Odwiedziłam córkę w Rwandzie

Beata Malec-Suwara

|

Gość Tarnowski 5/2020

publikacja 30.01.2020 00:00

Danuta Łuszczki od kilkunastu lat wspiera Benitę. O spotkaniu z nią opowiadała Akcji Katolickiej i Rycerstwu Niepokalanej w Brzeźnicy k. Dębicy.

▲	Za podzielenie się swoją historią dziękowała pani Danucie Magdalena Piękoś, organizator spotkania. ▲ Za podzielenie się swoją historią dziękowała pani Danucie Magdalena Piękoś, organizator spotkania.
Beata Malec-Suwara /Foto Gość

Niezwykłą historię adopcji serca i spotkania z adoptowaną Benitą z Rwandy opowiedziała zebranym Danuta Łuszczki z Sokołowa Małopolskiego. Od kilkunastu lat wspiera dziewczynę, wpłacając pieniądze na jej wychowanie i kształcenie. Dwa miesiące temu wróciła z tego kraju, gdzie pojechała ją poznać. Do Brzeźnicy zaprosiła ją Magdalena Piękoś, prezes parafialnego oddziału Akcji Katolickiej w Brzeźnicy.

– Poznałyśmy się na spotkaniach dla przedsiębiorczych kobiet „Boski Biznes”, które prowadzi Małgorzata Dąbrowska. Odbywają się w kilku miastach. Najczęściej uczestniczyłam w spotkaniach w Dębicy, ale z racji tego, że pracuję w Rzeszowie, zdarzyło mi się być tam kilkakrotnie i w ten sposób poznać panią Danusię. Wiedziałam o jej wyjeździe do Rwandy, więc pomyślałam, że fajnie byłoby się spotkać, żeby opowiedziała nam o swoich wrażeniach – mówi Magdalena Piękoś. Oddział AK w Brzeźnicy jest młody. Powstał w lutym 2018 roku, ale działa prężnie. – Podejmujemy wiele inicjatyw, organizujemy także takie spotkania jak to. Na jednym z wcześniejszych gościliśmy m.in. świeckiego wolontariusza misyjnego z pobliskiej parafii, Ryszarda Raka, kiedy wrócił z Republiki Środkowoafrykańskiej – dodaje pani prezes. Danuta Łuszczki z Sokołowa Małopolskiego jest mężatką od 25 lat, mamą pięciorga dzieci i babcią dla dwóch, a może już trzech wnuków (jej córka na dniach miała rodzić). Wspólnie z mężem prowadzą firmę, działają w duszpasterstwie dla przedsiębiorców i pracodawców „Talent”. Jeden z ich synów – 22-letni Szymon – ma zespół Downa, ale jak mówi pani Danusia, nie zamieniłaby go nigdy w życiu na nikogo innego. Doświadczyła też straty dziecka. – Bardzo to przeżywałam. Czułam ogromną pustkę i wydawało mi się, że nikt mnie nie rozumie. Kiedy więc natrafiłam w jednej z gazet na artykuł o kobiecie, która opisywała swoją podróż do Afryki, gdzie spotkała się ze swoją adopcyjną córką, pomyślałam, że mogłabym podjąć się adopcji serca i w ten sposób spróbować pustkę po stracie wypełnić. Mąż zadeklarował wsparcie, więc zadzwoniłam do ojców pallotynów i zgłosiłam chęć adopcji. Tak od kilkunastu lat wspieramy dziewczynkę z Rwandy, Benitę, która stała się częścią naszej rodziny. Wysyłamy do siebie listy, zdjęcia. Jest leworęczna jak nasz syn Bartek – opowiadała pani Danusia. Nigdy nawet nie myślała o podróży do Afryki. – Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym zostawić swoje dzieci i pojechać tam. Taki wyjazd wydawał się zupełnie nieosiągalny. Do zeszłego roku – mówiła pani Danuta. Wtedy w Łagiewnikach, na pielgrzymce przedsiębiorców i pracodawców, spotkała znajomego, który dopiero co z Rwandy wrócił. Kiedy opowiadał o swojej podróży, pojawiła się myśl, że może jednak uda się odwiedzić Benitę. Opowiedziała o tym mężowi, a on na to, że za rok i ona pojedzie do Rwandy, jeśli chce. Przez cały ten czas przygotowywała się do wyjazdu, czytała o tym kraju, próbowała nauczyć się choć kilku słów w języku kyni rwanda. – Kiedy wylądowałam w stolicy Rwandy – Kigali, miałam ochotę całować tę ziemię. Z Benitą miałam się spotkać następnego dnia. Nie spałam całą noc, a już od rana czekałam na nią. Planowałam, że o wszystko ją wypytam, przytulę z całej siły do serca i nie puszczę – opowiadała. Rzeczywistość okazała się nieco inna. Benita spóźniła się pół godziny, co mogło rozczarować, ale kiedy pozna się tamtejszą kulturę – przestaje dziwić. Ludzie tam zwyczajnie nie noszą zegarków i rzadko przychodzą na czas. Nie wiedziała też, jak się zachować, kiedy ktoś ją przytula. Nikt dotąd tego nie robił. Benita jest sierotą. Jej mama zmarła przy porodzie, ojca nigdy nie poznała. Opiekuje się nią ciocia. Dzieci nie mogą się tam odezwać bez pozwolenia przy osobach dorosłych, a często nawet i podnieść wzroku. Dodatkowym rozczarowaniem był brak możliwości swobodnego porozumienia się ze względu na trudności z tłumaczeniem. – W sumie to prawie cały czas płakałam, a Benita nic nie mówiła. Ożywiła się, kiedy dałam jej album ze zdjęciami, naszymi i jej, z Rwandy i z Polski. Pokazywałam jej naszą rodzinę i nie wypuszczałam jej z objęć – wspominała pani Danuta. Ma niedosyt, że spotkanie trwało zbyt krótko. Opowiadała też o kraju Benity, o jego historii, także tej trudnej – naznaczonej ludobójstwem, którego nikt nie chce pamiętać, o plantacji herbaty, olbrzymich słoniach, pięknej roślinności i niezrozumiałej biedzie. Okazuje się, że i w brzeźnickiej parafii są tacy, którzy podjęli adopcję serca. Jedna z pań opowiadała o „swoich” dzieciach, które także wspiera od wielu lat.