Nowy numer 49/2022 Archiwum

Nie mam nic, co mogłam dać

Jutro zaczyna studia, a 10 dni temu wróciła z Afryki. Julka Czuban była na stażu misyjnym w Republice Środkowoafrykańskiej.

Kilka dni po powrocie z miesięcznego stażu misyjnego w RCA spotkała się z tymi, wśród których wyrosła, czyli członkami Ogniska Misyjnego w parafii w Nowym Wiśniczu. 

- Jako mała dziewczynka chodziłam po kolędzie misyjnej. Potem przyprowadzili mnie tu, gdzie siedzimy, na ognisko misyjne i tu co piątek się spotykaliśmy. Na początku wydawało mi się, te sprawy misyjne są jakieś dziwne, tak bardzo inne od tego, co sami robimy. Potem zaczęło mnie to interesować. Siostra opiekunka wysłała mnie na Szkołę Animacji Misyjnej i tak się dowiedziałam, że istnieje wolontariat misyjny. Zaczęłam chodzić, słuchać, kto wyjeżdża na misje, że wyjeżdżają też świeccy, co robią, jakie to ma znaczenie dla mieszkańców krajów misyjnych, i że jest to może coś małego, niewiele znaczącego, ale dawanego darmo. W końcu chciałam zrobić coś w tym kierunku, może coś szlachetnego, a przy okazji przeżyć przygodę. Ta chęć przyszła z czasem. Raz chciałam być jak Matka Teresa, ratować cały świat, a raz myślałam, że to bez sensu, bo może nie będzie widać efektów. Nadarzyła się w końcu okazja, by z Martą z Tylmanowej, klerykami i ks. Stanisławem Wojdakiem pojechać do Republiki Środkowoafrykańskiej. Skorzystałam z tej szansy i pomogli mi bardzo, bo bez wsparcia finansowego pewnie bym sobie na to nie mogła pozwolić. Pojechałam i wróciłam - uśmiecha się Julka

Na miejscu zobaczyła wiele dzieł prowadzonych przez tarnowskich misjonarzy w RCA. - Chciałam bardzo dać cokolwiek z siebie, dla tych ludzi, których spotkałam. Z drugiej strony byłam świadoma słabości. Nie jestem ani lekarzem, który może leczyć, ani elektrykiem, który poprowadzi prąd do wioski, nie znam francuskiego, ani sango, nie miałam nic, co mogłabym dać. Na miejscu okazało się, że to, że jestem, że uśmiecham się do nich, to już jest wiele, bo mają poczucie, że ktoś się nimi interesuje, że kogoś obchodzą, i że ten ktoś tu jest, a nie musi, a jeśli jest, to dla nich. To było na wioskach bardzo odczuwalne. Zawsze prosili, żeby przyjeżdżać częściej, zawsze cieszyli się, gdy pytaliśmy, co we wiosce się dzieje - opowiada.


Więcej w numerze 41. "Gościa Tarnowskiego".

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy