Spieszy się jak… szewc

Ks. Zbigniew Wielgosz

|

Gość Tarnowski 32/2012

publikacja 09.08.2012 00:00

Z Sewerynem Goszczyńskim wyruszam trochę bliżej „Tatrów”, aczkolwiek zamierzam na chwilę zatrzymać się pośród krajobrazów między Rożnowem a Ciężkowicami.

Ta jaskinia żyje – mówi Dariusz Brończyk Ta jaskinia żyje – mówi Dariusz Brończyk
Ks. Zbigniew Wielgosz

Jadę więc do Wojnicza, stamtąd, około Panieńskiej Góry, dalej na południe, aż pojawi się trójkątny rozjazd. Ja – na Zakliczyn. W mieście szukam szewca. Na drugim co do wielkości rynku w Małopolsce właśnie trwa jarmark, gdzie można kupić prawie wszystko, czyli szwarc, mydło i powidło. Chyba to było 1 marca 1832 roku, kiedy Goszczyński wjechał do Zakliczyna, gdzie na rynku zastał niemiłosiernie głębokie błoto. Esteta rozumiał jednak jego pochodzenie: „nie można mu [Zakliczynowi] tego mieć za złe, bo leży na niskiej płaszczyźnie i roszony jest mnóstwem strumyków…”. W każdym bądź razie dziś błota nie ma, a rynek pulsuje życiem sprzedających i kupujących w środowe zjazdy. W inne dni spokojniejszy, wyciszony, senny. W środku ratusz, w otoczeniu urokliwych kamieniczek i domów, z paskudnym architektonicznie domem towarowym na krańcu północnej pierzei rynku.

Wciąż nie znajduję szewca. A tymczasem, blisko 200 lat temu, miasteczko słynęło z szewców, którzy ponoć szyli buty ludziom mieszkającym nawet w odległych stronach Galicji. „Główne jarmarki tutejszych szewców były w Brzesku, do którego ztąd przez góry za Dunajcem przeprawić się trzeba: pośpiech, z jakim zdążali do owego miasteczka leżącego ztąd o mil cztery, miał zrodzić przysłowie: spieszy się jak szewc z Zakliczyna. Upodobanie w tem rzemiośle zachowuje się dotąd między mieszkańcami Zakliczyna” – pisze Goszczyński. Niestety, to upodobanie należy do przeszłości i, jak pokazuje miejscowa rzeczywistość, se ne vrati. Utwierdzają mnie w tym panie z miejskiej biblioteki, które na pytanie o szewców w Zakliczynie kręcą głowami. – O, nie ma już tej tradycji. Owszem, jest jeden pan, który ma tu niedaleko punkt, ale nie jest stąd. Dawni zakliczyńscy szewcy już poumierali – konstatują z nostalgicznym uśmiechem.

Lekkie jak piórka

Więc z szewca nici. Idę zatem w miasto! Kto chciałby zobaczyć je tak, jak wyglądało w XIX wieku, musi pójść w kierunku kościoła św. Idziego. Prowadzi do niego stara drewniana zabudowa przy ul. Mickiewicza. Owszem, niektóre domy wyremontowano według modelu „na jak nowe”, ale zachowały się charakterystyczne podcienia, zaś z wysuniętych dachów zwisają nad ulicą potężne spusty rynien. Nieźle musi z nich chlustać, gdy ulewa. W najstarszym, błękitnym domu „Pod Wagą” mieści się izba regionalna, ale można ją zobaczyć jedynie po wcześniejszym umówieniu się w miejskim centrum kultury. Wezwanie kościoła – św. Idziego – świadczy o dawności tutejszej parafii. Opiekowali się nią najpierw benedyktyni, szerzący w XI wieku kult opata z Saint Gilles.

W tym czasie jednak Zakliczyn był Opatkowicami. Zmiana nazwy nastąpiła w 1558 roku. W środku kościoła barokowy zawrót głowy, którą uspokaja nieco surowy ołtarz w bocznej kaplicy, pochodzący z zamku melsztyńskiego. A w ołtarzu głównym łaskami słynący obraz Matki Bożej… Zaglądam do księgi próśb i podziękowań, która leży na klęczniku w kruchcie. Kartki napęczniały już ludzkimi troskami, cierpieniem, ale i uśmiechem, że kogoś błogosławieństwo nie opuszcza. Może lżej będzie niektórym, gdy spojrzą nie tylko na Maryję, ale na kościelną tęczę, gdzie wokół Ukrzyżowanego fruwają lekkie jak piórka anioły. Barok uwielbia kontrasty, a przy tym wszystkim pociesza. To styl zwycięstwa.

Podniośle swojsko

Żegnam Zakliczyn, skręcając na sądecką drogę. Zaraz za skrętem klasztor franciszkanów, dawniej reformatami zwanych, których JWP Tarło do Zakliczyna sprowadził, żeby z reformacyjnymi zapędami tutejszych panów skutecznie walczyli słowem Bożym. Tędy jechał także Goszczyński, mijając potem Paleśnicę. „Ta część drogi nie jest przyjemna. Głęboki wąwóz, koryto potoku Paleśnicy, które trzeba kilka razy przekroczyć, wzgórza po obu stronach jednotonne i niebujnym lasem porosłe… Ale to droga jak każda wiodąca do miejsc błogosławionych” – pisze Goszczyński. Tym razem jednak nie do „Tatrów”, ale na Jamną, do Republiki Dominikańskiej. Góra Góry – jak mawiają o tym miejscu ludzie, przyciąga ich, bo cicho, pięknie, podniośle i swojsko pośród drewnianych chałup tworzących tę osadę. Zachodzę do trzech miejsc: kościoła, gdzie pośród pałek wodnych patrzy na mnie Madonna z Dzieciątkiem – Matka Niezawodnej Nadziei. Potem do kaplicy w domu św. Jacka, z niezwykłym klimatem wytwarzanym przez zgromadzone przedmioty. I wreszcie do pomnika kaźni miejscowej ludności, zamordowanej przez Niemców podczas pacyfikacji wsi. Tu panuje cisza, która boli.

Żyjące skały

Z Jamnej rozpoczynam ostatni etap drogi. Do Bukowca. Wędrowcom radzę zostawić samochód u podnóża jamneńskiej góry od strony Paleśnicy. Jest tam mały parking i początek niebieskiego szlaku do Bukowca. Po około godzinie marszu wspiąć się trzeba na szczyt wzgórza i jest się w rezerwacie przyrody Diable Skały. Oprowadza mnie po nim Dariusz Brończyk, nauczyciel i dyrektor szkoły w Bukowcu, który wraz z żoną Jolantą, z inspiracji ks. Zenona Tomasiaka, zaprojektował ścieżkę przyrodniczą po osobliwościach skalnych rezerwatu. – Szlak PTTK, powstały jeszcze przed wojną, wiedzie górą i nie widać z niego skał, trzeba go przejść i obejść od dołu, gdzie nasza ścieżka się rozpoczyna – mówi pan Dariusz. Trasa jest podzielona na przystanki pod każdą ze skał, które powstały dzięki wypiętrzeniu, a nie działaniu lodowca. Świetnie zrobione tablice nadają się do przeprowadzenia lekcji przyrody, ale z przewodnikiem łatwiej zobaczyć to, co poza planszami. – O, tu mamy „łazienkę” dzika, gdzie zażywa błotnej kąpieli… A po tej ostrężynie widać, że odwiedziła ją sarna – pokazuje mi pan Dariusz. Ścieżka wiedzie do najciekawszej osobliwości rezerwatu – jaskini Diabla Dziura. Główne wejście zamyka krata, mająca chronić nietoperze, które tu mają swoje zimowisko. – Jaskinia jest typu szczelinowego, ona ciągle żyje, w wyniku ruchów tektonicznych mogą następować w niej przesunięcia skał. Dlatego powinni do niej wchodzić jedynie doświadczeni grotołazi – podkreśla pan Dariusz. Rezerwat i okoliczne lasy są bardzo atrakcyjne dla grzybiarzy. Ludzi coraz bardziej przyciąga nie tylko Jamna, ale i Bukowiec.

Dwa tysiące komarów

Jego sercem jest dawna drewniana cerkiew z Kamionnej k. Krynicy. W Bukowcu stała się kościołem, malowniczo położonym na odsłoniętym wzgórzu, z rozległą panoramą Beskidu Sądeckiego. Od kilku lat świątynia przeżywa renesans dzięki pracom renowacyjnym. – Wymieniono belki w ścianach, oszalowanie, dach. Odnowiono ołtarze, a teraz trwa renowacja organów – opowiada ks. Jakub Rozum, proboszcz. Dach udało się wymienić dzięki podkowcowi małemu, nietoperzowi, który tutaj ma swoją kolonię. – Jest ich ponad 100 sztuk. Ostatnio powstała inicjatywa liczenia nietoperzy, które 10 minut po zachodzie słońca wylatują na żerowisko nocne. A jeden nietoperz w ciągu nocy potrafi zjeść 2 tysiące komarów, więc na Bukowcu komarów nie uświadczy – śmieje się ks. proboszcz. Ludzie wstępują jednak do kościoła nie ze względu na latające ssaki. Wnętrze jest piękne i działa jak magnes. •