Mikołajowickie sekrety

ks. Zbigniew Wielgosz

|

Gość Tarnowski 32/2019

dodane 08.08.2019 00:00

Diecezja na wakacje. Trudno rozgryźć tajemnicę tej parafii, której świątynia jest bijącym sercem w sieci splątanych uliczek wsi.

Ksiądz Franciszek Cieśla przy bocznym ołtarzu i relikwiach św. Maksymiliana. Ksiądz Franciszek Cieśla przy bocznym ołtarzu i relikwiach św. Maksymiliana.
ks. Zbigniew Wielgosz /foto gość

Ale od początku, czyli od promocji monografii Marii Nowrotek „Mikołajowice nad Dunajcem. Dzieje miejscowości i parafii”. Książka ukazała się w tym roku staraniem miejscowej wspólnoty wiernych, której duszpasterzem i proboszczem od 10 lat jest ks. Franciszek Cieśla. Na blisko 400 stronach autorka zgłębia dzieje ponad siedmiu wieków życia tutejszych mieszkańców, splecionych z płynącym nieopodal Dunajcem…

Muzyka nad polami

Mało kto wie, że zjeżdżając ze starej „czwórki” (obok salonu samochodowego), znajdzie się w Sierachowicach. Nie informuje o tym żaden drogowskaz. Dzięki Marii Nowrotek dowiadujemy się, że wieś ta istnieje od co najmniej 1386 roku i jest starsza nawet od sąsiednich Mikołajowic. Miejscowość leżała przy przeprawie przez Dunajec, którym miejscowi flisacy spławiali płody rolne do Opatowca, Sandomierza i aż do Gdańska. Coś się jednak stało w połowie XVIII wieku, że wieś zniknęła z map. „Przyczyną była niszcząca powódź, po której Dunajec zmienił koryto. Jak napisał dzierżawca Sierachowic, w 1754 roku zostały tylko »cztery chałupki i to bez pola i ogrodów«” – pisze Maria Nowrotek. Dziś Sierachowice są częścią Mikołajowic, choć domów tam wiele, a i ogrodów nie brakuje. Odwiedzamy z mikołajowiczanką Marią Bibro rodzinę Skubiszów. Łukasz, syn Jacka i Małgorzaty, gra na akordeonie, jest uczniem liceum muzycznego w Tarnowie, śpiewa w chórze Pueri Cantores Tarnovienses. Razem z kolegami gra w Tarnowskim Trio Akordeonowym, którego brawurową muzykę można było usłyszeć podczas promocji wspomnianej monografii. – Do gry na akordeonie zainspirował mnie tato, który sam uczył się grać na tym instrumencie – mówi Łukasz. – Nie była to profesjonalna nauka, trwała z półtora roku, ale może coś z tej wiedzy przekazałem synowi – śmieje się pan Jacek. Dość powiedzieć, że Łukasz cały czas doskonali swoje umiejętności, zdobywa nagrody i wyróżnienia na konkursach ogólnopolskich i międzynarodowych. Mało kto wie, że stoją za tym godziny ćwiczeń każdego dnia już od I klasy podstawówki i poświęcenie rodziców, towarzyszących synowi na muzycznej drodze. A Łukasz się odwdzięcza, kiedy jego smukłe palce wędrują po klawiszach, guzikach i akordach, a miech – rozciągany, to ściągany – dmie powietrze i nad sierachowickimi polami rozbrzmiewa muzyka niezwykłego instrumentu.

Fantastyczny nieład

Sierachowice niepostrzeżenie zamieniają się w Mikołajowice. Nazwa wsi miała nawet wpływ na dziedziców, potomków Mikosza z Chotowej, którzy w połowie XV wieku przyjęli nazwisko Mikołajowscy. Jan i Barbara z tego rodu doprowadzili do takiego rozkwitu swoje dziedzictwo, że stać ich było na zakup kamienicy naprzeciw tarnowskiej kolegiaty, dziś katedry. Dom przebudowali w stylu renesansowym. Niestety, byli bezdzietni. Swoją miejską rezydencję przekazali wikariuszom kolegiackim, a majątek sprzedali Janowi Tarnowskiemu. Dom zwany Mikołajowskim istnieje do dzisiaj. Mieści się w nim m.in. najstarsze w Polsce muzeum diecezjalne. W kolejnych wiekach Mikołajowicami władali najwięksi magnaci Rzeczypospolitej. Prócz hetmana Tarnowskiego byli to książęta Ostrogscy, Lubomirscy i Sanguszkowie. W XIX wieku wieś trafia do historii literatury polskiej dzięki pierwszemu w rozbiorowej Polsce przewodnikowi, napisanemu przez Seweryna Goszczyńskiego „Dziennik podróży do Tatrów”. Goszczyński gościł tutaj w dworku Tetmajerów i stąd wyruszył ku tatrzańskim szczytom. Jak pisze w swoim dzienniku, wieś „leży niedaleko Dunajca, nade starem jego korytem, śród płaszczyzn ogromnych zrównanych pod strychulec. Chaty rozrzucone w nieładzie fantastycznym, każda patrzy w inną stroną, jak żeby dąsała się na inne sąsiadki. Takim chatkom ulic nie potrzeba, dlatego też nie ma ich tutaj. Za to snuje się między niemi droga, dosyć sucha w lecie, oprócz kilku kałuż, które ją przecinają niby strumyki. Nie zbywa jednak na sadach i tu dopiero są drzewa wielkie i ładne, owe te sady osłaniają niepowabną srogość wioski”. Interesujące, że coś z tego opisu żyje do dzisiaj. Istotnie, główny gościniec wije się przez miejscowość, a od niego odbiegają esy i floresy wąskich uliczek, które to zakręcają, wracając do gościńca, to biegną gdzieś w pola lub do innych wsi. Sadów już niewiele, tylko gdzieniegdzie stare jabłonie uginają się pod owocami. Coraz mniej też drewnianych wiejskich domów z malwami przeglądającymi się w małych szybkach okien. Zawitaliśmy do jednego z nich. Mieszkają w nim Andrzej i Stanisława Brożkowie, którzy wychowali siedmioro dzieci. Z bogatej historii rodziny, pisanej także po włosku dzięki małżeństwu jednej z córek, wspominają wielką powódź, kiedy ich dziadkowie musieli czekać na pomoc, chroniąc się na strychach zalanych pod powałę domów. Spotkany na drodze Bronisław Bibro podkreśla, że Mikołajowice wypiękniały. – I dobrze się tu ludziom żyje – mówi. Spotykamy też panią Józefę Bibro. Uśmiecha się tylko, otwierając zieloną furtkę z serduszkiem, obok której świeci metaliczna skrzynka na listy z napisem „U.S. Mail”. Ona również wychowała siedmioro dzieci, a za czterech synów żołnierzy dostała od ministra medal.

Sukienki dla św. Anny i Maryi

Uroku mikołajowickiej parafii dodają oddzielone od wsi zakładami i polami Sieciechowice. One także mają średniowieczną metrykę, a pierwszy zapis o tym miejscu pochodzi z 1398 roku. Wieś należała do parafii Zbylitowska Góra, bo… Dunajec inaczej płynął niż teraz. Później, kiedy zmienił koryto, ludzie na Mszę św. płynęli łódką przez rzekę. Z kolei pogrzeby odprawiane były bardzo paradnie, bo szło się ze zmarłym drogą. Przy wjeździe do wsi wędrowców wita cienisty park obok domu kultury, znajdujący się na dawnych błoniach gromadzkich. Przy stoliku siedzą sołtys Janusz Jackowski oraz panie z Koła Gospodyń Wiejskich – Stanisława Jackowska i Maria Radzik. W Sieciechowicach był kiedyś duży kult św. Anny. Od połowy XVI do połowy XVIII wieku istniała tutaj nawet kaplica mszalna pod jej wezwaniem, ufundowana prawdopodobnie przez Zofię Ocieską, wdowę po Janie, kanclerzu krakowskim i sekretarzu króla Zygmunta Starego. – Trzy lata temu w kościele parafialnym w dzień św. Anny była Msza św. w intencji wioski. Rok temu chciałem, żeby ludzie dostali obrazki lub książki o babci Pana Jezusa. Pojechałem do sklepu, a sprzedawczyni zaproponowała zakup figurki. Były jednak małe, zamówiłem więc większą. W niedzielę pomodliłem się: „Panie Jezu, jak chcesz mieć babcię w Sieciechowicach, to pomóż!”. W poniedziałek pojechałem do miasta, zrobiłem zakupy i… zagrałem w lotka. Kiedy sprawdziłem wyniki losowania, okazało się, że wygrałem tyle, ile trzeba było na obrazki, książki i figurkę św. Anny. Figurka została poświęcona rok temu. Cuda się zdarzają! – mówi pan Janusz. W ostatnią niedzielę lipca sieciechowianie zgotowali św. Annie piękną uroczystość. Figurce mamy Maryi uszyto sukienki, które pobłogosławił ks. proboszcz podczas Mszy św. w miejscowym parku. A potem mieszkańcy i goście miło spędzili czas na pikniku rodzinnym, którego gospodyniami były panie z miejscowego KGW. – Mamy piękne stroje, robimy wieńce żniwne, przygotowujemy różne uroczystości – mówią panie.

Bijące Serce

Ostatni przystanek w podróży przez tajemnice mikołajowickiej parafii to kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Pięknie odnowiony. Do środka światło pada przez koronkowe okna, rozjaśniając pastelową polichromię namalowaną przez siostry Pawłowskie. Urzekają stylowe kinkiety i lampy oraz piękne boczne ołtarze, chrzcielnica i ambona. – A już niedługo czeka nas konsekracja nowego ołtarza i tabernakulum. Stare powędruje do kościoła na Ukrainie – mówi ks. Franciszek Cieśla, który cieszy się, że ma ofiarnych parafian, zatroskanych o świątynię. Ludzie podziwiają jego pracę w kościelnym ogrodzie, który nabiera japońskiego sznytu. Mało kto zdaje sobie sprawę, że małe kamyczki wypełniające podłoże pod strzyżonymi krzewami symbolizują wieczność, niezmienność i trwałość, podobnie jak ogromne głazy wydobyte z dawnego koryta Dunajca obok misyjnego krzyża. – Nad wejściem do kościoła umieściliśmy figurę Serca Pana Jezusa, które nocą jarzy się czerwonym światłem – mówi ks. Franciszek. I to jest objawienie. Gdyby umiało się latać, zobaczyłoby się sieć mikołajowskich uliczek, które jak niewielkie tętnice odbiegają od głównej aorty wsi, mającej swoje źródło w bijącym stale Sercu Pana Jezusa.•