Nowy numer 37/2021 Archiwum

Skrzynka ze skarbem, czyli Stefan Mzungu

Świat jest mały. Na przykład niedaleko Szczucina można zobaczyć kawałek Afryki.

Skrzynkę – niewielką miejscowość leżącą blisko Szczucina – łatwo można ominąć, mknąc w kierunku Kielc i Warszawy. Wieś rzeczywiście ma coś wspólnego z tajemniczym pudełkiem, które zaczyna żyć, kiedy się je otwiera. Co więcej, dom, który dzisiaj odwiedzimy, jest jak skrzynka w skrzynce, schowany za drzewami i trawami. Od kilkunastu lat mieszka w nim Stefan ze swoją mamą Alicją. Chłopak ma 18 lat i trzy tygodnie temu wrócił z Zambii... Mówią o tym drewniane nosorożce, kawałki trzciny cukrowej i nasionka baobabu zamknięte w łupinie owocu jak w grzechotce.

Praca, praca, praca

Opowieść o nim trzeba zacząć jednak od tego, że od dziecka chciał być bogaty. Swoje marzenie zaczął realizować, pracując, bo na wygraną na loterii nie liczy. Kiedy miał 13 lat, w czasie wakacji pomagał dziadkowi w pracy przy gospodarstwie. Rok później pracował w firmie zajmującej się używaną odzieżą i wysyłaniem jej do innych krajów. Jako 15-latek pojechał do ciotki w USA, gdzie pomagał przy malowaniu domów. Ma na swoim koncie robotę w piekarni i stolarni. Kiedy jego rówieśnicy odpoczywali, Stefan pracował. Nieraz przez całe wakacje. – Poza tym głównym celem stawiałem sobie konkretne zadania, które chciałem zrealizować, by krok po kroku zbliżyć się do urzeczywistnienia moich marzeń – podkreśla chłopak. Skończył dwujęzyczne gimnazjum w Tarnowie, szkołę muzyczną z nauką gry na akordeonie, a teraz jest licealistą w II LO. Ma za sobą zdanie amerykańskiej matury i miesięczny wolontariat w Afryce.

1,5 roku oszczędzania

Interesując się ekonomią, poznał dzięki internetowi ks. Jacka Gniadka zajmującego się tą dyscypliną z katolickiego punktu widzenia. Ponadto ksiądz przez wiele lat pracował jako misjonarz w Zambii, gdzie zbudował przedszkole, które później przekształciło się w szkołę, a także otworzył ośrodek dla dzieci z niepełnosprawnościami. Ks. Gniadek zajął się edukacją dzieci również poprzez założenie fundacji współpracującej ze wspomnianą szkołą w Afryce. Stefan – jako przewodniczący szkoły – zaprosił księdza do Tarnowa, by opowiedział o swojej misyjnej pracy wśród afrykańskich dzieci. Spotkanie z misjonarzem przypomniało Stefanowi, że już jako dziecko chciał pojechać do Afryki. Chłopak miał wtedy 16 lat, ale zaczął intensywnie myśleć o wyjeździe. – Musiało minąć jednak półtora roku, bo nie jest łatwo finansowo ogarnąć taką wyprawę. Musiałem zebrać pieniądze na przelot i pobyt. Ponadto trwała internetowa zbiórka, żeby na miejscu w Zambii zrealizować edukacyjny projekt fundacji Asbiro polegający na otwarciu w szkole w miejscowości Linda pracowni komputerowej. Pieniądze na swój wyjazd odłożyłem m.in. z przyznanych mi stypendiów, w tym z Fundacji im. Arcybiskupa Jerzego Ablewicza. Fundusze na edukacyjny projekt pochodziły ze zbiórek i od darczyńców – mówi chłopak.

StefanGames

Linda jest jedną z wielu miejscowości, do której trafiają migrujący z interioru Zambijczycy, których nie stać na mieszkanie w stolicy kraju, Lusace. – Ludzie mieszkają tu w trudnych warunkach. Brakuje wody, prądu. Rodziny są wielodzietne, gnieżdżą się niejednokrotnie w małych domkach. Edukacja sporo kosztuje, zwłaszcza że większość szkół jest prywatnych, więc należy płacić czesne. I jest to kolejna bariera potęgująca ubóstwo. Szkoły nie przypominają też tych w Polsce. Na przykład w placówce dysponującej pięcioma salami uczy się 220 dzieci. Ja trafiłem do szkoły, z którą od lat współpracuje fundacja. Jako wolontariusz działałem także w sąsiedniej placówce, w której udało się stworzyć pracownię komputerową. Przywiozłem do niej kilka laptopów podarowanych fundacji w Polsce – opowiada chłopak. Na początku Stefan zamienił się w nauczyciela informatyki, ale później udało się znaleźć miejscowego i co więcej – opłacić jego utrzymanie. Stefan przywiózł wraz z dwoma innymi wolontariuszkami zebrany przez fundację sprzęt do otwarcia saloniku z grami komputerowymi. Chciał otworzyć w Lindzie mały biznes, który aktywizowałby ludzi z lokalnej społeczności. – Udało się stworzyć, jak nazwali to miejscowi, StefanGames, a pięciu chłopaków pod kierunkiem nauczyciela zostało opiekunami saloniku, robiącymi także popcorn, żeby w ten sposób uczyć się odpowiedzialności i… zarabiania pieniędzy. Miałem, co prawda, opory przed organizacją takiego biznesu, ponieważ bałem się, że ludzie uzależnią się od gier. Nie były to oczywiście blackjacki, ale gry sportowe, więc chodziło głównie o przygotowanie miejsca godziwej rozrywki – dodaje Stefan.

Mzungu znaczy biały

Przed swoim wyjazdem nastolatek udzielił wywiadu do „Gazety Krakowskiej”, który przeczytał Sławomir Skowron. – Jestem mu wdzięczny, bo bardzo wspomógł mój największy projekt. Dzięki temu na miejscu mogłem pomyśleć o kontynuacji rozbudowy kolejnej szkoły. Z nauczyciela informatyki zamieniłem się w kierownika budowy – opowiada chłopak. Dzięki pomocy dyrektora szkoły udało się znaleźć budowlańców i kupić potrzebny materiał na wzniesienie murów i przygotowanie ich pod zadaszenie. – Bo na tyle starczyło pieniędzy zebranych w Polsce, ale mam nadzieję, że budowa zostanie dokończona. Myślę o tym intensywnie, być może uruchomię kolejną zbiórkę na zrzutce – mówi Stefan i dodaje, że na razie zbiera na ten cel pieniądze od osób prywatnych, a wszystkich chętnych do wsparcia tego dzieła zaprasza do kontaktu ze sobą poprzez media społecznościowe bądź wpłatę na konto fundacji ASBIRO, którą można znaleźć w sieci. Dach ma kosztować 30 tys. złotych. Zajęć okołobudowlanych było tak wiele, że chłopak nie miał czasu na zwiedzanie. Miał m.in. możliwość uczestnictwa w safari, ale zrezygnował z niego, żeby zająć się pracą dla szkół. Zobaczył jednak inne życie w Zambii, odwiedzając stolicę i jedząc pizzę w galerii. Włączył się m.in. w kampanię wyborczą dyrektora jednej ze szkół. – Dyrektor startował na stanowisko burmistrza. Jego historia jest bardzo ciekawa, bo wcześniej pracował jako kierownik farmy w innym miejscu w Zambii, żył na wysokim, jak na tamtejsze standardy, poziomie. Zrezygnował z tego. Przeniósł się do ubogiej miejscowości, żeby tam zająć się organizacją edukacji. Został dyrektorem szkoły, zmagając się również z problemami lokalnej społeczności cierpiącej z powodu braku wody i prądu. Wiele udało mu się dla ludzi zrobić, a myślę, że jako burmistrz zdołałby zrobić jeszcze więcej, dlatego wsparłem jego kampanię – mówi Stefan, dodając, że aby wzbudzić szacunek miejscowych, nie trzeba być starym i grubym. – Byłem biały, a z tym wiąże się wiele stereotypów. Między innymi ten, że biały ma pieniądze. Mogłem się o tym przekonać na własnej skórze, bo jeden z mieszkańców nadał swojemu synowi imię Stefan na moją cześć. Później przyszedł z prośbą o wsparcie wychowania dziecka, licząc na pieniądze, których przecież nie miałem. Byłem jednak biały i to wystarczyło, żeby widzieć we mnie jakiegoś patrona – wspomina z uśmiechem chłopak.

Marzę o Harvardzie

Wolontariat w Zambii był jak skok w dorosłość. Stefan z konieczności z nastolatka zmienił się w odpowiedzialnego kierownika, który miał wzbudzać szacunek, żeby prace zostały zrealizowane. Musiał stać się bardziej asertywny, wymagający, odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale i za innych. – Jako dziecko był nieśmiały – przyznaje mama, pani Alicja. – Wielka zmiana przyszła w gimnazjum i liceum. A teraz, zwłaszcza po Afryce, jest zupełnie innym chłopcem. Otwarł się jeszcze bardziej, ma wielkie marzenia, plany, których jestem pierwszą słuchaczką i korektorką. A znajomi mówili, że chyba zwariowałam, pozwalając synowi na wyjazd do Afryki. Wiedziałam, że będzie tam w miarę bezpieczny. Mieliśmy ze sobą stały kontakt, więc aż tak bardzo nie odczuwałam lęku – dodaje mama. Jak wspomina, zależy jej na rozwoju syna. – Dlatego chciałam, żeby swoją edukację rozpoczął od ochronki, bo wiedziałam z własnego doświadczenia, jaką wartość mają placówki prowadzone przez siostry zakonne. Chciałam, żeby Stefan znał języki, stąd nauka w dwujęzycznym gimnazjum, a później – żeby uczył się w klasie przygotowującej do międzynarodowej matury. Po drodze była szkoła muzyczna… Nie brakuje mu serca do tego, co robi – wylicza pani Alicja. Jednak chłopak zrezygnował z międzynarodowej matury na rzecz… amerykańskiej. – 1 sierpnia otwarła się możliwość aplikowania na uczelnie amerykańskie. A moim celem jest Harvard, ponieważ jest to najlepszy uniwersytet na świecie. Chciałbym na nim studiować jakiś kierunek związany z ekonomią i biznesem, choć specjalizację wybiera się po dwóch latach studiów. Mam za sobą kilka lat przygotowań, zdane egzaminy, piszę eseje wymagane przez uczelnię. Gdyby się nie udało, liczę na dostanie się na któryś z uniwersytetów o podobnej randze. Odpowiedź z Harvardu przyjdzie 15 grudnia, z innych w marcu. Mam już indeks na SGH w Warszawie dzięki udziale w Olimpiadzie Przedsiębiorczości. Prócz tego staram się realizować jakieś projekty biznesowe – wylicza nastolatek. Gdy miał 16 wiosen, stworzył mobilną aplikację Eattly polegającą na dzieleniu się przepisami kulinarnymi. By tego dokonać, współpracował m.in. z programistami z Indii. A do tego od dziecka był ministrantem, później został lektorem i ceremoniarzem w parafii św. Marii Magdaleny w Szczucinie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama