• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Polowanie na myśliwych

    Beata Malec-Suwara

    |

    Gość Tarnowski 45/2016

    dodane 03.11.2016 00:00

    Czy to naładowani testosteronem faceci, czy raczej ojcowie ekologii?

    Zamek wiśnicki. Wokół pełno jeźdźców, psów myśliwskich, mężczyzn w galowych strojach. Dziś polowanie przez niektórych postrzegane jest jako zło, obciach, podobnie jak noszenie lisich futer. Kojarzy się głównie ze sporem z „Pana Tadeusza”, czyj chart upolował zająca – Asesora czy Rejtana. Dziedziniec wiśnickiego zamku zgromadził jednak wielu ludzi. Wszędzie pełno namiotów z prezentowaną bronią, charakterystycznymi kapeluszami, ubraniami, wszystkim, co potrzebne myśliwemu. Można też skosztować myśliwskich specjałów.

    Polowanie na lisa

    Chwilę wcześniej odbyła się Msza św. myśliwska w wiśnickim kościele z „Marszem św. Huberta”, sztandarami poszczególnych kół łowieckich, działających w okręgu tarnowskim, i sygnałami wydawanymi w czasie liturgii. Po niej przemarsz na zamek i polowanie na lisa. Nie, nie prawdziwego. Jeden z jeźdźców miał doczepioną lisią kitę, którą konkurenci próbowali mu odebrać. Przy tej zabawie emocji nie brakowało, konie przecież mogły wpaść na siebie.

    – Czwarty rok organizujemy Hubertusa na szczeblu okręgowym. Wcześniej świętowano go w kołach łowieckich – tłumaczy Krzysztof Łazowski, przewodniczący zarządu okręgowego Polskiego Związku Łowieckiego w Tarnowie, gospodarz imprezy. Okręgi to struktury łowieckie na bazie dawnych województw. Jest ich 49 w Polsce, tarnowski jest jednym z nich. Na jego terenie w 64 kołach łowieckich jest zrzeszonych blisko 2 tys. myśliwych. Każde z kół dzierżawi po jednym obwodzie. – Lesistość nie jest za duża, bo wynosi zaledwie 23 proc., resztę stanowią pola czy niepełne w klasyfikacji lasy, ale są to znakomite siedliska zwierzyny. Pozyskanie zwierzyny jest na imponującym poziomie, ale to nie jest sprawa pierwszorzędna – uważa Łazowski.

    Pięć ton karmy dla bażantów

    – Myślistwo to nie tylko polowanie – powtarza ks. Jan Ćwik, proboszcz w Starej Jastrząbce, od 10 lat kapelan Polskiego Związku Łowieckiego okręgu tarnowskiego, członek Koła Łowieckiego „Trop” w Krakowie. Tłumaczy, że zwierzęta leśne przede wszystkim się dokarmia. – Sam wywożę w pola dla bażantów rocznie ok. 5 ton karmy. Mam 12 podsypów i 24 budki, które non stop są podsypywane – mówi ks. Ćwik, chwaląc swoich parafian, którzy bardzo wspierają go w tych działaniach. – Nie kupuję tej karmy. Bażantom daję odpadowe zboże po oczyszczeniu, które ludzie mi przywożą, z domieszką kukurydzy. Co roku też organizuję w szkole konkurs, kiedy zbieramy karmę dla zwierzyny. Trwa od września do połowy listopada. W ten sposób razem z uczniami udaje się co roku zebrać około tony do półtorej żołędzi i kasztanów, które później jedzą dziki, jelenie i sarny – opowiada proboszcz ze Starej Jastrząbki.

    Ekolodzy

    Myśliwi to doskonali znawcy i obserwatorzy przyrody. – To pasja, którą nierzadko się dziedziczy – mówi Jan Sadko, członek Koła „Naddunajeckiego” z Żabna, który myśliwym został po ojcu. Dla niego wyjście na polowanie w nocy (wtedy poluje się zwykle na dziki), kiedy najgorsza pogoda, ma swój klimat. – Widzimy piękne zachody i wschody słońca, słyszymy śpiew ptaków, które właśnie się budzą, i ścielącą się mgłę – opowiada pan Jan. Tłumaczy, że myślistwo to tradycja, w której przestrzega się wielu zasad i zwierzętom się pomaga. Wiele organizacji ochrony przyrody – chociażby amerykańska organizacja zajmująca się ochroną kaczek czy WWF ze słynną pandą – zostało założonych przez myśliwych. Myśliwi chodzą z wykładami do szkół. Uczą dzieci, jak rozpoznawać zwierzęta, przestrzegają przed chorobami, które one przenoszą, mówią im, żeby w lesie nie śmieciły i nie hałasowały. – W lesie rządzą zwierzęta, to jest ich dom – mówi pan Jan. Z drugiej strony badania przeprowadzone przez Pentor pokazują, że Polakom trudno uwierzyć we wkład myśliwych w ochronę przyrody. Dla porównania, w Niemczech kojarzy ich tak blisko 90 proc. badanych. I Jan Sadko, i ks. Ćwik mówią, że wśród myśliwych zdarzają się kłusownicy. – W każdej organizacji pojawiają się błędy. Na 120 tys. myśliwych trudno zagwarantować jednolitą czy idealną staranność u wszystkich, ale ona z reguły jest na bardzo przyzwoitym poziomie, a wszelkie nieprawidłowości są piętnowane w postępowaniach wewnętrznych – tłumaczy Łazowski.

    Nie mogę zastrzelić 11 dzików

    – Mamy przepisy wewnętrzne, regulaminy polowań, terminy tych polowań, całość tradycji, etyki, mamy założenia gospodarcze, bardzo ściśle określone, i – co najważniejsze – jesteśmy organizacją, nad której sprawozdawczością czuwają administracja Lasów Państwowych, organy samorządowe, marszałek województwa, a z ramienia państwa także organy kontrolne. Nie mówiąc już o tym, że mając do czynienia z istotami żywymi, jakimi są zwierzęta, posiadamy pewne wytyczne sumienia, czyli kodeks etyki – mówi przewodniczący PZŁ w okręgu tarnowskim. Plany łowieckie ustalane są po zliczeniu zwierzyny na danym terenie. – Jeśli na przykład mam odstrzał 10 dzików, to nie mogę zastrzelić 11, bo to byłoby kłusownictwo. Możemy mniej, ale teraz staramy się wykonywać plany, bo jak tego nie zrobimy, to płacimy duże szkody łowieckie. Karą dla nas jest odszkodowanie, a to jest kilka albo nawet kilkanaście tysięcy złotych. Domagają się ich właściciele gruntów. Najczęściej rolnicy, którym dziki w nocy zniszczyły hektar kukurydzy. My odstrzeliwujemy dziki, żeby oni mogli spokojnie uprawiać rolę – mówi Janusz Garbarz, członek Naczelnej Rady Łowieckiej w Warszawie, myśliwy KŁ „Naddunajeckiego” w Żabnie. Utrzymanie populacji dzikich zwierząt w ryzach przekłada się nie tylko na liczbę odstrzałów, ale też zasadę, że do najlepszych się nie strzela. – Nie strzela się chociażby do regularnego czternastaka, jelenia byka noszącego poroże posiadające po siedem odnóg na każdej tyce. On jest przyszłościowy, genetycznie ma najlepsze predyspozycje rozwojowe. Polowanie na niego jest karane – tłumaczy pan Garbarz.

    Zając jest Mietka, Józka czy Staszka?

    Żywo dyskutowaną kwestią wśród myśliwych jest zmiana prawa łowieckiego. Kilka lat temu Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepisy łowieckie i statut działają niezgodnie z polską konstytucją. Głównym problemem jest to, że właściciele gruntów nie byli ujmowani jako partycypujący w zarządzaniu zwierzyną dziko żyjącą. – Obecnie jest bardzo duże lobby ze strony rolników za pośrednictwem izb rolniczych, aby zwierzyna była własnością tego, na którego gruncie żyje. Na zachodzie mniejszy z tym problem, bo właściciele ziem mają po 10 czy 20 hektarów, ale u nas, zwłaszcza na południu Polski, gdzie rolnictwo jest bardzo rozdrobnione na 20 czy 30 arów, trudno byłoby dociec, czy zając jest Mietka, Józka czy Staszka. W tym jest cały problem – tłumaczy członek Naczelnej Rady Łowieckiej Janusz Garbarz. Rolnicy chcą także nadzorować teren łowiecki, na którym poluje dane koło. – Jeśli tak by było, to łowiectwo wymknęłoby się spod kontroli – uważa pan Garbarz. – Rolnicy chcą, żebyśmy zapisywali się u nich dwa tygodnie przed wyjściem w teren. Musiałbym dzwonić do właściciela gruntu i ustalać z nim, czy mi pozwoli, żebym za dwa tygodnie mógł wyjść na polowanie. A za dwa tygodnie to może lać i w ogóle nie pójdę. To jest niewykonalne – dodaje. Tłumaczy, że zmiana w tym kierunku doprowadzi do komercjalizacji łowiectwa. – Będzie stać na to tylko bogatych, zwłaszcza z zagranicy. Przyjadą Niemcy, wykupią obwód i wystrzelają wszystko do nogi, podziękują i pojadą, a później, żeby taki obwód „odbudować”, musi minąć wiele lat – mówi. – Szanujmy to, co wypracowaliśmy u nas. Nasz system i profil polowania, który obowiązuje u nas od 90 lat, jest wzorem dla innych, a my go chcemy zniszczyć.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół