacili miejscowym za różne usługi, noclegi, żywność, pomoc w niesieniu bagaży i w ten sposób podnosili poziom życia mieszkańców – podkreśla podróżnik. Zwłaszcza teraz, kiedy Nepal zmaga się ze skutkami trzęsienia ziemi. Spowodowało ono odpływ turystów, pogłębiło biedę miejscowych ludzi. Zginęło w nim 10 tys. osób, a ponad milion straciło dach nad głową. – Wiem, że społeczność międzynarodowa i różne organizacje bardzo wspomogły Nepal, ale ta pomoc do wielu jeszcze nie dotarła i pewnie nie dotrze, a to ze względu na korupcję, która panuje w tym kraju. Dlatego zachęcam do podróżowania do Nepalu, żeby mieć udział w pomaganiu jego mieszkańcom. Oni z pomocy rządowej nie zobaczą nawet złamanego dolara – mówi Bartek.

    150 razy na Rysy

    W czasie wędrówki Joanna i Bartosz mieli dostęp do prądu w sumie 4 razy, musieli więc sobie radzić, ładując sprzęty elektroniczne, jak telefon satelitarny, aparat, kamerę, dzięki panelowi słonecznemu. – Na całej trasie nie ma łączności GSM. Trzeba mieć oczywiście odpowiedni zasób żywności. Myśmy mieli na 60 dni, ale starczyło go na 30, bo jednak ze względu na wysiłek fizyczny trzeba było po prostu więcej jeść. Idzie się przez teren o bardzo różnej wysokości, przez parną dżunglę, gdzie temperatury zbliżają się do 40 stopni, i przez bardzo wysokie przełęcze, gdzie zimno sięga do –30 stopni C. Dodatkowo tropikalne deszcze lub huraganowe wiatry. Samych przełęczy jest 21, z czego dwie leżą na wysokości ponad 6 tysięcy metrów. Pozostałe na 5 tysiącach metrów. Różnica wysokości między najniżej położonym miejscem na szlaku a najwyższym to 150 tysięcy metrów – to tak, jakby wejść 150 razy spod Morskiego Oka na Rysy albo 17 razy na Mount Everest z poziomu morza – wylicza odkrywca.

    Dobre anioły

    Plany Joasi i Bartka, że pierwszego dnia dolatują na miejsce, drugiego wynajmują samochód i jadą dalej, zupełnie wzięły w łeb. – Po siedmiu dniach, kiedy nie mogliśmy wydostać się z dżungli, straciłem wszelką nadzieję, że uda nam się zrealizować nasz plan – śmieje się dzisiaj Bartek. Niezwykle trudnym doświadczeniem było zgubienie się w dżungli. Często otaczała ich nieprzenikniona mgła. Pewnego razu tak oddalili się od siebie, że zupełnie stracili kontakt. Wszelki. – Szukając Asi, potknąłem się i zsunąłem po ostrym zboczu do bajora, byłem po pachy w błocie. Straciłem w tym „oczku” mój plecak z całym sprzętem, z jedzeniem. Jakoś udało mi się wydostać z tej opresji, a nawet wyciągnąć plecak. Asia w tym czasie nocowała w jaskini, żeby po nocy rozpocząć poszukiwania. Mieliśmy szczęście, które ja nazywam działaniem dobrych aniołów, że się znaleźliśmy – wspomina podróżnik. A druga „przygoda” z aniołami zdarzyła się już w czasie wędrówki przez himalajskie przełęcze. Asia spadła wtedy ze szlaku. – Widziałem, jak jej ciało leci najpierw nogami w dół, potem obraca się i pędzi w kierunku lodowcowej szczeliny. Widziałem też, jak Asia uderza głową w lód i zsuwa się niebezpiecznie na skraj szczeliny. Ciemno w oczach. Myślałem, że to koniec. Ale okazało się, że plecak Aśki tak zsunął się z jej pleców za głowę, że zamortyzował jej upadek i całe uderzenie – opowiada Bartek.

    Himalaje prawdy

    W czasie wędrówki doświadcza się wielu przykrych rzeczy. Przede wszystkim głodu, którego nie da się zaspokoić. Pragnienia, którego w żaden sposób nie można ugasić. Są problemy ze snem, bo albo pada deszcz jak karabinowe kule albo wieje huraganowy wiatr i w namiocie jest ponad 120 decybeli. – Te wszystkie trudności gdzieś w człowieku się zbierają i powodują złość, gniew. Szczególnie we mnie. Asia sobie z tym radziła i to ona ciągnęła mnie do przodu. Ale wulkan we mnie musiał wybuchnąć. A wtedy awantura o wszystko. Można przejść dżunglę, skaliste przełęcze, ale trudniej być z drugą osobą w tak skrajnych warunkach. Ale to wszystko paradoksalnie wzmocniło nasze małżeństwo, bo chyba nigdy nie mielibyśmy okazji powiedzieć sobie tyle, co w Himalajach – wspomina Bartek.

    Romantyczny stopowicz

    Tomek Jakimiuk zaraz po zdaniu ostatniego egzaminu na Wydziale Zarządzania Politechniki Białostockiej rusza w podróż jachto- i autostopem. Ma w portfelu 250 złotych. Szuka w internecie informacji, gdzie można najtaniej polecieć. Tym miejscem okazała się Gran Canaria. Tam szuka kogoś, kto zabierze go jachtem w podróż. Nie umie nic, jeśli chodzi o żeglowanie, ale może pomalować łódź. W końcu udaje mu się i na pokład swojego jachtu zaprasza go Węgier, który płynie na Wyspy Karaibskie i do Meksyku. Tak rozpoczęła się podróż w nieznane, trwająca w sumie 144 dni. – W tym sześć dni wymiotów z powodu choroby morskiej. Do tego strach przed sztormem i zachody słońca na bezkresnym Atlantyku. Latające ryby, które trafiają człowieka w głowę, i niezwykła sztuka korzystania z jachtowej ubikacji, kiedy niemożliwie kołysze – śmieje się Tomek.

    Harmonijka polska

    Gdzieś w Polsce udaje mu się kupić harmonijkę, na której nie potrafi grać. Ale w Meksyku, gdzie porusza się stopem, może już koncertować. Raz dawał „koncert” na ulicy. – Podeszli do mnie jacyś sąsiadujący ze mną muzycy i zapytali: Amerykanin? Nie, Polak. A co grasz? Jak to co, polską muzykę! Świetna, a możesz powtórzyć tę melodię? Ja nie umiałem w ogóle grać, ale kiedy zaczynałem opowiadać o Polsce, zaraz schodzili się ludzie. Chodzi o to, żeby wzbudzić ich zainteresowanie. Ile ja się naopowiadałem o Polsce, schabowym i wielu innych naszych cudach. To raz zaprosił mnie ktoś na obiad, raz na imprezę. Przy okazji ktoś coś rzucił, a mnie wystarczał nieraz „piątak” na dwa dni. Można w necie poszukać zachęty typu Top 10 w Meksyku, ale ja muszę podróżować po swojemu, pytać ludzi, którzy mówią o wielu ciekawych, niezwykłych miejscach, do których nie docierają „kasowi” turyści – mówi stopowicz.

    Freeganizm

    Tomasz śpi w bardzo różnych miejscach. Nawet na cmentarzach, bo tam najspokojniej. Za styl żywienia wybiera freeganizm. I tu przed człowiekiem otwiera się przepaść. Bo przekonuje się, ile jedzenia marnuje się na świecie. – Idziesz sobie na tył hipermarketu i bierzesz, co chcesz. Ja jestem zwolennikiem warzyw i owoców. Ileż się nieraz nadźwigałem siatek z bananami, ananasami, awokado i innymi pysznościami – opowiada Tomek. Widzi też biedę i niezwykłą przedsiębiorczość ludzi, którzy szukają wszelkich okazji, żeby zarobić. – Na przykład mały chłopiec, który zapytał mnie, czy może wyczyścić mi buty za… równowartość 50 groszy – dodaje. A Kościół? Ten Tomasz poznaje z dobrej strony. Raz prosi księdza w kościele o nocleg, kiedy opowiada mu, skąd jest, ksiądz odzywa się po polsku. Pracuje w Meksyku, ale również pochodzi z Polski. Daje mu nocleg w szkole. – Śpię w klasie pod ławką, podobnie jak nauczyciel, który rozkłada się na drugim końcu sali. Stracił wszystko w swoim życiu, ale ksiądz go uratował i dał mu pracę – opowiada. W Meksyku ma możliwość podglądnięcia zwykłego życia ludzi, m.in. tego, jak się obchodzą ze starszymi czy niepełnosprawnymi. – Tam nie spotkałem domów starców. Ludzie starsi są w swoich rodzinach, nie wyobcowuje się ich, nie usuwa na margines. Uczestniczą, na ile mogą, w normalnym życiu – podkreśla. O swojej podróży „bez celu” mówi jedno: „wszystko, co nas ogranicza, to tylko wyobraźnia, bo strach można opanować”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół