Nowy numer 3/2021 Archiwum

Pamięć w pudełku po kapeluszach

Przez wiele lat nie wolno było do niego zaglądać. Jego zawartość skrzętnie ukrywano. Dzisiaj pamięć o majorze Narożańskim pielęgnują trzy pokolenia.

Była noc. Mieszkaliśmy w Brzeżanach, to jakieś 70 km od Lwowa. Ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Dwóch oficerów powiedziało tacie, że ma się ubierać i iść z nimi. Miał 15 minut na spakowanie się. Zabrał najpotrzebniejsze rzeczy. Kazali mu prowadzić wojsko na front. Zasugerowali, że już do domu nie wróci – wspomina pani Jadwiga Krzyształowicz, córka mjr. Henryka Narożańskiego, który został rozstrzelany w Katyniu w 1940 roku.

– Niedługo później ktoś ostrzegł mamę, że i nam grozi niebezpieczeństwo. Żony i dzieci oficerów zaczęto wywozić na Syberię. Musiałyśmy się ukrywać. Pojechałyśmy do siostry mojej mamy, cioci Feli. Mama musiała rozdzielić mnie i siostrę. Trafiłam do rodziny, która mieszkała na wsi, ale nie zabrali mnie do domu, tylko umieścili w komórce – opowiada pani Jadwiga. Miała cztery lata. Posłanie urządzono jej nad świniami. W nocy nie zmrużyła oka, ale głośno płakała. Tak głośno, że sąsiedzi zaczęli się bać, że przyjdą Rosjanie i wszystkich wymordują. Kazali ją stamtąd zabrać. – Każdy się bał. Rosjanie byli bezwzględni. Do dzisiaj pamiętam, jak mordowali ludzi, i z tym strachem się budzę. Moim dziadkom, rodzicom mojego ojca, porozcinali brzuchy aż do gardła, wyciągając wnętrzności po to, by dłużej trwała ich męka. Taki widok zastałyśmy z siostrą i mamą, kiedy do nich przyjechałyśmy – mówi pani Jadwiga. Jej mama wiedziała, że muszą uciekać. Nieważne gdzie. Złotem przekupiła kolejarza, by zabrał je do pociągu. Dał im miejsce w wagonie bydlęcym. Cała podróż trwała tydzień. Za złoto dostawały wodę czy kilka łyżek zupy. – Kiedy dotarłyśmy do Tarnowa, nie miałyśmy już nic. Gdyby nie Kościół, umarłybyśmy z głodu. Mnie mama oddała siostrom na Dzierżyńskiego, nie mogła nas wyżywić – dodaje pani Jadwiga. O tym, że jej ojciec był oficerem i zginął w Katyniu, nie wolno im było pamiętać. Zdjęcia, listy i kartki, broszkę ze zdjęciem ojca, którą mama przed wojną nosiła, schowały do pudełka po kapeluszach głęboko w pawlaczu. – Mówiło się, że tato był szewcem – wspomina pani Jadwiga. Jej mama Antonina nie dożyła czasów wolności, kiedy o mężu mogłaby już mówić. Pamięć o nim pielęgnują trzy kolejne pokolenia – córka Jadwiga (druga, Barbara, zmarła 3 lata temu), wnuczka Marta i prawnuczka Antosia. We trzy należą do Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich, które 25 lat temu zawiązało się w Tarnowie. Pani Jadwiga jest jego kronikarzem. Skończyła Akademię Sztuk Pięknych, więc z wielkim oddaniem, sercem, ale i maestrią prowadziła kroniki. Przygotowała również album, w którym każda z rodzin należących do stowarzyszenia ma swoje karty, ozdobnie wykończone, opatrzone zdjęciami, dokumentami i pamiątkami. – Nie wszystkie rodziny je mają. Jedna z pań należących do stowarzyszenia opowiadała nam, że jej mama, żona oficera, który zginął w Katyniu, kiedy umierała, kazała wszystko włożyć do trumny. I tak się stało – mówi pani Marta. – Pamiątki po dziadku przetrwały w pudełku po kapeluszach, do którego przez wiele lat nie wolno nam było zaglądać – dodaje. Wiele zdjęć przypomina kadry z „Nocy i dni”. Widać na nich ćwiczących żołnierzy, spacerującego kpt. Henryka Narożańskiego w stroju galowym z pięknie ubraną żoną i dziewczynkami obok. Na innym – w stroju konnym. Na kolejnym stoi nad basenem. – Dziadek był konstruktorem i zaprojektował tę pływalnię z przebieralnią – wyjaśnia pani Marta. Przed katastrofą smoleńską jeździły do Katynia. Wtedy wyjazdy tam były organizowane, dziś trudno wybrać się samemu, jest strach. Co roku cieszą się na uroczystości organizowane przez stowarzyszenie w alei Dębów Katyńskich w Tarnowie. Tosia wzięła w nich udział pierwszy raz, będąc jeszcze w wózku. Sztandar Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich zaprojektowała pani Jadwiga, namalowała także umieszczony na nim obraz Matki Bożej Katyńskiej. Wykonały go razem z siostrą Barbarą Słomką. – Zniszczył się już od tego czasu. W 2011 roku trzeba było wyszyć wszystkie litery na nowo – mówi pani Marta, która tym się zajęła. – Dumna jestem z tego. Jedna z sióstr józefitek, która wyszywała palki, nauczyła mnie, jak wyszywać złote litery. Chodziłam do niej na „kurs” przez trzy miesiące. Nie jest to takie proste, ale się udało – dodaje, na dowód pokazując zdjęcia. Co roku w okolicach 13 kwietnia w alei Dębów Katyńskich odbywają się uroczystości związane w upamiętnieniem ofiar zbrodni katyńskiej. 78 lat temu, wiosną 1940 roku, wymordowano ponad 21 tys. Polaków. Połowę z nich stanowili oficerowie wojska i policji, także pochodzący z ziemi tarnowskiej.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama