Żywym i umarłym

ks. Zbigniew Wielgosz

|

Gość Tarnowski 49/2019

dodane 05.12.2019 00:00

W II niedzielę Adwentu modlitwą i ofiarami wspomagamy Kościół na Wschodzie. Tarnowscy diecezjanie od lat 90. XX wieku aktywnie uczestniczą w procesie odbudowy duszpasterstwa na Ukrainie i Białorusi, niosą jednocześnie pomoc charytatywną poprzez odradzające się diecezje, parafie i domy zakonne.

▲	Tarnowscy maltańczycy ze św. Mikołajem w Starym Samborze. ▲ Tarnowscy maltańczycy ze św. Mikołajem w Starym Samborze.
ks. Zbigniew Wielgosz /FOTO GOŚĆ

Ksiądz Adam Dynak, obecnie proboszcz w Mikluszowicach, na Białoruś wyjechał już rok po święceniach, które przyjął w roku 1998. Wcześniej był tam jako diakon, później na zastępstwie jako neoprezbiter. Tak mu się spodobało, że został na Białorusi prawie 20 lat.

Zaczynałem od „W imię Ojca…”

Jego pierwszą placówką był Mohylew. Najpierw był wikariuszem na parafii w Mohylewie, a kiedy jego proboszcz został nowym biskupem witebskim świeżo utworzonej tam diecezji, pojechał do Witebska razem z nim. Był jego sekretarzem i kapelanem przez cztery lata. – To był czas organizacji struktur diecezji, kurii, sądu, instytucji. Po 4 latach poprosiłem o pozwolenie na pracę duszpasterską w parafii. Zostałem proboszczem nowo utworzonej parafii w Horodoku (blisko granicy z Rosją), gdzie budowaliśmy kościół. Z Horodoku biskup wezwał mnie do Witebska, by w jednej z tamtejszych parafii wznosić świątynię. Z Witebska wróciłem na rok do Polski, do diecezji – mówi ks. Adam. Tęsknota za Białorusią nie dała za wygraną, lecz tym razem ks. Dynak wyjechał do diecezji mińsko-mohylewskiej. Pracował tam w Krupkach, gdzie dokończył budowę kościoła, plebanii i domu parafialnego. Po 3,5 roku pracy biskup posłał ks. Adama do Borysowa, gdzie trzeba było zacząć budowę kościoła. Zdążył zaledwie przygotować dokumentację i pozwolenia, kiedy został wezwany do Witebska przez bp. Blina. Tam został proboszczem katedry i kanclerzem kurii diecezjalnej, drugą osobą w diecezji, jak mówili białoruscy urzędnicy. Po 3 latach kapłan został wicerektorem Seminarium Duchownego w Pińsku, wykładowcą Pisma Świętego, odpowiedzialnym za sprawy dydaktyczne. Praca z klerykami trwała tam 3 lata. – Trafiłem na Białoruś, kiedy kraj był jeszcze otwarty na księży z Polski, a ludzie mieli zapał do odbudowywania Kościoła po 80 latach jego nieobecności lub życia ukrytego. To nie było jednak jakieś pospolite ruszenie mas spragnionych Boga. Trzeba było rozpoczynać wszystko od nowa, od „W imię Ojca…”. Czasem zaczynało się pracę od zgromadzenia trzech osób, by powoli wspólnota się rozrastała. Było to możliwe także dzięki temu, że po Białorusi rozsiani byli ludzie pochodzący z jej zachodniej części, gdzie Kościół katolicki przetrwał najdłużej, bo choćby Grodzień- szczyzna należała przed II wojną do Polski. W każdym bądź razie te początki bardzo przypominały Kościół pierwszych wieków. Najważniejsza była wspólnota ludzi, która gromadziła się na Eucharystii, a dopiero potem przyszedł czas na tworzenie struktur, choć chyba to się stało za szybko. Nie zapomnę prostoty początków, spontaniczności, naturalności, ewangelicznego apostolstwa, otwartości ludzi – wyjaśnia ks. Dynak i podkreśla, że obecnie Kościół na Białorusi potrzebuje przede wszystkim naszej modlitwy.

Bocianie gniazdo

Firma Gold Drop z Limanowej bardzo lubi Kresy. – Ja sam jestem pasjonatem ich historii – podkreśla prezes Stanisław Gągała. Gold Drop nawiązał przed laty kontakt z bp. Jerzym Mazurem, wówczas biskupem w Irkucku i pasterzem największej diecezji na świecie, obejmującej Syberię. Był to czas, kiedy budował katedrę w Irkucku. – Przekazaliśmy na ten cel pieniądze, organizowaliśmy transport środków czystości. Tę współpracę inspirował ówczesny kustosz sanktuarium w Pasierbcu ks. Józef Waśniowski. Kontakt jednak z czasem osłabł, zwłaszcza kiedy bp Mazur musiał opuścić Irkuck. Nie przestaliśmy jednak pomagać Kościołowi na Wschodzie. Jest takie piękne miasteczko Rogatyń. Kościół został tam zamieniony na magazyn. Współpracowaliśmy akurat z firmą ukraińską mającą siedzibę w tym mieście. Wówczas jeszcze połowa kościoła służyła za skład materiałów budowalnych. W drugiej odbywały się nabożeństwa. Sama świątynia ma bogatą historię. Powstała jako wotum za zwycięstwo pod Wiedniem, a jednym z proboszczów był ks. Piotr Skarga. Poznałem tam kapłana, który skończył seminarium w Rydze (za czasów ZSSR jedynego na tamtych terenach). Pomagaliśmy temu kościołowi, parafii finansowo. Po paru latach kościół, nawiedzany wcześniej przez kilka zaledwie osób, zaczął tętnić życiem – opowiada prezes. I znów zewnętrzne przyczyny spowodowały, że więzi Gold Dropu osłabły z tamtym miejscem, ale zostały nawiązane gdzie indziej. – Kilka lat temu spotkałem się z abp. Mieczysławem Mokrzyckim, z którym nawiązaliśmy bliską współpracę. Raz na kwartał wysyłamy transport środków czystości, które służą do utrzymania domu dla potrzebujących. Przygnębiające wrażenie sprawiają spotykane jeszcze ruiny kościołów, na których nawet bocian nie może założyć gniazda. Gdzieś koło Podkamienia, bodajże w 1994 roku, w jednej miejscowości stała jeszcze główna nawa zniszczonego kościoła i miała dach, na którym znajdowało się gniazdo bocianie. Po kilku latach gniazda nie było. Dach się zapadł. Smutkiem napawają także polskie cmentarze, z którymi robi się wszystko, żeby zatraciły swój charakter, żeby przestały być świadectwem naszej wielowiekowej obecności na tych terenach. Jest tutaj ogromne pole dla instytucji państwowych, organizacji pozarządowych, żeby zachować te miejsca przed zapomnieniem i zniszczeniem. To jest też zadanie dla Kościoła w Polsce, by pamiętał o zmarłych rodakach na Wschodzie. Pomaga się finansowo, personalnie obecnym wspólnotom, a trzeba przecież pamiętać, że zmarli żyją, choć w innym wymiarze, i mimo to potrzebują naszej modlitewnej pomocy, jak również troski o ich groby – podkreśla Stanisław Gągała.

Wracam z darem wdzięczności

Grzegorz Olszówka jest koordynatorem działań socjalnych Stowarzyszenia Malta Służba Medyczna Oddział w Tarnowie. Jego przygoda z Ukrainą i tamtejszym Kościołem zaczęła się na dobre 6 lat temu. – Pierwszy raz na Ukrainie byłem już w 1997 roku. Pojechaliśmy do jednego z księży misjonarzy pracującego w Storożyńcu pod Czerniowcami, z którym kontakt mamy do teraz. Otóż przez 3 lata organizowaliśmy wakacyjny wypoczynek dla dzieci połączony z formacją duchową. Prócz dzieci z parafii katolickiej wyjeżdżały na taki tydzień także dzieci prawosławnych. Organizowaliśmy dla nich żywność, mąkę, cukier, żeby jakieś jedzenie dla nich przygotować. Ta pomoc ustała po kilku latach – opowiada pan Grzegorz. Swego czasu tarnowscy maltańczycy pośredniczyli w sprowadzaniu leków z Niemiec, co umożliwiali tamtejsi maltańczycy. W Tarnowie istniał nawet punkt wydawania darmowych leków. Zdarzyło się, że były potrzebne leki na Ukrainę i trzeba je było tam zawieźć. Pan Grzegorz wyrobił paszport i pojechał. To było w 2013 roku. Koniecznie też chciał odwiedzić miejsce, w którym urodził się jego dziadek – Borysław. To było marzenie nastoletniego chłopaka, któremu o dziadku opowiadała babcia. I tak – łącząc swoje marzenia z pożyteczną sprawą dostarczenia lekarstw – zaczęła się jego przygoda z Ukrainą, a przede wszystkim z parafiami prowadzonymi przez polskich księży i domami zakonnymi, w których pracują polscy zakonnicy i siostry. – Jeżdżę już od 6 lat, a wyjazdów z pomocą było do tej pory 20. Napierw latem, a później dwa razy – na Boże Narodzenia i Wielkanoc. Klucz jest prosty. Szukam polskich kapłanów, by przez nich i katolickie parafie na Ukrainie pomagać ludziom. Po prostu najbardziej im ufamy i wiemy, że pomoc trafi do najbardziej potrzebujących. Parafie są dla nas tego gwarantem. Księża znają swoich parafian i wiedzą, czego im potrzeba. Dlatego nasza pomoc jest celowa. Jedni potrzebują ubrań, inni leków, inni środków czystości. Zawozimy paczki dla dzieci i dla rodzin, ubrania, żywność, środki czystości, przybory szkolne, słodycze, lekarstwa, środki opatrunkowe. Pomoc zawieźliśmy m.in. do domu dla dzieci z Czarnobyla, który jest prowadzony przez naszych księży w Załuczu, w pałacu dziadków gen. Jaruzelskiego, niedaleko Śniatynia. Rzeczy zgromadzone w kolorowych workach (by trafiły do poszczególnych adresatów) wieziemy autobusem. Tira by nie wpuszczono, ale prawo pozwala każdemu podróżnemu zabrać ze sobą odpowiedni bagaż. Dzięki temu możemy dostarczać naszą pomoc. Przez lata zbudowaliśmy dobre relacje, oparte na zaufaniu. Słuchamy sugestii kapłanów i staramy się je realizować. Jeździmy do kraju, w którym widać olbrzymie dysproporcje. Z jednej strony najlepsze samochody, z drugiej starsze osoby, które ledwo wiążą koniec z końcem, nie stać ich nawet na buty zimą, na leki czy ubrania. Raz jedna pani powiedziała mi, że gdyby nie nasza pomoc, umarłaby z głodu. Wiem, że to była przesada, ale ona chciała powiedzieć, jak bardzo nasz gest jest dla niej ważny – opowiada pan Grzegorz. Pomoc organizuje tarnowska Malta, ale włączają się w nią wolontariusze, m.in. pracownicy szpitala św. Łukasza, osoby prywatne. Niektóre tylko mają do tego podejście sentymentalne, bo są jakoś związane z Kresami. Co ciekawe, są też osoby zdeklarowane jako niewierzące, które włączają się w pomoc. Od kilku lat w akcję zbierania produktów do przygotowania paczek zaangażowały się przedszkola z Tarnowa: nr 34, nr 24, nr 13 i inne oraz szkoła podstawowa nr 1 z Tarnowa, wspierają nas również rzeczowo tarnowscy lwowiacy zrzeszeni w Towarzystwie Miłośników Lwowa i kresów Południowo-Wschodnich. Oddział w Tarnowie. – Wraca się stamtąd z nieudawaną ludzką wdzięcznością, która daje radość – podkreśla pan Grzegorz.