Zmęczeni, zestresowani, niedowartościowani – tak o sobie mówią nauczyciele w badaniach. Na 25. Diecezjalnej Pielgrzymce Nauczycieli i Wychowawców w Nowym Sączu usłyszeli, że to nie musi być ostatnie słowo.
Na rekolekcjach dla młodzieży ks. dr Tomasz Rąpała, rekolekcjonista i dyrektor „Arki” w Gródku nad Dunajcem, prosi czasem, by każdy zapisał na kartce jedno pytanie do Pana Boga. Nie do rekolekcjonisty, do Boga. Na jednej z kartek przeczytał: „Dlaczego nie mogę być ładniejsza?”. – To jest dla nich wielki problem – mówił w sobotę, 26 września, w bazylice św. Małgorzaty ks. Rąpała w czasie konferencji w ramach Diecezjalnej Pielgrzymki Nauczycieli i Wychowawców.
Odpowiedział dziewczynie historią z Księgi Rodzaju. Adam po grzechu chowa się przed Bogiem, bo jest nagi. A Bóg pyta: „Któż ci powiedział, że jesteś nagi?”. – Kto ci to powiedział, że jesteś „taki” czy „owaki”? Kto ci powiedział, że jesteś brzydka? To jest właśnie to: jakiego głosu słuchamy, kogo dopuszczamy do formacji własnego serca. Po twarzach widziałem, że dla niektórych to był przewrót kopernikański – wspominał.
Nauczyciele słyszą dziś wiele głosów. Mówią do nich raporty i rankingi, tablice ogłoszeń z harmonogramem hospitacji, rodzice z pretensjami i coraz mniej liczne roczniki.
Zmęczeni przed pierwszym dzwonkiem
Ks. dr Grzegorz Kiełbasa, diecezjalny duszpasterz nauczycieli i wychowawców, a na co dzień także dyrektor szkoły, nie zaczął od pocieszania. Sięgnął po tegoroczne badania, które objęły blisko 1800 pracowników oświaty. Połowa z nich doświadcza wysokiego lub bardzo wysokiego poziomu skumulowanego stresu. 82 proc. czuje zmęczenie, zanim jeszcze wyjdzie z domu do pracy. 72 proc. nie potrafi jednoznacznie powiedzieć, czy zostanie w zawodzie, a co czwarty już szuka wyjścia. – Te liczby nie kłamią. Ale to nie jest problem waszej odporności. To problem strukturalny – zauważył. – Kiedy mówimy: „nie jesteście sami”, nie chodzi o pocieszanie, chodzi o prawdę. To, co przeżywacie, przeżywają tysiące innych osób – dodał.
Nowy Sącz, bazylika. Pielgrzymka nauczycieli i wychowawców. Słowo ks. dr Grzegorza Kiełbasy.Duszpasterz namawiał do czegoś, co w pokojach nauczycielskich wciąż przychodzi z trudem, czyli do przyznania się do bezradności. Wspominał nauczycielkę sprzed 20 lat, której radził, by z trudną klasą poszła po pomoc do dyrektora. – A ona mi mówi: „nie, proszę księdza, bo mi odbiorą wychowawstwo, bo się nie nadaję, bo są lepsi nauczyciele. To we mnie jest problem”. Ale to nie w niej był problem – opowiadał.
– Musimy nauczyć się mówić, że sobie z czymś nie radzę. Pójść do dyrekcji i powiedzieć: nie radzę sobie z tą klasą, na samą myśl, że do niej wchodzę, już jestem podenerwowana. Dzisiejsze szkoły są mają specjalistów. Nie może tak być, że jesteś jednym kłębkiem nerwów i czekasz, żeby ta lekcja w końcu się skończyła – przekonywał.
Oberwało się też szkolnej biurokracji. – Jak nauczyciel ma się czuć bezpiecznie, kiedy na tablicy ogłoszeń cały czas wiszą informacje o obserwacji zajęć, o kontroli, a monitoring sprawdza, czy przypadkiem nie spóźniłeś się minutę na dyżur? To, że jesteście zestresowani pójściem do pracy, to nie jest wasza wina – mówił ks. Kiełbasa.
Nie ukrywał też niepokoju o przyszłość zawodu. Średnia wieku nauczyciela to dziś 48 lat, a młodzi do szkół się nie garną, często z powodów czysto finansowych. Jego znajomy chciał uczyć w Krakowie, ale z pensji początkującego nauczyciela nie byłby w stanie wynająć tam mieszkania.
Nowy Sącz. Pielgrzymka nauczycieli i wychowawców. Kazanie bp. Andrzeja Jeża, obszerne fragmenty.Siostra, która liczyła minuty
Te same badania pokazują jednak coś, co nie pasuje do obrazu wypalenia: aż 90 proc. nauczycieli deklaruje zadowolenie z pracy z uczniami i z relacji w szkole. – Zmieniają się rządy, ministerstwa, systemy, reforma goni reformę. A ten nauczyciel trwa i chce trwać, bo odkrył w sobie powołanie do bycia nauczycielem, do bycia wychowawcą – podkreślał duszpasterz. Opowiedział historię zakonnicy, która uczyła religii w niewielkiej, ale bardzo trudnej klasie. Na katechezie odliczała minuty do dzwonka, bezradna i zakrzyczana przez uczniów. W czasie jednej z lekcji postanowiła, że odchodzi. Po modlitwie na zakończenie podeszła do niej mała dziewczynka i poprosiła: „Proszę mi powiedzieć, jak zostać siostrą zakonną i uczyć w szkole, bo podziwiam siostrę”. – I ona wtedy odwróciła swoje myślenie. Może dziś nie widzę owoców swojej pracy, ale te owoce będą – mówił ks. Kiełbasa. – Niektórzy powiedzą: w zawodzie. Ale ty mów: w swoim powołaniu – zachęcał ks. Grzegorz.
Konferencję wygłosił ks. Tomasz Rąpała. Z tyłu diecezjalny duszpasterz ks. Grzegorz Kiełbasa.
Grzegorz Brożek /Foto Gość
Przypominał, że samo wsparcie dyrekcji, rodziny i specjalistów nie wystarczy. – Jak nie będzie Boga, nie będzie Eucharystii, nie będzie codziennej modlitwy, nie poradzisz sobie – przestrzegał.
Jedna godzina, ale cenna
Dla katechetów to trudny czas, bo liczbę lekcji religii w szkołach zmniejszono do jednej w tygodniu, więc takie spotkania są dla nich tym ważniejsze. – To jest umocnienie, szczególnie kiedy religia w szkole zepchnięta została do narożnika, i znak tego, że komuś na nas zależy. A formacja dalej trwa – mówi Renata Pawłowska, katechetka z Domosławic.
Nowy Sącz, bazylika. Pielgrzymka nauczycieli i wychowawców. Konferencja ks. dr Tomasza Rąpały.Nie narzeka jednak. – Jedna lekcja, często na pierwszej albo ostatniej godzinie, ale można i trzeba to wykorzystać. Musimy się teraz sprężyć i w ciągu jednej godziny przekazać uczniom to, co jest naprawdę cenne – przekonuje. Jej zdaniem katecheza ma ciąg dalszy w parafii, czyli w nabożeństwach, świętach i konkursach. Teraz razem z dziećmi przygotowuje się do Dnia Papieskiego i do diecezjalnego konkursu dla przedszkolaków.
Spotkanie, a nie wykład
Konferencja ks. Rąpały była właściwie odpowiedzią na pytanie, jak wychowywać do wiary w czasach, gdy młodzi coraz rzadziej jej słuchają. Zaczął od przykazania: „Słuchaj, Izraelu”. – Jakie słuchanie, taka modlitwa. Jaka modlitwa, takie nasze życie. Można być człowiekiem religijnym, ale przy tym niewierzącym – zauważył.
Rekolekcjonista przywołał scenę spod Cezarei Filipowej, gdzie Jezus zadaje uczniom dwa pytania. Pierwsze brzmi: „Za kogo uważają mnie ludzie?”. Na nie odpowiada się z głowy, powtarzając zasłyszane opinie. Drugie: „A wy za kogo mnie uważacie?” sięga serca i relacji.
– Jezus buduje Kościół na ludziach, którzy znają Go z osobistego spotkania. Nie z informacji, ale z doświadczenia miłości. Ze spotkania rodzi się przekaz wiary, a z przekazywania informacji i opinii rodzi się moralizm. A chrześcijaństwo to nie jest moralizm – przekonywał.
Na rekolekcjach dla kandydatów do bierzmowania mniej więcej połowa pytań do Boga, które młodzi zapisują na kartkach, brzmi tak samo: „po co ja żyję”? Socjologowie alarmują, że połowa uczniów klas siódmych i ósmych nie ma poczucia sensu życia. – Czy my dzisiaj wiemy, gdzie ci ludzie tak naprawdę mieszkają? Z jakich studni czerpią, piją wodę? I czy to są studnie, czy błotniste kałuże? – pytał. – Dziś najważniejszym pytaniem nie jest to, co mamy zrobić, żeby oni wrócili do Kościoła, do Boga. Najważniejsze pytanie brzmi: jakie jest moje świadectwo życia – przypominał.
Duszpasterz powoływał się na psychologa klinicznego Jordana Petersona, który zwraca uwagę, że nauczyciel przekonuje uczniów przede wszystkim własnym zaangażowaniem. – Młody człowiek doskonale wyczuje różnicę między „masz w to wierzyć, bo tak mówi katechizm” a „spotkałem Jezusa Chrystusa i to działa, On zmienił moje życie” – mówił.
Drugą lekcją od Petersona jest to, że dziecko potrzebuje miłości, ale także wymagań. Rekolekcjonista zilustrował to scenką z domu rekolekcyjnego, gdzie stoją czajniki do herbaty. – Coraz częstsze pytanie, które słyszę: „a skąd ja mam wziąć wodę”? Nie chcę być złośliwy i mówić, że trzeba iść do Jeziora Rożnowskiego, ale mówię, że jest kran, odkręca się kurek i płynie woda – opowiadał, wywołując uśmiechy.
Za śmiechem kryła się jednak poważna diagnoza. – Nadopiekuńczość sprawia, że młodzi ludzie są dziś jak cienka szybka. Wystarczy jeden mały kamyczek, jakieś nieludzkie słowo od koleżanki, kolegi, czasem w domu, i ta szybka rozpryskuje się w pył. Wszystko się rozpada, wszystko traci sens – mówił. – Trzeba wychowywać do odpowiedzialności, a nie do bezradności – podkreślał.
Konferencję zakończył wierszem noblistki Nelly Sachs „Tak bardzo jesteśmy zranieni” i myślą, która spinała całe wystąpienie. – Nasze życie rozgrywa się pomiędzy dwoma pytaniami: pytaniem Boga „gdzie jesteś?” a pytaniem „kim jestem dla ciebie?” – podsumował.
Sól, a nie lokaje
Mszy św. przewodniczył bp Andrzej Jeż. Homilię zaczął od obrazu, którym dawni mędrcy tłumaczyli ludzką chwałę: jest jak cień, który rzuca człowiek idący w pełnym słońcu. Raz jest dłuższy, raz krótszy, zależnie od tego, jak padają promienie. Człowiek mądry pilnuje drogi, a nie cienia.
– Uznanie w oczach innych czy satysfakcja z owoców własnej pracy są rezultatem kroczenia właściwą drogą. Są niejako cieniem rzucanym mimowolnie przez człowieka zwróconego ku światłu – mówił biskup.
Nawiązał do Norwida i jego pytania, czy „jest się poetą, czy tylko bywa”. – Co innego jest być, a co innego bywać. O nauczycielu mówi się, że jest z powołania, czyli cały czas jest nauczycielem, nie tylko w szkole czy nad sprawdzianami. To styl życia – tłumaczył.
Nie ukrywał jednak, że etos nauczyciela został mocno nadwyrężony. – Pamiętam z dzieciństwa, że nauczyciel to była postać wyjątkowa. Wielki etos, wielki szacunek. Dziś ta hierarchia jest mocno zaburzona – zauważył. Przestrzegał, że bez przywrócenia nauczycielowi należnej pozycji szkoła przestanie spełniać swoją podstawową rolę.
Apelował też o jedność w gronie pedagogicznym. – Nauczyciele są trudną grupą do prowadzenia, są indywidualistami, bo są przewodnikami. Ale trzeba się wzajemnie wspierać, tworzyć jeden front. Uczniowie są świetnymi obserwatorami, wychwytują wszystkie nasze animozje i niechęci, a rodzice też z tego korzystają – mówił.
Najmocniej wybrzmiały słowa z Ewangelii o soli ziemi. – Skoro jesteście solą ziemi, to znaczy, że bez was ziemia byłaby gorsza, ludzie byliby gorsi. Nie możecie dać się omamić niedowartościowaniem. Nie możecie pozwolić zabić w sobie tej szlachetności, która widzi w nauczycielskim powołaniu coś szczególnego – mówił bp Jeż.
Sól jednak bez ziemi nic nie znaczy. Biskup przypomniał, że to uczy pokory i szacunku do tych, dla których się pracuje. Opowiedział o wójcie, który w gminie ma osiem szkół, a z całej gminy uzbierał dzieci tylko na jedną pierwszą klasę. – Musimy szanować ucznia, bo za niego odpowiadamy, bo decydujemy o jego dalszym życiu. Kiedy jest się już starszym człowiekiem, widzi się swoje błędy, wady i cnoty, które pojawiły się dlatego, że byłem tak, a nie inaczej pokierowany przez moich nauczycieli i wychowawców. To jest w nas – mówił.
Któremu głosowi uwierzyć
Statystyki mówią nauczycielom, że są zmęczeni i myślą o odejściu. Część rodziców daje im odczuć, że są od usług. Tablice ogłoszeń przypominają, że są pod obserwacją. W sobotę w Nowym Sączu usłyszeli coś innego: że stres to nie ich wina, że pomoc to nie wstyd i że bez nich ziemia byłaby gorsza.
Który z tych głosów dopuszczą do serca?