Nowy numer 48/2020 Archiwum

Miejsce odpoczynku

Wędrując z Pragi do Gniezna św. Wojciech zatrzymał się w tym miejscu, żeby odpocząć. To samo od pięciu wieków robią to tutaj miejscowi i przechodnie.

Parafia św. Wojciecha w Starym Wiśniczu kultywuje pamięć o biskupie – misjonarzu i męczenniku. W kościele przechowywane są relikwie świętego. – Relikwiarz ma kształt łódki, w której stoi św. Wojciech, jakby płynął na spotkanie z pogańskimi Prusami, którym chciał zanieść Chrystusa – mówi ks. prał. Ryszard Kołodziej, proboszcz starowiśnickiej parafii. Łódka z relikwiami patrona „przypłynęła” już do każdego domu podczas parafialnej peregrynacji. Teraz spoczywa w kościele, choć w czasie procesji bywa noszona, jakby znów święty ruszał w świat z Dobrą Nowiną. Świętego Wojciecha przypomina w Starym Wiśniczu także ceramiczna płaskorzeźba na frontonie domu parafialnego, ale chyba najmocniej monumentalny obraz w ołtarzu głównym. – Przedstawia Maryję z Jezusem na rękach na tle wiśnickiego pejzażu. Towarzyszą Jej św. Wojciech i… kobieta w sędziwym wieku, w której jedni dostrzegają św. Annę, a inni patronkę wcześniejszego kościoła – św. Katarzynę.

Za św. Anną przemawia to, że od XVII do XIX wieku istniało tu prężne bractwo jej imienia, później przekształcone w Bractwo Różańcowe. Jest też w kościele piękna gotycka rzeźba św. Anny Samotrzeć. A św. Katarzyna ma swój piękny obraz w prezbiterium kościoła, więc nie powinna czuć się obrażona, że się o niej nie pamięta – mówi ksiądz proboszcz. A wracając do postaci św. Wojciecha, należy wspomnieć, że rysy jego twarzy jako żywo przypominają Jana Matejkę, współautora malowidła, które wykonał Florian Cynk na podstawie szkicu mistrza. Ten zaś własnoręcznie napisał na obrazie o sobie, że „komponował, o ile mógł poprawił, a głowy przerobił”. I tak mistrz polskiego malarstwa historycznego zostawił po sobie autoportret, choć pozostałe atrybuty postaci wskazują na św. Wojciecha.

Dar wielkiego pana

Parafia w Wiśniczu, zanim stał się Starym, została zanotowana w annałach w XIV wieku, ale wymieniają tę miejscowość starsze dokumenty, można więc domniemywać, że miejscowi mieli tutaj swój kościół pod wezwaniem św. Katarzyny. Na jego miejscu w 1520 roku Piotr IV Kmita wystawił nowy, w tym roku obchodzący 500-lecie istnienia. – Tenże Piotr IV Kmita objął Wiśnicz w 1515 roku. Był on najznakomitszym przedstawicielem rodu Szreniawitów. Sztukę wojenną pobierał u cesarza Maksymiliana Habsburga, często przebywał na dworze Zygmunta Starego, gdzie wyróżniał się wykształceniem, wymową, znajomością języków i odwagą. Różnego rodzaju dostojności sypały się na niego przez całe życie, przez co wzrastała również pozycja samego Wiśnicza jako jego główna rezydencja – pisze w monografii o wiśnickim kościele ks. Jerzy Krzywda, jej współautor z Kazimierzem Olchawą. Piotr IV Kmita był marszałkiem nadwornym koronnym, kasztelanem wojnickim, marszałkiem wielkim koronnym, wojewodą i starostą krakowskim. Służył królowej Bonie, która posługiwała się nim w przeprowadzaniu różnych planów. Pan na Wiśniczu gościł nawet królową na swoim zamku. Choć katolik, sprzyjał protestanckim nowinkom. Dwukrotnie żonaty, umarł bezdzietnie 1 listopada 1553 roku. – Obok wielkich przymiotów duszy posiadał wiele ułomności, z których najgłówniejsze to duma i chciwość – podkreśla ks. Krzywda. I to właśnie ten Kmita wystawia w Wiśniczu niedaleko zamku nowy kościół. – Może za grzechy swoje lub swojej rodziny? – zastanawia się ks. Kołodziej. Coś na ten temat może powiedzieć niezwykła umywalka w zakrystii kościoła. Wykonana z czarnego kamienia przedstawia u szczytu diabła, pod nim zamontowano kurek z mosiądzu i kranik. Podczas mycia rąk woda spływała w czarną czeluść, a potem na zewnątrz kościoła przez otwór w potężnej ścianie, jakby brud zmywany z dłoni symbolizował duchowe obmycie przed przystąpieniem do ołtarza. Znakiem tego oczyszczenia jest biała głowa anioła znajdująca się nad diabelską.

Na skalę europejską

Z zewnątrz wygląda jak twierdza, w środku zaś koronkowa delikatność sklepienia i zamiłowanie do symetrii wiele mówi o niejednoznacznej historii fundatora. – To był kościół dworski, stąd w parafii nie zachowały się kroniki mówiące o jej historii. Ponadto zaczął tracić na znaczeniu, kiedy książę Stanisław Lubomirski, nowy właściciel Wiśnicza, otrzymał w 1616 roku przywilej założenia miasta tuż pod zamkiem. Tak stał się Wiśnicz Starym w odróżnieniu od Nowego. Pańskie oczy zwróciły się bardziej na nowowiśnicką parafię, a w ciągu wieków bogato uposażona parafia w Starym Wiśniczu została bardzo uszczuplona. – Kościół złupili Szwedzi, stąd niewiele pamiątek po świetności dawnych kolatorów – podkreśla ks. Kołodziej. Perełki jednak są i wcale nie jest ich tak mało. Monumentalny ołtarz główny od razu przykuwa uwagę, a kiedy minie pierwsze zachłyśnięcie, wzrok wędruje ku sklepieniu z koronkowym gwiaździsto-krzyżowym rysunkiem żeber. Kolejnym „przykuwaczem” wzroku odwiedzających kościół jest kamienna budowla zawieszona wysoko nad posadzką w prezbiterium obok ołtarza głównego. – To renesansowe tabernakulum z czasów Piotra Kmity, o czym mówi nawet umieszczona na nim inskrypcja. Tabernakulum mające kształt antycznej świątyni jest ewenementem na skalę europejską. Najświętszy Sakrament wkładano do środka, zamykając jedynie kute, koronkowe drzwiczki – wyjaśnia ksiądz proboszcz. Jak umieszczano tam Najświętszy Sakrament, skoro tabernakulum jest tak wysoko? – Zapewne musiały istnieć jakieś drewniane schodki, które się nie zachowały – tłumaczy opiekun świątyni. Kamienne tabernakulum służyło jeszcze do połowy XVII wieku, później jego funkcję przejęło to w ołtarzu głównym. – I tak jest do dzisiaj, choć każdy od razu pyta, co to takiego na ścianie wisi i czemu służyło – dodaje kapłan.

Kręte schody do nieba

Żeby zobaczyć kolejne pomieszczenia w kościele, trzeba pokonać strome i kręte schody wiodące z kaplic bocznych na kolatorskie balkony. Zanim spojrzy się z góry na wnętrze kościoła, oko zatrzymuje się przed pięknymi małymi ołtarzykami. – Kiedy panowie przestali korzystać z lóż, ich miejsce zajęli parafianie. W jednej siedzieli ludzie z Kobyla, w drugiej, naprzeciwległej – z Małego Wiśnicza, a na balkonie chóru – ze Starego. Kiedy jednak z jednego balkonu spadła zniszczona czasem tralka, mój poprzednik, ks. prał. Stanisław Jakubas, zamknął dla bezpieczeństwa loże kolatorskie. Szczęście w nieszczęściu, bo dzięki temu pomieszczenia te nie zużyły się, a po renowacji są pięknym świadectwem przeszłości – mówi ks. Kołodziej. Dziś jedynie, zwłaszcza starsi mężczyźni, wspinają się na chór, choć trzeba być co najmniej szczupłym, żeby przecisnąć się między organami i ścianą. – A kiedy były jeszcze miechy, to trzeba było zgiąć się wpół, żeby przejść – dodaje przewodnik. Można pomyśleć, że tylko chudzi i pokorni wejdą do królestwa niebieskiego…

Pęknięty dzwon i dąb

Po Piotrze Kmicie został jeszcze dzwon z 1545 roku. – Pękł i już nie bije, ale zbudowano dla niego małą kapliczkę w murze przykościelnym. Zamieszczono pod nim piękną maksymę ze Słowackiego: „Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami”. Piękne świadectwo szacunku dla dzwonu – podkreśla ksiądz proboszcz. A dla nowych pokoleń świadkiem kilkusetletniej, jeśli nie milenijnej historii będzie Dąb św. Wojciecha posadzony przez ks. Ryszarda z okazji jubileuszu kościoła. Trzeba go zobaczyć, zwłaszcza teraz, po 16 latach gruntownej renowacji dokonanej przez obecnego proboszcza i parafian. A od napatrzenia niedaleko tutaj do modlitwy i duchowego odpoczynku.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama