Nowy numer 8/2021 Archiwum

Głoś Ewangelię. Jeżeli to konieczne, także słowami…

Styczniowa niedziela synodalna została poświęcona miłosierdziu jako bramie i drodze ewangelizacji.

W kuchni Caritas działającej przy par. św. Mateusza w Mielcu przed Wigilią było bardzo gorąco. Przy pierogach i barszczu uwijali się Aneta i Ireneusz Mroczka, ich synowie Bartek i Wojtek, Tadek Kozinsky z USA oraz Iwanna Madej z Ukrainy, która na Mielecczyźnie znalazła swojego męża i tutaj mieszka. – Na czas długiej przerwy świątecznej kuchnia została zamknięta. Zamiast codziennych posiłków postanowiliśmy pomóc zastępując choć na chwilę panie z Caritas – mówi pani Aneta. W akcję przygotowania świątecznych „pakietów” na stół włączyła się społeczność I LO w Mielcu, a także prywatni darczyńcy. – Na co dzień pomagamy ludziom ubogim, samotnym, chorym, bezrobotnym, mającym problem z uzależnieniami. Dla nich działają w Mielcu dwie kuchnie, jedną prowadzi nasza parafia, a drugą par. Matki Bożej Nieustającej Pomocy. My pomagamy, we współpracy z MOP, 15 – 20 osobom – mówi ks. Piotr Wąż, wikariusz w par. św. Mateusza w Mielcu. Jadłodajnia jest czynna od poniedziałku do piątku, od 8 do 12. – Nikomu nie odmawiamy pomocy – podkreśla ks. Piotr dodając, że na święta do potrzebujących zostało w parafii rozwiezionych ok. 60 paczek żywnościowych. – Zrobiła to młodzież zaangażowana w grupy parafialne i z I LO – dodaje ksiądz. Wigilijno-świąteczna akcja odbyła się po raz pierwszy. – Miesiąc temu pani Aneta zgłosiła chęć, żeby zrobić wigilię dla ubogich, że chętnie pomoże. Dodatkowo młodzi z I LO chcieli coś dobrego zrobić na święta. Z chęci zrodził się pomysł, który połączył bardzo wiele osób – cieszy się ks. Piotr.

Robić przed mówić

Pani Aneta, jak sama przyznaje, czuje chęć pomagania. – W 2010 roku woda zalała nam dom na wysokość blatów mebli kuchennych. Chłopcy byli wtedy mali. Nie mieliśmy gdzie mieszkać. To był bardzo trudny okres w naszym życiu, ponieważ musieliśmy nauczyć się przyjmować ludzką pomoc. Do tej pory, jak było trzeba, to my dawaliśmy. Powódź te role zamieniła. Spotkaliśmy się z górą dobroci. I nie bardzo wiedzieliśmy, jak sobie z nią poradzić. Nauczyliśmy się przyjmować pomoc, ale też nie przestaliśmy się dzielić z potrzebującymi. Od dziecka tak byliśmy wychowywani. Mój dom był domem otwartym. Jak mama wiedziała, że dziecko, które przyszło się bawić na podwórku, nie będzie miało obiadu w domu, to zostało nim poczęstowane w domu. To mnie uczyło otwartości i miłości. Tę świadomość pogłębiało życie duchowe w parafii, uczestnictwo w grupie parafialnej, wyjazdy na oazy dla niepełnosprawnych. A później praca nauczyciela w mieleckim Gastronomie, który włączał się w różne akcje charytatywne, m.in. w przygotowanie Szlachetnej Paczki – podkreśla pani Aneta. Niedawno usłyszała ewangelię, jak to Jan Chrzciciel posłał do Jezusa uczniów z zapytaniem, czy On jest Mesjaszem. – Jezus powiedział im, żeby opowiedzieli Janowi o tym, co u Niego zobaczyli. Najlepiej ewangelię głosi się świadectwem, czynem. Nie mówić, tylko robić. I tego uczymy naszych synów – podkreśla pani Aneta.

Furtka do Boga

Jej mąż Ireneusz, zakochany w żonie, idzie tam, gdzie ona. – Jak chce pomagać, to ja się od tego nie zwalniam – śmieje się mąż Anety. Uważa, że rodzice są pierwszymi nauczycielami dobroci, miłosierdzia dla swoich dzieci. – Jak im to pokażesz, pójdą za tobą. Z dużą pewnością mogę powiedzieć, że będą cię naśladować w swoim dorosłym życiu – mówi Ireneusz. Tato Bartka i Wojtka podkreśla, że konieczne jest wspomaganie dzieci, jeśli same chcą się w coś dobrego zaangażować. Czy stoi za tym motywacja wynikająca z wiary? – Nie pomagam dlatego, żeby komuś udowodnić, że jestem osobą wierzącą. To po prostu jest wewnętrzy imperatyw. Nie jestem miłosierny, żeby mnie inni widzieli. Chcę, żeby to było niewymuszone i spontaniczne – mówi Ireneusz. – Ja wierzę w to, że dobro zmienia, że przez miłosierdzie ludziom otwiera się jakaś furtka do Boga, że zaczynają wierzyć, najpierw w ludzką dobroć, w istnienie lepszego świata, ale także w Kogoś, kto ich kocha i chce ich szczęścia – dodaje Aneta.

Widzisz i idziesz

Bartek jest przybocznym w I Mieleckiej Drużynie Harcerskiej Hadem. Podczas pierwszych miesięcy pandemii rozwoził z druhami paczki do potrzebujących i starszych. Kiedy we wrześniu cała rodzina jednego z druhów musiała zostać na kwarantannie, pozostali harcerze pomagali w robieniu zakupów, a nawet w wyprowadzaniu psa. – Tych działań pomocowych było dotąd sporo i to nie tylko w ramach harcerstwa, ale także poprzez grupę apostolską w parafii – mówi chłopak. Ostatnio zaczął pomagać w nauce matematyki ośmiolatkowi spod Zakopanego. – Zarząd HR zaproponował, żeby wspomóc on-line gorzej radzących sobie z tak zwanym zdalnym nauczaniem kolegów. Zgłosiłem się jako wolontariusz i w ten sposób co środę pomagam sympatycznemu drugoklasiście w matematyce – opowiada chłopak. Bartek podkreśla, że pomagania uczy się najpierw od rodziców. – To pierwszy autorytet w tej dziedzinie. Kiedy jest się jednak trochę starszym, bardziej patrzy się na innych rówieśników czy tak zwanych celebrytów. Jeśli u nich widzi się dobry przykład, idzie się za nim. Zawsze też mam poczucie, że moi koledzy patrzą na mnie, oceniają. Staram się więc dawać dobry przykład, który ich zachęci, zainteresuje i pociągnie na tę samą drogę – dodaje harcerz. Jego młodszy brat Wojtek, patrząc na rodziców i brata krzątających się przy pierogach, mówi, że jest mu lepiej na duszy, kiedy sam może także pomagać. – Nie wolałabym robić w tym czasie czegoś innego. Jak pomyślę, że ktoś przez te kilka dni nie będzie miał co jeść, że nie odczuje chociaż troszkę smaku świąt, że będzie mu smutno, to robi mi się przykro i muszę pomóc. Ponadto rodzice, brat są dla mnie autorytetem. Patrzę na nich i chcę ich naśladować – podkreśla chłopiec, który jak brat należy do harcerstwa. – Jestem podzastępowym. Kiedy tylko mogę, zgłaszam się na ochotnika i angażuję się w różne dobre akcje – mówi Wojtek.

Pierwsza szkoła miłosierdzia

Iwanka z Ukrainy od 16 lat mieszka pod Mielcem. Poznała Anetę, kiedy ich dzieci zaczęły chodzić do szkoły. – Ja od zawsze lubiłam i lubię pomagać. Kiedy dowiedziałam się o Szlachetnej Paczce, bardzo chciałam zostać wolontariuszem, ale w Mielcu już nie potrzebowano nowych. Znalazłam się jednak w Akademii Przyszłości w Dębicy, w której jestem tutorem. Kawałek trzeba dojeżdżać, ale pomoc dzieciom oddaje to z nawiązką – podkreśla Iwanka. Zauważa, że dzisiaj bieda jest mało zauważalna. – Jeśli chce się pomóc, trzeba najpierw widzieć, dostrzegać, szukać także ludzi, którzy zwyczajnie, ze wstydu, nie chcą się przyznać, że potrzebują jakiegoś wsparcia – dodaje Iwanka.

Razem z nią i rodziną Mroczków lepieniem pierogów zajął się także Tadek z USA. Przyjechał na wymianę do Polski i mieszka w domu Anety i Ireneusza. Ma 17 lat. Jest, razem z rodzicami, zaangażowany w życie swojej wspólnoty parafialnej. – Kuchnia przy parafii żywi wiele osób, zwłaszcza bezdomnych, biednych, uzależnionych od narkotyków – mówi chłopak. I on, podobnie jak Bartek czy Wojtek, chęć niesienia innym pomocy wynosi z domu, który jest dla chłopaków pierwszą szkołą miłosierdzia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama