• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Wokół Miedziusia

    Ks. Zbigniew Wielgosz

    |

    Gość Tarnowski 33/2016

    dodane 11.08.2016 00:00

    spacerując po mieście z dobrym przewodnikiem.

    Ajest nim Halina Mastalska, współautorka książki „Pieniny dla rodziny”, którą napisała razem z Ewą Stadtmüller. Jak na razie pięknie ilustrowaną książką, bogatą w szczawnickie legendy, miniencyklopedię miasta i regionu, zachwycają się sami szczawniczanie. – Bo… wielu rzeczy nie wiedzieli, na przykład o tym, że zachowały się aż trzy legendy, skąd wziął się Dunajec! – śmieje się pani Halina. Teraz z tajemnicami Szczawnicy i Pienin będą mogli zapoznać się także turyści, a zwłaszcza rodziny, których wiele można było spotkać podczas naszego spaceru.

    Szczawnicki góral

    Trzeba wiedzieć, że dawno temu istniały dwie Szczawnice – Wyżna i Dolna. A między nimi rozciągały się góralskie pastwiska. Ostatecznie nadano im nazwę Miedziusie, bo znajdowały się między dwoma wsiami. Dziś po pastwiskach nie ma ani śladu, jedynie nazwa przechowuje ich niegdysiejsze istnienie. Że Szczawnica posiada skarb w postaci wód mineralnych, wiedzieli już sami górale. – Znali ich odmienny od zwykłej wody smak, a nawet mogli się przekonać o ich kulinarnych właściwościach, bo woda mineralna dodana do mąki pomagała wyrosnąć ciastu bez dodawania drożdży – mówi przewodniczka. Ale z pewnością nie myśleli, że ich wsie staną się kurortem, do którego będą przyjeżdżali cepry po zdrowie i na wypoczynek. – Góral szczawnicki to człowiek przywiązany do ziemi, dość opornej w uprawie, umiejący sobie radzić z pyskatą babą, a ta z leniwym chłopem, mający poczucie humoru, pobożny, wrażliwy na piękno przyrody. Bo trudno tu się urodzić i żyć, i nie widzieć, jak wokół jest cudnie. Dlatego wielu górali miało i ma duszę artysty. Taki Michał Słowik Dzwon pozostawił po sobie wysokiej klasy poezję, a jego wiersz o Dunajcu jest – moim zdaniem – piękniejszy od wiersza Marii Konopnickiej, która w Szczawnicy szukała natchnienia. Ale taki góral, co z ziemi czy owiec żył, już odchodzi w przeszłość. Teraz zajmuje się ceprami – opowiada pani Halina.

    Marzenie Józefa Szalaya

    A wszystko za sprawą Józefa Stefana Szalaya, którego uważa się za twórcę szczawnickiego uzdrowiska. Miasto pamięta jeszcze o Mikołaju Zyblikiewiczu, który wytyczył drogę wzdłuż Dunajca od Szczawnicy do Czerwonego Klasztoru. Szalay chciał stworzyć z góralskich wsi europejski kurort, ale nie mógł tego zrobić bez górali. Lecz gdzie ci spragnieni wód mineralnych mieli przyjeżdżać, kiedy w chałupach zamiast podłóg klepiska, a w oknach wyprawione pęcherze zamiast szyb? Szalay wpadł na pomysł, żeby aktywizować górali poprzez reklamę tych domostw, które zdatne były do przyjmowania kuracjuszy. Zaczął m.in. malować godła i umieszczać je tam, gdzie można było zamieszkać. Im lepsze warunki, tym piękniejsze godło. Znaki nadawane były z wielką pompą, przy orkiestrze, ozdobione girlandami. Z czasem umieszczanie tych znaków odeszło w niepamięć, ale od kilku lat tradycja jest znów żywa i dziś, spacerując po Szczawnicy, można przyglądać się drewnianym obrazkom i domom – „Pod aniołkiem”, „Pod Opatrznością Bożą”, „Pod sroką”, „Pod dzwonem” i wielu, wielu innymi „patronami”. Ostatecznie między dwoma Szczawnicami powstało Uzdrowisko, lecz dziś nie sposób oddzielić osad od zakładów sanatoryjnych. Wszystko stopiło się w jedną Szczawnicę. Tylko Miedziusie znikło…

    Pierwsza miłość Henia

    Szczawnicę można przemierzyć szlakiem polskich pisarzy i poetów. Z panią Haliną zatrzymujemy się na ulicy Głównej pod domem Michała Słowika Dzwona, ludowego poety piszącego o swojej ojcowiźnie. Naprzeciw dom z tablicą upamiętniającą Marię Konopnicką. – Bywała tu kilka razy i znalazła natchnienie do napisania tomiku „W górach”, który otworzył jej drogę do poetyckiej sławy. Wiersze piękne, ale nie zawierają w sobie tyle uczucia, co poezja miejscowego poety Michała Słowika Dzwona – mówi pani Halina. Nieco dalej od domów dwóch poetów zatrzymujemy się pod szkołą podstawową im. Henryka Sienkiewicza, którego pamięci poświęconych jest w Szczawnicy wiele miejsc. – Przyjechał tu po raz pierwszy jako guwerner Woronieckich w 1868 roku. Pierwszy raz był w Galicji i zaskoczyło go, ile tu swobody, o ile więcej niż w zaborze rosyjskim. Spacerując kiedyś alejkami parkowymi, młody jeszcze Henio zauważył dwie młode, pięknie wystrojone panienki, które w towarzystwie rodziców zażywały górskiego powietrza. Jedna z panien przypadła do gustu Henrykowi. Okazało się, że była to Maria Szedkiewiczówna, pierwsza miłość naszego noblisty – opowiada pani Halina. Drugi raz Sienkiewicz był w Szczawnicy jako ceniony nowelista, a później już jako syty chwały i uznania pisarz. – Zamieszkał w wilii Batory. Mógł sobie na to pozwolić, mógł nawet grymasić, że słońce pada ze złej strony, a gdzie indziej za dużo cienia. W Szczawnicy miał też przygody, miał swoich fanów, którzy go nie odstępowali, podobnie jak biedacy. Bo Sienkiewicz miał dobre serce, a biedy było sporo. Chętnych po pomoc nie brakowało i nieraz pisarz musiał się nawet przed nimi ukrywać – uśmiecha się przewodniczka.

    Z literaturą w tle

    Sienkiewiczowskie miejsca znajdują się w Uzdrowisku. Przede wszystkim jest to pomnik, który mijamy u stóp górnego parku zdrojowego. Po odpoczynku na placu okolonym piękną, drewnianą architekturą starych domów zdrojowych, ruszamy alejkami górnego parku obok Inhalatorium i znajdujemy się przy wilii Batory. Obok niej figurka Najświętszej Maryi Panny, a jeszcze wyżej Alejka Sienkiewicza. Pewno kiedyś były tu krzaki i zarośla, gdzie pisarz chował się przed biedakami. – Nie ze skąpstwa, ale z potrzeby ciszy i ochrony swojej prywatności, na którą nie mógł liczyć z wielu powodów – podkreśla pani Halina. Konopnicka i Sienkiewicz to niejedyni artyści pióra, którzy odpoczywali w Szczawnicy. Widywano tu m.in. Cypriana Kamila Norwida, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Adama Asnyka, Bolesława Prusa, Wincentego Pola, a z malarzy Jana Matejkę i Wojciecha Gersona.

    Dwa zdroje

    Z górnego parku schodzimy w dół, do kościoła parafialnego pw. św. Wojciecha, choć w ołtarzu króluje Matka Boża Nieustającej Pomocy. – Mamy więc dwa odpusty – mówi pani Halina. Kościół ma klimat neogotyckich świątyń, światło sączy się przez barwne witraże, muska polichromowane secesyjnie ściany, a wzrok, wbiegając po neogotyckich detalach ołtarza głównego, zatrzymuje się na tęczy, gdzie w chmurach i obłoczkach usiadła Matka Boża i dziesiątki aniołów. Świątynia jest otwarta i śmiało można wejść, żeby się pomodlić. Oprócz niej są jeszcze w Szczawnicy dwie kaplice, jedna przy dolnym parku, druga w Uzdrowisku, ale Msze św. są tam tylko w sezonie. – Ludzie przyjeżdżali tu leczyć tak zwane piersiowe choroby. Dziś jest tak samo, ale tak dawniej, jak i dzisiaj można w Szczawnicy szukać duchowego uzdrowienia i wody bardziej żywej niż zdrojowe nurty – podkreśla pani Halina.

    Bulwar nad Grajcarkiem

    Od kościoła schodzi się już w dół. Trzeba przejść główną ulicę, minąć kwiatową Wiewiórkę i równie kwiatowe Dwa Słonie i zejść nad brzeg Grajcarka, szumnego potoku liżącego pienińskie wzniesienia. Kwiatowe figury są specjalnością Szczawnicy, choć dzisiaj można je zobaczyć także w innych kurortach czy miastach. W Szczawnicy są drogowskazami i miejscami zbiórek turystów, ale można też zwiedzić miasto, idąc szlakiem tych figur. Nad Grajcarkiem zbudowano piękny bulwar, którym spacerują tłumy turystów. Woda szumi głośno, nie słychać gwaru miasta… – Nie trzeba ruszać w góry, żeby się nachodzić, bo sama Szczawnica to setki alejek i dróg. A jeśli dodać do tego drogę wzdłuż Dunajca do Czerwonego Klasztoru, to wystarczy, żeby nasycić się tutejszym powietrzem, wodą i słońcem. Bo Szczawnica wodą stoi, mineralną i dunajcową – mówi pani Halina.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół