Opieka Naczelnego Dowódcy

js

|

Gość Tarnowski 34/2013

publikacja 22.08.2013 00:15

Kiedy miał służbę, lubił patrzeć na niebo. W dzień widział śmigłowce i samoloty. W nocy, gdy pięknie jaśniały gwiazdy, modlił się mimo trwającej wojny.

Zadaniem pielęgniarza była pomoc medyczna dla żołnierzy i miejscowej ludności Zadaniem pielęgniarza była pomoc medyczna dla żołnierzy i miejscowej ludności
Archiwum Edwarda Solaka

Gdy po skończeniu Zespołu Szkół Ogrodniczo-Rolniczych w Tarnowie Edmund Solak, pochodzący z Biadolin Radłowskich, rozpoczął naukę w bocheńskim Medycznym Studium Zawodowym, nikt się chyba nie spodziewał się, że będzie ratował nie tylko żołnierzy polskich i koalicjantów, ale również Afgańczyków. Zanim wysłano go na misję, pracował w Polsce jako pielęgniarz w szpitalach państwowych, a następnie w warszawskim Ambulatorium Jednostki Wojskowej. Dziś jest już w rezerwie wojskowej i pracuje w opiece długoterminowej. 


Pokój z Talibami


Do Afganistanu po raz pierwszy wyjechał w 2008 roku i głównym jego zajęciem była pomoc medyczna dla żołnierzy oraz miejscowej ludności. Kolejny raz poleciał tam dwa temu. Jego miejscem pracy była prowincja Ghazni, gdzie był pielęgniarzem w bazie i członkiem załogi Medevac, latającej medycznym śmigłowcem. – W połowie lipca zaczęły się żniwa, jak u nas. Pamiętam, jak miejscowa ludność, za pośrednictwem starszyzny, doszła do nieformalnego „porozumienia” z talibami dotyczącego zawieszenia w tym czasie działań zbrojnych, aby zebrać zboże. Mimo pozornego pokoju i tak lataliśmy ratować ludzi, bo samochody wjeżdżały na miny wcześniej zastawione przez talibów. Z kolei w sierpniu był Ramadan, muzułmański post. W tym czasie również było mało wylotów. Za to od września wszystko wróciło do normy, czyli kilka wylotów w ciągu dnia – wspomina. Zbliżał się 11 września, czekano, co przygotują talibowie na ten dzień. – 10 września w górach zdetonowali samochód – tzw. gruszkę, w której było 9 ton trotylu. Ładunek eksplodował koło betonowej osłony. Fala uderzeniowa przeszła przez bazę, powodując liczne urazy od spadających przedmiotów. Poszkodowanych zostało około 100 osób, dwie zmarły. Do pomocy zostały zaangażowane wszystkie śmigłowce medyczne w okolicy – opowiada. Podczas pobytu na misji poproszono go o przebadanie grupy Afgańczyków. – Zauważyłem u nich blizny na ciele. Okazało się, że w młodości, kiedy podczas choroby pojawiły się u nich jakieś zmiany skórne, przypalano je rozżarzonym prętem. Badałem też mężczyznę, który nie miał pępka. Gdy miał około 10 lat, bolał go brzuch i aby ból uśmierzyć, przypalono mu pępek.  

Bóg na misji


W czasie patroli, kiedy patrzył na góry Afganistanu, a zwłaszcza na Hindukusz, przypominały mu się oazy i wędrówki po naszych górach. – Kiedy miałem służbę, lubiłem patrzeć na niebo. W dzień latały na nim samoloty, cywilne, wojskowe oraz śmigłowce. W nocy pięknie jaśniały gwiazdy i przyjemnie było modlić się w takiej aurze pomimo wojennych warunków. Pamiętam jeden z wylotów w góry po rannego, na 5 tys. m n.p.m.. Lot zakończył się o 3.30. Po przylocie zrobiłem sobie herbatę i usiadłem na ławce przed domem. Była piękna gwiaździsta noc. Przypomniały mi się słowa piosenki: „aby była taka noc, kiedy myśli mkną do Boga”. Tej nocy na pewno mknęły – wspomina. 
Przez cały czas misji czuł opiekę Naczelnego Dowódcy. Przed każdym lotem modlił się o szczęśliwą podróż i opiekę nad tymi, którzy podróżują po Afganistanie. – Mówiłem akty strzeliste i modlitwy do Miłosierdzia Bożego – dodaje. – Wiara przez całą służbę w wojsku wyzwalała u mnie silną wolę przeżycia. Szczególnie było to potrzebne na misji. Jeden z kolegów powiedział, że żołnierze nie powinni wierzyć, gdyż ich służba czasem jest niezgodna z zasadami religii. Religia może też utrudniać wykonywanie zadań. Nic bardziej mylnego. Nie da się opisać uczuć związanych z Bogiem na misji, tego trzeba samemu doświadczyć. Przyjemnie było w czasie wolnym pójść na siłownię, do świetlicy czy do sklepu. Wypić kawę na „ryneczku” bazy, ale czymś niesamowitym była Msza św. niedzielna czy modlitwa w kaplicy, po powrocie z patrolu. Doświadczenie obecności Boga odbierało się zacznie głębiej – mówi.

Kiedy kończył swój drugi i ostatni pobyt Afganistanie, w czasie którego wykonał 90 misji medycznych i udzielił pomocy około 300 osobom, cieszył się, że żyje. W Polsce czekały przecież na niego żona i dwie córki. – Bez Boga niczego bym nie dokonał. Byłem tylko niegodnym narzędziem w Twoich rękach. Jak kamień rzucany na szaniec – kończy swą opowieść.