Poddębicki wehikuł czasu

Grzegorz Brożek

|

Gość Tarnowski 30/2014

publikacja 24.07.2014 00:00

Nie wyrosły tu Tatry, nie rozlały się Mazury. Naturalnych atrakcji turystycznych w okolicy w zasadzie brak. Zatem trzeba było je po prostu zrobić.

Ziemowit jest grododzierżcą, czyli kasztelanem Ziemowit jest grododzierżcą, czyli kasztelanem
Grzegorz Brożek /Foto Gość

Ludzie w takie miejsca przyjeżdżają na wakacje. My to mamy na co dzień – mówi grododzierżca Ziemowit ze słowiańskiego grodu w Stobiernej.

Ciupaga na molo

Gród to jego projekt. Historią interesował się od dawna. Studia odbył z zarządzania w turystyce. – Gród słowiański w Dolinie Wisłoki jako atrakcja turystyczna był tematem mojej pracy. Pracę obroniłem, a jeden egzemplarz wydrukowany, oprawiony z dedykacją zaniosłem wójtowi gminy Dębica Stanisławowi Rokoszowi – opowiada Ziemowit. Pomysł się spodobał i gmina przyjęła go do realizacji, lokując inwestycję w Stobiernej, na wzgórzu z olbrzymim stokiem, którego samorząd jest właścicielem. Budowa trwała trzy lata. Gród został otwarty w 2012 roku. Zarządza nim fundacja „Educare et servire”. To nie jest atrakcja w typie „ciupaga na molo”, czyli niepasująca do kontekstu geograficznego, kulturowego. Przeciwnie. – Nad środkową Wisłoką we wczesnym średniowieczu był makroregion osadniczy. Grodów w promieniu 15 km było nawet może 10 – przyznaje Ziemowit.

Pracownia Blizbora

Z zewnątrz widać w zasadzie tylko palisadę. Przekraczając bramę grodu, cofamy się w czasie o tysiąc lat. – Odtwarzamy historię Słowian z X—XI wieku. Po pierwsze nasze imiona są starosłowiańskie, nasze odzienie jest próbą rekonstrukcji historycznej, zajmujemy się tu starymi rzemiosłami, żyjemy w grodzie tak, jak żyli nasi przodkowie tysiąc lat temu – tłumaczy Jaruhna, członkini starszyzny grodu. Świętosław dziś siedzi w pracowni garncarskiej i pracuje nad ceramiką. Blizbor (prywatnie syn Jaruhny) rozpala właśnie węgle w kuźni. Jaśko Lewosilny wrócił z podgrodzia, gdzie ekipa telewizji kręciła ujęcia do reportażu. Jaśko włada nieźle bronią, zwłaszcza – jak się wydaje – łuk nie ma dla niego tajemnic. Jaruhna z Milą i Niestanką w izbie niewiast, w drugiej z trzech chat grodowych, rozpalają ogień pod kociołkiem, przędą wełnę i próbują tkać.

Tysiące w grodzie

– Prowadzimy tu działalność edukacyjną. Odwiedzają nas grupy dzieci, młodzieży. Każdy ma okazję spróbować garncarstwa, postrzelać z łuku, pozaglądać w zakamarki, zobaczyć, jak żyli przodkowie. Lubimy też o tym wszystkim opowiadać – objaśnia Ziemowit (jego imię znaczy tyle, co „Władca rodu”). Świętosław przyznaje, że bywa ciężko. – Miałem jednego dnia w pracowni 8 grup dzieci po 20 osób. Żeby tu popróbować, opowiedzieć trzeba ze 40 minut. Po piątej grupie straciłem głos – dziś z tego się śmieje, ale przyznaje, że na nudę nie narzekają. – Oprowadzamy grupy, pozwalamy im przez chwilę żyć jak ludzie tysiąc lat temu, opowiadamy, a kiedy gości nie ma, to zajmujemy się rzemiosłem, komponujemy pieśni – informuje Świętosław. Gród działa zaledwie dwa lata. W minionym roku gościli 15 tys. zwiedzających, i to tylko w miesiącach od kwietnia do października, bo wtedy gród jest otwarty. To bardzo dużo. Tym bardziej że tu trzeba przyjechać specjalnie. Są czerwone drogowskazy z symbolami, ale gród w Stobiernej nie leży „po drodze”.

Życie jest proste

Dlaczego ludzie tu przyjeżdżają? Bo to lekcja historii i chwila fajnej rozrywki. Dlaczego zaś interesują się historią średniowiecznych Słowian? – Mam swoją teorię. Wstąpiliśmy do Unii Europejskiej. Konfrontujemy się z innymi, kulturę, język, obyczaj. Żeby to robić skutecznie, trzeba mieć poczucie własnej tożsamości, wiedzieć, kim jesteśmy i skąd się wzięliśmy. Trochę wiedzy na ten temat znajdą u nas w Stobiernej – tłumaczy Ziemowit. A dlaczego grodzianie „są Słowianami”? – Dla nas wszystkich jest to pasja. Jedni chodzą na ryby, inni są grzybiarzami, a ja bawię się w średniowiecze. To jest taki pozytywny bzik – tłumaczy Świętosław. Dla starszyzny grodowej oprócz pasji to też zawód, oni nie mają innych zajęć poza grodem. Dla wszystkich pobyt tu to również odskocznia. – Prowadzimy tu trudne życie, wymagające cierpliwości, ale proste. Jakżeż inne od tego życia na zewnątrz. Tu nie ma pośpiechu, pracy na akord, wyścigu, patrzenia na zegarek – mówi Jaruhna.

Paź królowej lubi dzieci

W grodzie można spędzić ciekawie kilka godzin. Ziemia dębicka kryje kilka innych atrakcji, które warto zobaczyć w czasie krótkiego pobytu. 100 metrów poniżej grodu jest Centrum Edukacji Ekologicznej. To, co przyciąga do niego zwłaszcza dzieci, niemal z całego Podkarpacia, to „Park owadów”. – Tu na łące mamy modele na razie 10 pajęczaków i owadów. Wszystkie precyzyjnie wykonane i powiększone od 150 do 200 razy – pokazuje Aleksandra Czernecka prowadząca CEE. Dzieciom najbardziej podoba się biedronka i paź królowej. Inne obchodzą z daleka. – Można obejrzeć, jak wyglądają te żyjątka, których niekiedy nie dostrzegamy, a jeśli już, to nie chcemy wchodzić z nimi w bliższy kontakt. To działa edukacyjnie. Poza tym dzieciom opowiadamy zawsze o zwyczajach tych zwierząt, o tym, jak zachować się, mając kontakt np. z kleszczem czy szerszeniem – dodaje pani Ola.

Matka, która wszystko może

Ze Stobiernej warto, jadąc na południe, dotrzeć do Głobikowej, najwyżej położonej wsi w gminie Dębica. Tam na samej górze, obok schroniska „Rozdzielnia wiatrów”, dzieci mogą mieć sporo zabawy z czterema naturalnej wielkości modelami tzw. dinozaurów. Przy 20-metrowej wieży widokowej, z której niekiedy widać nawet Tatry, a codziennie całą ziemię dębicką, stoi m.in. 15-metrowej długości ryczący i oświetlony w nocy diplodok. Stąd do Dębicy jest 17 km. Koniecznie trzeba nadłożyć drogi i wrócić do miasta przez Zawadę, w której „do Cudownego Obrazu Matki Bożej z dalekich stron ciągną liczne rzesze pielgrzymów otaczając Obraz Bogurodzicy w skupieniu i z modlitwą na ustach”. Zapisano to już w 1610 roku. Od tego czasu sanktuarium, ale i księgi łask i cudów pękają w szwach. Zwłaszcza w czasie odpustów, jak i odbywających się w pierwsze soboty dróżek różańcowych. Jednego dnia nie wystarczy, by odwiedzić wszystko to, co warte jest tego na ziemi dębickiej, a wydawać by się mogło, że turysta nie ma tu czego szukać.