Kiedy ks. Wójtowicz, sam pochodzący z Lubczy, dotarł do listów, które proboszcz pisał do parafian z choroby, natrafił na zdanie, które później chciał umieścić na okładce przyszłej książki: „Was nad siły moje ukochałem i świadkami byliście, że wszystko jako ojciec dzieciom, jako pasterz owieczkom ofiarowałem: i życie, i zdrowie, i majątek, i spokój. Wszystko to było dla Was”. Cztery słowa z tego zdania to dobra oś, żeby sprawdzić, kim naprawdę był ksiądz z Lubczy.
Życie
Józef Lenartowicz urodził się 5 marca 1852 roku w Wieliczce, jako najstarszy z siedmiorga dzieci Tomasza i Katarzyny. Po Gimnazjum św. Anny w Krakowie zaczął studiować astronomię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przerwał po roku i wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie, ale astronomia, jak podkreśla ks. Wójtowicz, towarzyszyła mu potem przez całe życie. Święcenia przyjął w 1877 roku z rąk biskupa Józefa Pukalskiego.
Pracował jako wikariusz w Pilźnie, Bruśniku i Radgoszczy. Prosił biskupa o parafię w Okulicach. Kiedy zmarł proboszcz Lubczy, zmienił prośbę. – Musiał mieć jakąś wizję lubeckiej parafii. Poznał ją jako wikariusz w Pilźnie. Zrezygnował zatem z Okulic, a przyszedł tu – mówi ks. Wójtowicz. Do Lubczy trafił świadomie. – Był całkowicie świadomy zaniedbań parafii pod każdym względem: duchowym, religijnym, intelektualnym, kulturalnym, nie mówiąc o materialnym – mówi ks. Wójtowicz.
Probostwo objął 21 czerwca 1884 roku i prowadził je dwadzieścia cztery lata, aż do rezygnacji w 1908 roku. Potem był jeszcze kapelanem w Kochawinie, redaktorem czasopisma „Królowa Apostołów” u pallotynów w Czortkowie, wreszcie w Tarnowie kapelanem domu dla nieuleczalnie chorych i dyrektorem stacji meteorologicznej. W wieku 69 lat podjął jeszcze katechizację w Męskim Seminarium Nauczycielskim. – To był człowiek bardzo pracowity i ambitny – ocenia ks. Wójtowicz.
Zmarł w uroczystość Bożego Ciała, 3 czerwca 1926 roku, o pierwszej w nocy. Pochowano go w sobotę 5 czerwca. W archiwach ks. Wójtowicz odnalazł nieznane wcześniej utwory, w tym pięć przekładów hymnów świętego Tomasza z Akwinu na Boże Ciało – dzień, w którym Lenartowicz sam odszedł.
Zdrowie
„Kapłan według Serca Bożego, mimo słabego zdrowia, pracuje z największą gorliwością aż do wyczerpania sił w winnicy Pańskiej” – napisał w 1896 roku wizytator dekanalny. Zakończył: „naprawdę wyjątkowy ksiądz”. Trzy lata wcześniej, w 1893 roku, inny wizytator odnotował: „Proboszcz jest kapłanem wzorowym (…), chwała boska i dobro moralne ludzi bardzo mu leży na sercu i wszelkich sił dokłada, aby parafię zaniedbaną do porządku przeprowadzić i podźwignąć – co mu się też już w części udało”.
Ksiądz Wójtowicz zapytany, czy takie pochwały nie były wtedy formułą grzecznościową, stosowaną wobec każdego proboszcza, odpowiada bez wahania. – O Lenartowiczu tak napisano, więc trzeba wierzyć. Ufam, że tak rzeczywiście było – mówi.
Portret ks. Lenartowicza pozostawił ks. Władysław Świder, który zbierał wspomnienia najstarszych parafian: Lenartowicz miał być słusznego wzrostu, rzutki i ruchliwy, o bystrych, szarych oczach – mógłby, jak zanotował Świder, grać rolę trybuna ludu. Zachowało się też zdjęcie z czasów gimnazjum św. Anny. Mimo jednak postury i wrażenia, które robił, dobre zdrowie nie było jego atutem. Tym bardziej, że pracował ponoć czasem nad miarę, każdą chwilę poświęcając duszpasterstwu, a kiedy zostawało czasu, to na aktywności.
Majątek
Do zaniedbanej materialnie parafii Lenartowicz wniósł najpierw wizję, potem pieniądze. – Bardzo dużo rzeczy sfinansował z własnych pieniędzy – mówi ks. Wójtowicz. Zbudował nową, monumentalną świątynię w stylu neogotyckim, wzorowaną na bazylice w Lourdes. Dawna świątynia nosiła wezwanie świętego Mikołaja. Nowy kościół, za sprawą papieża Leona XIII, poświęcono Sercu Jezusa, a święty Walenty, dotychczasowy patron, stał się patronem drugorzędnym. To on jednak został w pamięci parafian: jego relikwie i nowy obraz wprowadził sam Lenartowicz, a Godzinki ku czci świętego Walentego, które wtedy zaczęto śpiewać przez całą oktawę, są w Lubczy praktykowane do dziś.
Z Krakowa Lenartowicz sprowadził siostry ze Zgromadzenia Kanoniczek Ducha Świętego, które prowadziły ochronki dla dzieci w Lubczy, Woli Lubeckiej. Założył szkołę rolniczą, kółko rolnicze, spółdzielnię mleczarską, czytelnię i bibliotekę. Kółko rozwinęło się tak, że Lubcza zaczęła konkurować jarmarkami z samym Pilznem. – Potem trochę władza w to weszła, by nie tworzyć zbyt silnej konkurencji dla Pilzna – opowiada ks. Wójtowicz.
Był też twórcą. Napisał 28 utworów, piętnaście wydał drukiem, m.in. sztukę teatralną „Małgorzata z Kortony” oraz jasełka, które wysłał do oceny Teofilowi Lenartowiczowi – poecie, z którym korespondował, choć, jak zauważa ks. Wójtowicz, mimo zbieżnego nazwiska, nie łączyło ich pokrewieństwo. Cały dochód z publikacji przeznaczał na cele dobroczynne. – Ta literatura musiała być prosta, żeby dotarła do odbiorców, którzy jeszcze nie byli w kościele – tłumaczy autor rozprawy. Na wizytację biskupa przygotował kiedyś w ogrodzie parafialnym inscenizację i pokaz sztucznych ogni – chciał, żeby parafia pokazała się z jak najlepszej strony.
Grał na skrzypcach, fortepianie, flecie i cytrze, malował i rzeźbił – jego dłuta są między innymi stacje Drogi Krzyżowej, które do dziś wiszą w lubeckim kościele. Znał niemiecki, włoski, hebrajski i łacinę. Był członkiem Towarzystwa Sztuk Pięknych w Krakowie, Towarzystwa Politechnicznego we Lwowie i Komisji Fizjograficznej Akademii Umiejętności. – Jeden z księży, którzy spotkali go osobiście, nazwał go dobrym erudytą i dobrym retorem – przypomina ks. Wójtowicz.
Spokój
To słowo z listu sprawdza się najtrudniej. Lenartowicz prowadził w parafii otwartą wojnę z alkoholizmem, razem z przyjacielem, ks. Aleksandrem Siemieńskim z Szynwałdu, z którym prowadził korespondencję na ten temat. - W Lubczy działało kiedyś jedenaście karczm. Za jego czasów wszystkie upadły. Kiedy powstawały nowe, pojedyncze szynki upominał parafian mocno, nawet imiennie – mówi ks. Wójtowicz.
Wprowadził też system karteczek potwierdzających odbycie spowiedzi wielkanocnej: spowiednik podpisywał kartkę, ta wracała do proboszcza, a on wiedział, kto się nie wyspowiadał, i pytał wprost. – To jest anachronizm, żeby oceniać to dzisiaj, ale wtedy to było skuteczne narzędzie formacyjne – zaznacza ks. Wójtowicz. Liczba spowiadających się i przystępujących do komunii w parafii rosła z roku na rok – jak wynika z ustaleń rozprawy, to jeden z kluczowych dowodów na skuteczność jego metody.
Był wymagający także wobec siebie. – Zachowały się świadectwa parafian, niewiele, ale przekazywali sobie jednak, że był niesamowicie surowy, wymagający, ale też od siebie wiele wymagał – mówi ks. Wójtowicz. Mimo to, a może właśnie dlatego, nazywali go „Ojcem”, niektórzy po prostu „Ojczusiem”.
W 1908 roku zrezygnował z probostwa. – To były różne powody, także zdrowotne. Na pewno był też zmęczony psychicznie. Były różne donosy, anonimy na niego, różne oskarżenia. Wszystko się skumulowało – mówi ks. Wójtowicz. O spokoju rzeczywiście trudno mówić. A jednak jeszcze za jego czasów wizytator ocenił parafian z Lubczy jako najlepszych w całym dekanacie: trzeźwych i pracowitych.
Grób, który sam zaprojektował
Do Lubczy nie należał od urodzenia, ale to tu chciał zostać. Pochował na miejscowym cmentarzu swojego ojca Tomasza i sam zaprojektował grobowiec, w którym po latach spoczął obok niego. Matka, która mieszkała z synem w Lubczy, po jego rezygnacji z parafii wróciła do córki, do Wieliczki, i tam została pochowana.
– Rozmawiałem z parafianką, która powiedziała mi, że parafia jest jakby chroniona od klęsk żywiołowych, bo ksiądz Lenartowicz chciał być z nimi po śmierci. To takie lokalne przekonanie – mówi ks. Wójtowicz.
Przekonanie ma oparcie w słowach samego proboszcza. W listach do parafian pisał: „Pan Jezus strzegł naszą parafię jakby źrenicę oka”, i dalej: „Nie słowami Was umiłowałem, ale zupełnem poświęceniem dla Was wszystkiego co miałem”. Przypominał im też zdanie, które miało zabrzmieć dopiero po jego śmierci: „Otworzycie oczy wtedy, gdy ja je zawrę”.
Fenomen, który czekał na monografię
Pamięć o Lenartowiczu nie zniknęła, ale długo nie miała formy. W latach sześćdziesiątych świadectwa najstarszych parafian, którzy jeszcze go pamiętali, zbierał wspomniany już ks. Władysław Świder, późniejszy rektor seminarium tarnowskiego. – Ta biografia była chaotyczna, bez metodologii, ale bardzo cenna jako materiał źródłowy – ocenia ks. Wójtowicz. W 1974 roku ks. Edward Wojtusiak napisał wprost, że proboszcz z Lubczy „jest fenomenem, który zasługuje na specjalną monografię”. Nie doczekał jej.
Doczekał się dopiero teraz, w rozprawie, która z założenia miała coś udowodnić. – Praca musi być ukierunkowana, żeby wykazać, że ten system wartości był owocny – przyznaje otwarcie ks. Wójtowicz. Ale, jak dodaje, chciał napisać ją tak, żeby była czymś więcej niż akademickim wywodem. – Starałem się tak pisać, żeby to była jednocześnie biografia, monografia dla parafian. Żeby zostało jakieś dziedzictwo ks. Lenartowicza dla tych, którzy pamiętają może jeszcze księdza Lenartowicza z opowiadań swoich babć i przodków – dodaje.
Jeden z ostatnich listów do parafian ksiądz Lenartowicz podpisał: „Miłujący Was całym sercem w Bogu ksiądz Józef, opiekun wasz i ojciec”. Ks. Mariusz Wójtowicz sto lat później potwierdził, że to, co pisał ks. Lenartowicz było czystą prawdą.








