Na pokojach u Kmity

Grzegorz Brożek

|

Gość Tarnowski 30/2012

publikacja 26.07.2012 00:00

Kiedy Sebastian Lubomirski ponad 400 lat temu kupował zamek w Wiśniczu, zapłacił za niego 85 tys. złotych. Na tamte czasy była to ogromna fortuna. Dziś ten sam zamek możemy mieć za grosze.

Z tej baszty mieli próbować ucieczki na skrzydłach jeńcy tureccy, pokazuje Roksana Ogiela Z tej baszty mieli próbować ucieczki na skrzydłach jeńcy tureccy, pokazuje Roksana Ogiela
Grzegorz Brożek

Zamek w Nowym Wiśniczu koło Bochni to jeden z najwspanialszych zabytków na terenie diecezji tarnowskiej. Może nie najstarszych, ale największych i spektakularnych. Wydaje się jednak, że w jego przypadku potwierdza się powiedzenie, że najciemniej jest pod latarnią. Dominująca w pejzażu okolicy sylwetka mocno się opatrzyła. Nie tylko miejscowym. Także mieszkańcom regionu, którzy przywykli do tego, że ta wielka rezydencja stoi „od zawsze” w tym samym miejscu. Od 2009 roku administruje zamkiem Muzeum Ziemi Wiśnickiej.

– Kiedy go przejęliśmy, zaprosiliśmy wszystkich wiśniczan do środka, żeby zobaczyli nasz zamek, bo tak tu dziś wszyscy na niego mówią. Zrobiliśmy przy tym sondę i okazało się, że 40 proc. mieszkańców miasta i okolic nigdy wcześniej nie było w zamku, albo byli wiele lat temu jako małe dzieci – mówi Renata Jonak, historyk, dyrektor Muzeum Ziemi Wiśnickiej. Zachwycają się zamkiem zwłaszcza obcy. Pod murami ciągle parkują samochody turystów. Ale nie za wiele. Szału nie ma, jak mówią młodzi. – W 2010 roku odwiedziło nas 48 tys. widzów. Kolejny rok był nieco słabszy, teraz jest tendencja wzrostowa – przyznaje dyrektor Jonak. Jak na zabytek tej klasy, jak na wspaniałą historię, cudowne legendy, to zdecydowanie za mało. – Wystarczy godzinka, by z przewodnikiem obejść komnaty, kaplicę, kryptę, poznać życie na zamku, przenieść się na chwilę do innego świata – zapewnia Roksana Ogiela, przewodnik muzealny.

Zausznik Bony

W jednej z sal na piętrze zamku stoją 3 makiety wiśnickiej budowli. – Widać tu wyraźnie trzy etapy rozbudowy budowli – pokazuje Renata Jonak. W tym miejscu pierwszy zameczek postawił w połowie XIV wieku Jan Kmita herbu Szreniawa. Kolejni spadkobiercy rozbudowywali nieco obiekt. Pierwszy okres świetności Wiśnicz przeżywał za czasów Piotra Kmity, wojewody krakowskiego i marszałka wielkiego koronnego. – Był on w swoim czasie jedną z najznaczniejszych postaci w Polsce. W dodatku zausznikiem królowej Bony, która wraz z królem gościła na zamku. Dwór królewski był w Krakowie, więc niedaleko, co także sprzyjało Kmicie – opowiada Renata Jonak. Ostentacyjne sprzyjanie królowej nie podobało się jej synowi Zygmuntowi Augustowi, który chciał żenić się z Barbarą Radziwiłłówną, czemu Kmita był przeciwny. Po śmierci Zygmunta Starego zaprosił nowego króla z żoną na zamek, chcąc naprawić popsute relacje, ale na próżno.

Królowa na osiołku

Z tamtymi czasami wiążą się co najmniej dwie ciekawe legendy. Z przewodnik Roksaną Ogielą wchodzimy na balkon drugiego piętra. – Ta baszta przylegająca do balkonu ma na samym szczycie półtorametrowej szerokości gzyms, bez żadnych zabezpieczeń. Otóż miała po nim jeździć na osiołku królowa Bona, kiedy gościła na zamku. Mało tego, miała też wystawiać innych na próbę odwagi, każąc im robić to samo, ale jeździć mieli już konno. Koniom miała podawać alkohol. Baszta ma wysokość 36 metrów, toteż wymuszone przejażdżki pochłonęły ponoć wiele ofiar – opowiada. Śladem tej legendy jest dziś postać królowej Bony, która codziennie o północy jeździ na ośle po tym gzymsie i straszy. – Nikt jej dotąd nie widział, ale też ukazuje się ponoć tylko złym ludziom, podobnie jak straszący o 3 nad ranem przechadzający się po komnatach duch Barbary Radziwiłłówny – uśmiecha się przewodniczka. Skąd wziął się tu duch Barbary? Legenda głosi, że tu, na Zamku Kmity, niechciana przez dwór wybranka Zygmunta Augusta miała zostać otruta. – Prawdą jest że zmarła w młodym wieku, ale jako powód śmierci podaje się dziś nowotwór. Legenda ta jednak była dawniej bardzo popularna – przyznaje R. Ogiela.

Bezbronna forteca

Rozkwit wiśnickiego zamku i jego stan obecny zawdzięczamy Stanisławowi Lubomirskiemu. – Odziedziczył zamek po swoim ojcu Sebastianie, który kupił go od Barzów. Jednak tu nie przebywał, bo wolał ulubiony swój zamek w Dobczycach – wyjaśnia Renata Jonak. W Wiśnicz zainwestował Stanisław. Jako młody człowiek poznał trochę świata, studiował za granicą, toteż kiedy miał zająć się siedzibą, sprowadził architekta Macieja Trapolę, który poprowadził nie tylko rozbudowę zamku, ale całego miasteczka. – Zamek podniósł o jedną kondygnację, dostawił 2 przybudówki, kaplicę, przyłączył pomieszczenia wojska do zamku i wszystko ujął w system obronny palazzo in fortezza, czyli pałac w środku murów, pięcioboku fortecznego z bastionami w narożnikach – tłumaczy dyrektor Jonak. Do tego wały i sucha fosa. Jak na ironię, ze świetnej jakości walorów obronnych zamek nigdy nie skorzystał. – W czasie potopu szwedzkiego załoga poddała się, przyjmując obietnicę, że nie zostanie on zniszczony. Lubomirscy wojowali wtedy w innej części Polski i nie wiedzieli, co dzieje się w Wiśniczu – wyjaśnia Roksana Ogiela. Skoro niszczyć nie mogli, to powetowali sobie to, wywożąc z zamku 150 wozów łupów wojennych.

Jeńcy tureccy

Stanisław Lubomirski, wielki magnat, żołnierz, dobrodziej Kościoła, był wyjątkowym człowiekiem. Podkreśla się zwłaszcza jego zwycięstwo w bitwie pod Chocimiem, gdzie zastępując jako regimentarz zmarłego hetmana Chodkiewicza, zatrzymał pochód wojsk osmańskich. Mimo zasług wojskowych i mimo tego, że pożyczał pieniądze królowi Zygmuntowi III Wazie, nigdy nie został hetmanem. Szlachta i on sam mieli to władcy za złe. Przeniesienie stolicy do Warszawy, a zatem życie w oddaleniu od królewskiego dworu, unikanie przez króla płacenia długów sprawiły, że Lubomirski przestał być w gronie najbliższych zaufanych władcy. – Jako wotum za Chocim ufundował w Wiśniczu klasztor karmelitów bosych. Zresztą jego fundacją są też kościół wiśnicki, kościół na cmentarzu w Szczepanowie czy rozbudowa zamku w Łańcucie – mówi dyrektor Jonak. Spod Chocimia miał przywieźć jeńców, których zatrudnił do przebudowy. – Z nimi właśnie wiąże się legenda o lotnikach. Otóż zbierali oni pióra przelatujących ptaków i trzech z nich spróbowało jednego dnia na wykonanych skrzydłach uciec z baszty zamkowej. Żadnemu się nie udało. Pierwszy upadł koło dzisiejszego liceum plastycznego, drugi w kopalinach, a trzeci w Bochni. W tych miejscach, w których stoją dziś kolumny – opowiada przewodnik Roksana Ogiela.

100 lat remontów

Zamek z czasem zaczynał tracić swe znaczenie. Pożar w 1831 roku i drugi, ale obejmujący już całe miasto, w 1863 roku nadwątliły obiekt. Jednak dzięki trwającym od stu lat zabiegom zachował on swój pierwotny kształt, urodę i wartość nie do przecenienia. – Od 3 lat staramy się możliwie szeroko otworzyć przed publicznością ten wyjątkowy obiekt. Zapraszamy do nas przez 7 dni w tygodniu. Po zwiedzeniu zamku jest wiele rzeczy ciekawych do obejrzenia w Wiśniczu i okolicach, więc można tu spędzić naprawdę udane rodzinne popołudnie – zachęca dyrektor Re- nata Jonak.•