Trudno byłoby nawet zliczyć, który to przyjazd kard. Grzegorza Rysia do Łososiny Górnej. Jako dziecko spędzał tu każde wakacje u swojej babci w Bałażówce, w przysiółku zwanym Kamyczkiem, a po jej śmierci u siostry ojca - cioci Wandy. Przyjeżdżał tu nieraz jako kapłan, biskup i arcybiskup, błogosławił związki małżeńskie, uczestniczył w pogrzebach, przeżywał biskupie prymicje, przewodniczył jednej z uroczystości odpustowych nie tylko w kościele w Łososinie Górnej, gdzie chrzest przyjął jego tato, ale też w sąsiednich sanktuariach w Limanowej czy na Pasierbcu.
Środowa wizyta w Łososinie Górnej była jego pierwszą od nominacji kardynalskiej, długo wyczekiwaną, ale za sprawą licznej rodziny, jaką tu ma, wspomnień, jakie wyzwoliło w nim to miejsce, i radości wszystkich, trudno byłoby nazwać ją oficjalną. Odwiedziny rodzinnych stron swojego taty kardynał rozpoczął od przyjazdu na cmentarz parafialny i modlitwy na grobie dziadków. Następnie przewodniczył Eucharystii w tutejszym kościele, w którym i wokół niego zgromadzili się parafianie, ale też jego kuzynostwo z rodzinami. Bardzo liczne. Dość rzec, że najwięcej osób w tej parafii nosi to samo nazwisko. Tato księdza kardynała miał dziesięcioro sióstr i braci, a oni łącznie blisko 50 potomstwa. To kuzynostwo księdza kardynała, które ma już swoje dzieci, a z nich niektórzy już także pozakładali swoje rodziny. Z tej rodziny pochodzi także proboszcz z pobliskiej Kamionki Wielkiej ks. Hieronim Kosiarski.
Odwiedziny księdza kardynała w Łososinie Górnej wyzwoliły w nim wiele wspomnień związanych z babcią, ciocią Wandą, wujostwem - pokoleniem, które już odeszło na drugą stronę. Mimo że ma tu liczną rodzinę i nie sposób, by wszystkich znał, to swoje kuzynostwo pamięta, czemu dał wyraz nie tylko w czasie serdecznych powitań.
Beata Malec-Suwara /Foto Gość
- Cieszę się, że w końcu dojechałem. Od przeszło 9 miesięcy mam do tego szczególny tytuł, bo wróciłem do Krakowa i jestem krakowskim, a to znaczy, że i waszym metropolitą. Mam więc taki tytuł, żeby bywać teraz w Łososinie, nawet bez opowiedzenia się biskupowi, ale dzwoniłem dzisiaj rano do biskupa Andrzeja, żeby wiedział, że w diecezji Jeża buszuje Ryś - mówił kardynał w swoim żartobliwym i pełnym dystansu do siebie tonie.
Już bardzo poważnie zauważył, że to stąd wyniósł to, co w życiu najważniejsze. Tu uczył się miłości rodzinnej, szanować to, co najprostsze, czym jest dobrze rozumiane ubóstwo, skromność, solidarność. - Dom „na Kamycku” zawsze będzie się mi kojarzył z tym, że mogłem usiąść na progu, dostać pajdę chleba i popić ją mlekiem od krowy. I że to jest znacznie lepsze niż te wszystkie potrawy, które muszę czasami jadać jako kardynał. One nie mają nic wspólnego z dobrym smakiem. Natomiast to, co można było zjeść u babci, a potem u cioci Wandy, przebija wszystko na świecie jakością, ale tak potrafi gościć tylko miłość - mówił.
- Wszystko, co w życiu jest najprostsze, a równocześnie najcenniejsze to ja wynosiłem stąd, dlatego się nie dziwcie, że zawsze tu wracam, jak tylko mogę, a że nie mogę za dużo, to lepiej dla was, bo jak byście mieli się tak organizować co chwilę, to zaczęlibyście przeklinać na kolegium kardynalskie - żartował kard. Ryś, ciesząc się z obecności kuzyna „Zbysia”, co siedział na murku pod płotem, i „Franka”, który trzymał się blisko prezbiterium, starając się uwiecznić to wydarzenie na fotografiach. - Cieszę się z was wszystkich - mówił.
- Przepraszam za te wątki osobiste, ale samiście je we mnie wyzwolili. Jesteście jedną z najpiękniejszych części świata. I nie dajcie sobie nigdy wmówić czego innego. Takich społeczności jak wasza, tutaj jest na świecie niestety coraz mniej. Nie dajcie się z tego wybić nigdy i nie dajcie sobie wmówić, że nie macie racji, bo macie. Bo macie - powtarzał.
- Niektóre lekcje, które zasłyszałem u babci, u dziadka nie, bo go nie znałem, umarł 10 lat przed moimi narodzinami, nie miałem prawa go znać, ale to, co słyszałem od ciotki Wandy, od wujka Staszka to są takie prawdy, których ja nie zapomnę nigdy. Nie słyszałem ich nigdy od rektora seminarium, od ojca duchownego. To, czego mnie tu nauczono, siedzi we mnie najgłębiej - mówił kardynał.
Posłuchajcie:
Kard. Ryś: Nie dajcie sobie wmówić, że nie macie racji, bo macieGość Tarnowski
Homilia trwała ponad 20 min., ale w niej nie było wspomnień, tylko komentarz do Ewangelii. - Dostaliśmy od Pana Jezusa na to nasze spotkanie słowo niezwykłej wagi - przekonywał kard. Ryś, zauważając, że słowa błogosławieństw to nowy Dekalog. Nie wymagania dla doskonałych, ale każdego z chrześcijan. Posłuchajcie sami, co potrafi uczynić miłość, jak odwraca porządek myślenia:
Błogosławieństwa dla chrześcijan to nowy DekalogGość Tarnowski
Ksiądz kardynał zwrócił uwagę także na obraz Matki Bożej w łososińskim kościele. - Macie tutaj wyjątkową nauczycielkę odwracania porządku, a to jest jeden z najważniejszych obrazów w Kościele - obraz Matki Bożej, który nazywa się Salus Populi Romani - przypomniał, pytając obecnych, czy wiedzą, co jest na nim wyjątkowe.
Tłumaczył, że na żadnym innym typie obrazu Maryja nie ma chusteczki, a na tym trzyma ją w lewej ręce. - Po co? Dobrze wiecie. Żeby nam otrzeć łzy. Żeby nam otrzeć łzy - powtarzał, zauważając, że nikt nie może Jej zarzucić tego, że nie wie, jak to jest, jak się płacze, bo Ona tak jak Jezus wybrała ubóstwo, płacz, głód, odrzucenie. Z miłości.
Ks. Kazimierz Fąfara przypomniał, że w ubiegłym roku parafia przeżywała jubileusz 700-lecia, a jej dzieje to przede wszystkim opowieść o ludziach i o rodzinach, które przez wieki przekazywały wiarę kolejnym pokoleniom. Przypomniał, że chrzest w tym kościele przyjął Franciszek Ryś, a dziś jego syn - kardynał sprawował tu Mszę św. - Ekscelencjo, witam cię serdecznie wśród swoich. Radość nasza jest tym większa, bo zapewne w ciągu siedmiu wieków nigdy kardynał nie celebrował Mszy św. w tym kościele - mówił.
Beata Malec-Suwara /Foto Gość
Za tę homilię, za Mszę św., za przyjazd do Łososiny Górnej dziękował księdzu kardynałowi w imieniu swoim, parafian i rodziny miejscowy proboszcz ks. Kazimierz Fąfara. Zauważył, że w 700-letniej historii tej parafii zapewne nigdy wcześniej Eucharystii nie sprawował tu kardynał. W darze dostojny gość otrzymał płaskorzeźbę przedstawiającą łososiński kościół i XV-wieczną kamienną chrzcielnicę z wyrytymi na niej datami urodzin i chrztu taty księdza kardynała śp. Franciszka Rysia.
Na pamiątkę wizyty ksiądz kardynał otrzymał w darze płaskorzeźbę wykonaną przez lokalnego artystę Roberta Firszta. Wręczył mu ją pan Jacenty Musiał z Łososiny Górnej (nota bene kuzyn ks. Stanisława Musiała, którego imię nosi nagroda przyznawana osobom zasłużonym dla dialogu chrześcijańsko- i polsko-żydowskiego). Jego żona też jest z Rysiów.
Beata Malec-Suwara /Foto Gość
Dalsza część spotkania miała również rodzinny charakter. Wszyscy zostali zaproszeni na syty poczęstunek do stołów przygotowanych przy plebanii. Biesiadowaniu i rozmowom towarzyszyła muzyka zespołu regionalnego Jakubkowianie i miejscowej parafialnej orkiestry dętej, która także zadbała o muzyczną oprawę liturgii wraz z zespołem dziecięcym. Absolutnie wszyscy zaangażowali się w przygotowanie tego spotkania.
- Już jakiś czas temu, jeszcze kiedy ksiądz kardynał był metropolitą łódzkim, wystosowaliśmy do niego zaproszenie do Łososiny, ale nie chcieliśmy naciskać, mając świadomość, że ma wiele obowiązków. Natomiast kiedy został metropolitą krakowskim, uznałem, że takie odwiedziny naszej parafii są już bardziej realne, więc ponowiliśmy zaproszenie, choć umówienie spotkania nie było łatwe. Ksiądz kardynał ma tutaj naprawdę bardzo liczną rodzinę, która bardzo się cieszy z jego przyjazdu jak my wszyscy, i ogromnie zaangażowała się w przygotowanie tego spotkania. Tym bardziej cieszymy się, bo to zdaje się też pierwsza jego wizyta jako kardynała metropolity krakowskiego w diecezji tarnowskiej - mówi ks. Kazimierz Fąfara.









