Parafia pw. Świętych Filipa i Jakuba w Mystkowie obejmuje dwie miejscowości - Mystków i Mszalnicę, kilka kilometrów od Nowego Sącza. I 18 osób powołanych: 12 księży, 6 sióstr zakonnych rozsianych po wszystkich kontynentach. Proboszcz ks. Krzysztof Czyżowski nie kryje, że to liczba, przy której trudno pozostać obojętnym. – Powołani z parafii reprezentują praktycznie wszystkie kontynenty świata – mówi. – Mamy księży w Azji, w Europie, w Ameryce, w Afryce. Ojciec Tadeusz Gieniec od prawie czterdziestu lat pracuje w Boliwii. Jeden z naszych rodaków posługuje w Rosji – opowiada proboszcz.
Ostatnia niedziela była przeżywana jako taki parafialny dzień powołanych. Zaczęła się od Mszy Świętej, uroczystej, bo była okazja: 25 rocznica kapłaństwa ks. Sławomira Kiełbasy ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Potem wszyscy wyszli na powietrze, gdzie odbył się piknik parafialny – były stoły, rodziny, sąsiedzi, znajomi ze szkoły. Przy tych stołach siedzieli księża i siostry zakonne, a obok nich ludzie, z których i z którymi znają się od dziecka. – Rozmawialiśmy między sobą, skąd się wzięły te powołania. I co jest ciekawe: każdy ksiądz czy siostra zakonna, okazało się, dawała jakąś iskrę powołania innym. Już powołani legitymowali swoją wiarygodnością tę drogę młodszym, pociągali ich przykładem powołania – opowiada ks. Krzysztof Czyżowski.
Ale iskra potrzebuje gleby
Ks. Sławomir Kiełbasa miał dwadzieścia lat, kiedy wstąpił do Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Zawsze był blisko Kościoła. Ministrant, lektor. – Dzieci były małe pilnowaliśmy, żeby szły z nami do kościoła. Nie było samochodu, 2,5 kilometra pieszo, nieraz wcześnie, w różnej pogodzie, ale szły – opowiada Maria Kiełbasa, mama ks. Sławka. Potem on sam chodził, nieraz z samego rana, o 6, żeby zdążyć na służenie, na Mszę o 7.00. Sławomir, jak mówi, czuł głos Boga, który go wzywał. Złożył podanie do seminarium diecezjalnego w Tarnowie. Potem pojechał na pielgrzymkę. – Jak przyszedł z tej pielgrzymki, to mówi: „Mamuś, idę się przespać. Jak wstanę, to Ci powiem. Ale ja nie idę do Tarnowa” – opowiada Maria Kiełbasa. – Zastanawiałam się, co wykombinował. Znalazłam karteczkę Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Na pielgrzymce Irlandczyk, który w Polsce przyjął nazwisko Kazimierz Afrykański rozdawał „bilety do Afryki”. Taki bilet znalazłam – wspomina pani Maria. Bilet, to była mała karteczka, z kilkoma informacjami, na przykład, że dziś w Afryce zmarło 975 dzieci, że jutro będzie tak samo, że Afryce trzeba pomóc.

Formację Sławomir rozpoczął od filozofii u pallotynów w Ołtarzewie. Potem rok języka francuskiego w Lyonie. Nowicjat w Alzacji. Teologia przez cztery lata w międzydiecezjalnym seminarium niedaleko Abidżanu, na Wybrzeżu Kości Słoniowej – w grupie czterdziestu kleryków z piętnastu krajów afrykańskich, Europy, Indii, Argentyny. – Moje pierwsze siedem lat kapłaństwa to była parafia w Togo – mówi ks. Sławomir. – W środowisku wiejskim, w centralnym Togo, gdzie jeszcze nie było prądu, nie było elektryczności, nie było bieżącej wody. Takie warunki były dla młodego misjonarza pasjonujące – uśmiecha się.
Po Togo przyszły lata w Anglii, animacja misyjna, zbiórka funduszy, wizyty w parafiach Anglii, Szkocji i Walii. Potem Republika Środkowoafrykańska. Teraz Maroko, kraj muzułmański, gdzie prawo zabrania nawracania miejscowych mieszkańców, a przy wejściu do każdego kościoła dyżurują służby bezpieczeństwa. – W kościołach można głosić. Kościoły są otwarte, kto chce, może wejść. I przychodzi sporo Marokańczyków, szczególnie młodzieży, studentów, którzy wchodzą i pytają, zadają pytania, chcą zobaczyć, co to jest. Tego nikt nie może zabronić. Co jest ważne. Bardzo liczy się ta obecność – opowiada ks. Sławomir Kiełbasa. W Agadirze, gdzie pracuje, jest jedyna parafia w mieście. Ks. Sławomir posługuje w zasadzie sam, z pomocą 87-letniego poprzedniego proboszcza, który zapragnął zostać w tym miejcu.

Agnieszki Słupińskiej nie liczyłem wśród tych 18. Jest osobą świecką. Dziś na co dzień pracuje w dużej międzynarodowej korporacji. Na misje pojechała dwa razy. – Od dziecka chciałam wyjechać i pomagać. W Krakowie na studiach dowiedziałam się, że istnieją świeckie wolontariaty. Trafiłam do salezjanów – wyjaśnia.
Rok 2014, Sudan Południowy, najmłodsze państwo świata, trzy lata po podziale. Siostry prowadziły tam dwie szkoły po 1000 dzieci. Agnieszka pracowała w jednej z nich, zastępowała nauczycieli, pomagała przy administracji. Po dwóch miesiącach przerwy spędzonej z powodów bezpieczeństwa w Addis Abebie wróciła do Sudanu i została do końca rocznego kontraktu. Kilka lat później pojechała do Peru, tym razem z mężem, którego poznała tuż przed pierwszym wyjazdem. Lima, Callao, slumsy, oratorium prowadzone przez polskiego księdza. – Na misjach zauważyłam jedno. Jak się pracuje z dziećmi i szanuje te dzieci, robi się dobrą robotę, to ludzie Cię szanują. Środowisko, w którym jesteś, jakiekolwiek by nie było – mówi. Dziś też przekonuje, że misja nie kończy się na powrocie. – Ja się nigdy nie wstydzę się tego, że jestem chrześcijanką, mimo że pracuję w dużej korporacji międzynarodowej. Nie unikam tematów wiary. Myślę, że w Polsce jest teraz większa potrzeba misji niż w niektórych krajach w Afryce. Jak w Etiopii powiedziałam, że w Europie jest bardzo dużo ateistów, to tamtejsi nauczyciele nie mogli zrozumieć tego konceptu – opowiada Agnieszka.
Jej brat, ks. Wojciech Bochenek, jest sercaninem. Posługuje w Albanii, w wiosce Gurez niedaleko Tirany. Kościół w Gurez został zburzony w czasach komunizmu, kiedy Enver Hodża zdelegalizował wszelką wiarę. Ostatni proboszcz ochrzcił potajemnie dziecko i za to zginął. Dziś jest jednym z 38 albańskich błogosławionych męczenników. – Oprócz pracy w parafii prowadzimy centrum pomocy dla dorosłych osób niepełnosprawnych – mówi ks. Wojciech. To centrum nazywa się Dom Aniołów. Zbieramy naszych podopiecznych z domów rodzinnych, przywozimy. Mamy psychologów, siostrę zakonną. W Domu Aniołów jest pół na pół katolików i muzułmanów – objaśnia.
Opowiada o tym, jak trzy lata temu zabrał podopiecznych na plażę i o niechęci, jaką napotkali. Bo jest jeszcze w Albanii trochę tak, jak u nas 30 lat temu, że niepełnosprawność, to coś wstydliwego. Ksiądz Wojtek opowiada jednak, że już w zeszłym roku dzieci z plaży biegły do rodziców z prośbą o lody dla jego podopiecznych. – Bijemy w mury tradycji, które nie akceptują osób z zespołem Downa, z autyzmem, z dziecięcym porażeniem mózgowym. Znam dziewczynkę, która od dziecka była zamknięta w pokoju. Dziś panicznie się boi wyjść na zewnątrz, bo nie zna świata. To łapie za serce – mówi.

Ks. Czyżowski mówi, że gdyby tak pogrzebać w rodzinach, bliższych i dalszych, to praktycznie każda rodzina z parafii ma jakąś osobę duchowną spokrewnioną. A te powołania są w większości misyjne. Wśród 12 żyjących dziś kapłanów tylko czterech nigdy nie pracowało za granicą. – To bogactwo kontynentów i charyzmatów. Skąd się bierze? Z rodzin. Z ludzi. Z tego, co wyniosło się z domu – przypuszcza ks. Czyżowski.
Agnieszka Słupińska i ks. Wojciech mówią o swoim ojcu. Wracali w niedzielę z kościoła, mama gotowała obiad, a tata otwierał Pismo Święte. – Pytał, co było na kazaniu. Jaka była Ewangelia, czytania. My często, jak to dzieci, nic nie pamiętaliśmy – śmieje się Agnieszka. – To on czytał jeszcze raz te fragmenty i opowiadał nam je. Uczył nas nie tylko wiary, ale i krytycznego myślenia – dodaje. Maria Kiełbasa mówi prosto: do kościoła trzeba chodzić. – Dzisiaj się łatwo odpuszcza dziecku, bo nie chce, bo mówi, że zmęczone, łatwo machnąć ręką. My mieliśmy do kościoła dwa i pół kilometra. Na nogach chodziliśmy – opowiada pani Maria. Jej mąż Kazimierz kiwa głową. Pytany, skąd się bierze tyle powołań z jednej małej parafii, milczy chwilę. – Może się ludzie dobrze modlą? Wszystko możliwe – mówi w końcu.
W Mystkowie patronami parafii są Filip i Jakub. Agnieszka i Wojciech wspominają obraz zasuwany w głównym ołtarzu i mówią, że – niezależnie od siebie – jak tylko usłyszeli pytanie skąd tyle powołań, to od razu stanął przed ich oczami ten obraz. – Myślę, że to od nich ta cała historia się zaczyna. I że to nie jest przypadek, że dane parafie mają danego patrona – mówi rodzeństwo.
Ks. Czyżowski szuka odpowiedzi bliżej ziemi. – Dobre drzewo rodzi dobre owoce. Żeby zaś zobaczyć drzewo, trzeba najpierw popatrzeć na korzenie – uważa. Korzenie są stąd. Z tych dwóch wiosek, z tych rodzin, z porannego marszu przez ciemność na siódmą. Stąd, do kapłaństwa, życia zakonnego, stąd na wszystkie kontynenty.









