• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Way of life

    ks. Zbigniew Wielgosz

    |

    Gość Tarnowski 27/2017

    dodane 06.07.2017 00:00

    Obidza z lotu ptaka wygląda jak ludzka dłoń, która palcami dróg i duktów wrzyna się głęboko w las.

    Główna linia życia obidzkiej ręki ma swój początek w Jazowsku. Na skrzyżowaniu w centrum wsi trzeba skręcić w lewo, jadąc od Nowego Sącza. Główny trakt wije się, biegnąc coraz wyżej, ku szczytom, z których można by zejść do Szczawnicy. – To stara droga, będąca kiedyś częścią traktu królewskiego wiodącego na Węgry – mówi Benedykt Tokarczyk. Mieszka na Majdanie, w jednej z tej części wsi, które można by porównać do środka otwartej ręki.

    – Z tego, co wiem, nazwa „Obidza” zrodziła się z biedy, która tutaj panowała. Druga legenda mówi, że ziemię tę posiadał Obidaj, więc od jego nazwiska wieś wzięła swą nazwę. Część wsi, w której mieszkam, to Majdan, co oznaczało bogactwo – opowiada dalej Benedykt. Były więc dwie huty szkła, folusz znajdował się przy wodospadzie, poniżej był tartak. Pod samą Skałką wypalano węgiel drzewny. Zaś pod Przehybą były dwa wielkie stawy rybne, w których klaryski hodowały pstrągi. W XIX wieku człowiek cofnął rękę, Majdan zwinął się, jakby ktoś zacisnął dłoń w pięść.

    Tę robotę trzeba lubić

    Ludzie nie zostawili jednak Obidzy, chwytając w trudzie to, co daje ta ziemia. Władysław Sajdak jest bacą. Nie ma jeszcze 40 lat, ale jego twarz jest mądra, porysowana życiem. Z jego bacówki wydobywa się dym, w środku jest palenisko, gdzie żarzą się bukowe i brzozowe polana. Tutaj wyrabia ser. Właśnie kroi go w plastry i zaprasza do spróbowania. Po chwili w drewnianym skobku przynosi kwaskowej żętycy, która szybko gasi pragnienie. – Owcami zajmował się mój dziadek, ojciec, teraz ja i mój brat na Wierchomli. To jest robota na cały zegar, na cały dzień i rok – opowiada. Ma do pomocy juhasa. Wstają do roboty o 4.00, idą spać koło 23.00. Rano doją owce, potem Władysław zajmuje się robieniem sera. Juhas wraca do owiec, a on, kiedy skończy z mlekiem, idzie do sianokosów, żeby mieć czymś karmić owce zimą. – Doimy około 300 owiec, dwa razy dziennie. Jak nam dobrze idzie, to ta robota zajmuje z 1,5 godziny. Na jeden oscypek potrzebuję mleka około 40 owiec. Przy wypasie pomaga mi też osiem psów. Być bacą? Musisz polubić tę robotę, pieniądze nie wystarczą – uśmiecha się.

    Chwilo, trwaj!

    Inni sięgali tu z dawna po drewno. Bronisław Kozieński miał stolarnię. Był dobrym fachowcem, zamówień i roboty nie brakowało. Został budowlańcem i wyjechał pewnego razu do Norwegii. Tam zaskoczyło go to, że jeden z kolegów czyta w wolnym czasie książkę. – I była to poezja! To był dla mnie przewrót, bo na emigracji łatwo stać się alkoholikiem, a ja narodziłem się tam poetą – mówi. Na koncie ma już 4 tomiki wierszy, piąty jest w drodze. – Staram się być prawdziwy, a nie piękny. Wierzę też w głos Boży, który podpowiada mi wiersze. Słowa przychodzą spoza mnie. Ludzie mówią: „talent”, „warsztat”, ja widzę w tym Czyjąś rękę – podkreśla poeta. Sielanki o Obidzy by nie napisał, tak samo jak nie zostawiłby nigdy swojej ziemi. – Siedziałbym tu nawet o suchym chlebie. Radość dla mnie zamyka się w chwili, teraz cieszę się tym kubkiem kawy, widokiem na łąki, góry… Ale skarbem Obidzy nie są krajobrazy, lecz ludzie, którzy tutaj szukają swojej przyszłości – dodaje Bronisław.

    Na końcu świata

    Należą do nich Jacek i Monika Kaniewscy, gospodarze turystycznej Chaty na Bucniku. Jacek jest z Gdańska, a ona z Jazowska, ale jej tato pochodzi z Obidzy. Szukali tu działki na założenie domu, rezygnując z dostatniego życia warszawskich słoików. – Czuliśmy, że jesteśmy umęczeni i wiecznie za sobą stęsknieni. Mówią, że wszyscy tak żyją. Uważaliśmy inaczej – opowiada Jacek. Oczywiście trzeba było mieć też pomysł, z czego żyć. Wymyślili więc dom otwarty na turystów. – Bucnik i chatę tutaj zaproponowała moja mama, ale jako żart, bo nie mogła zrozumieć, dlaczego chcemy wracać. Tu był rzeczywiście koniec świata. Ale kiedy przyjechaliśmy pierwszy raz, było oczywiste, że zostajemy – mówi Monika. Miejsce jest atrakcyjne turystycznie, widokowe. Wspiąć się tam można pieszo lub samochodem terenowym. Z drugiej strony ludzie doceniają, że do nich nie ma dojazdu. A przybywają całymi rodzinami. Są też zielone szkoły. Oderwanie od cywilizacji bardzo szybko wprowadza gości w stan spokoju. Rozmów i opowieści nie zakłócają różne techniczne przeszkadzacze.

    Narodziny pszczoły

    O Obidzy pogadać można z panem Benedyktem. Wprowadza w jej świat, otwierając mały pokazowy ul. Pszczelarz wyciąga kolejne ramki. – A tutaj mała pszczółka wychodzi z komórki, musi wygryźć wieczko, zejdzie jej ze 20 minut, rzadko to można zobaczyć – narodziny małej pszczoły – pokazuje. Niezwykłym doświadczeniem jest wejście do komory apiterapeutycznej. Ludzie inhalują się w niej powietrzem wydychanym przez pszczoły. A leczą nim z astmy, chorób oskrzeli, alergii, wytwarzają też pole elektromagnetyczne, które ma leczniczy wpływ na choroby stawów, krążenia. – Takie domki istniały już przed wojną, teraz jest ich w okolicy z siedem. Mało, bo po co, jak człowiek może wsypać do buzi garść tabletek i popić wodą. A pszczoły leczą powoli, naturalnie. Z apiterapią zacząłem dlatego, że syn miał alergię, początki astmy, bezdechy. Po inhalacji udało się z syna choroby wypędzić. Nie jestem lekarzem ani znachorem, ale jak ktoś potrzebuje pomocy, zawsze może przyjść – mówi pan Benedykt, częstując świeżym miodem prosto z ula.

    Księżycową drogą

    Linia życia Mateusza Obrzuta biegła kiedyś głównym traktem Obidzy. Mateusz jest po „gastronomie”, ale pracuje jako fotograf, zajmuje się też malarstwem. Chwyta za aparat lub pędzel i z miejscowego krajobrazu wyłuskuje chwile, które uwiecznia na papierze lub płótnie. – Wcześniej mieszkałem w domu rodziców przy samej drodze. Kiedy siostra wyszła za mąż, trzeba było jej zwolnić pokój. Zamiast szukania czegoś w mieście, wybudowałem sobie kamping, żeby był dla mnie mieszkaniem i pracownią – pokazuje. Jest tu panem. Ma spokój, z okna pracowni nie widać żadnego domu. – Ale widzę księżyc. Zawsze lubiłem go obserwować, a z domu na dole go nie widziałem. Teraz z okna pracowni widzę cały jego bieg i towarzyszące mu gwiazdy… – Maluję sceny z życia, lubię portretować starszych ludzi, którzy nie udają młodych. Lubię też malować sceny religijne, na razie uczę się takiego malarstwa od starych mistrzów. Obidza jest jak paliwo do samochodu, jak mnie nie ma we wsi, to nic mi się nie chce robić. Kiedy wracam, od razu wiem, że żyję – mówi malarz.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół