Walecznych z gór jest więcej

Beata Malec-Suwara

|

Gość Tarnowski 20/2022

publikacja 19.05.2022 00:00

O każdej z nich mogłaby powstać oddzielna monografia. Po co? „Bo odkrycie tych niezwykłych biografii może być uzdrawiające i inspirujące. Może pomóc odważnie spojrzeć w przyszłość. Dać powód do prawdziwej dumy” – twierdzi Agata Puścikowska.

Autorka z członkami rodzin góralek ze Szczawnicy i Haliną Mastalską, która przyłożyła „Boży palec” do opowiedzenia historii o matce i córce z rodu Zachwiejów. Autorka z członkami rodzin góralek ze Szczawnicy i Haliną Mastalską, która przyłożyła „Boży palec” do opowiedzenia historii o matce i córce z rodu Zachwiejów.
Beata Malec-Suwara /Foto Gość

Dziennikarka „Gościa Niedzielnego” Agata Puścikowska jest autorką książki „Waleczne z gór”, opowiadającej o odważnych góralkach z czasów II wojny światowej. 7 maja w Szczawnicy spotkała się z czytelnikami i rodzinami pochodzących stąd bohaterek jej książki. Historie kobiet tego regionu niejako otworzyły i domknęły jej pracę nad „Walecznymi z gór”. Wszystko zaczęło się od poznania katowni Podhala – zakopiańskiej willi Palace.

Mamo, nie płacz

To tam jako osiemnastoletnia dziewczyna została osadzona pochodząca ze Szczawnicy Helena Błażusiakówna. W jednej z cel wyryła wybitym jej przez oprawców zębem słowa modlitwy, do której Henryk Górecki skomponował „Symfonię pieśni żałosnych”. Przez lata uważano, że Helena zmarła w więzieniu. Agata Puścikowska „przez przypadek” – choć te, jak podkreślała, są jedynie z gramatyce – poznała bratanka Heleny Jarosława Błażusiaka. Opowiedział jej o swojej ciotce, która żyła jeszcze przez wiele lat po wojnie. Przekonał, że powinna o niej napisać. Tak powstał najpierw artykuł do „Gościa Niedzielnego”, a potem jeden z rozdziałów „Walecznych z gór”. W Polsce i w samej Szczawnicy o Helenie słyszeli nieliczni. Po wojnie wyjechała z rodzinnego miasta, wyszła za mąż, zmieniła nazwisko. Za komuny musiała ukrywać przeszłość w AK. Jej ojciec i brat byli partyzantami. Całe niemal życie spędziła w konspiracji, o swojej okupacyjnej młodości opowiedziała garstce osób z najbliższej rodziny, i to w dość lapidarnych słowach. Była zaprzysiężoną żołnierką, łączniczką i sanitariuszką o pseudonimie „Lena”. Cudem kilka razy uniknęła śmierci. Przeżyła tortury w Palace. Nie sypnęła nikogo. Niemców drażniły niezłomne kobiety. Pod koniec swojego pobytu w katowni na ścianie celi zapisała wstrząsający wiersz: „Mamo, nie płacz, nie. Niebios Przeczysta Królowo, Ty zawsze wspieraj mnie...”. Górecki napisał do niego melodię. Tak w 1976 roku powstała III Symfonia op. 36. W Polsce mocno krytykowana, na Zachodzie przez kilka tygodni nie schodziła z popularnych list przebojów. Dzięki niej choć część świata usłyszała o katowni Podhala. W 1992 roku „Symfonia pieśni żałosnych” została odkryta na nowo. Album sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy.

Upomniały się o swoją obecność

Kolejne bohaterki książki Puścikowskiej pochodzące ze Szczawnicy to matka i córka – Maria i Wanda z rodu Zachwiejów. – To jest wątek, o którym osoby niewierzące mówią creepy, a wierzące są przekonane, że to świętych obcowanie. Należę do tych drugich – mówiła w czasie spotkania autorka. – Książka była w zasadzie zamknięta, byłam bardzo zmęczona, tak emocjonalnie, dlatego że czymś innym jest grzebanie w archiwach zakonnych, jak to było w przypadku zbierania materiałów do „Sióstr z powstania” czy „Wojennych sióstr”, a czym innym są rozmowy z rodzinami. A kiedy tylko mogłam, spotykałam się z nimi. To było obciążające ze względu na wspomnienia, dramaty rodzinne, które żyły w nich od lat – opowiadała. – Nie wiem dlaczego, ale przyszło mi do głowy, żeby napisać do waszego byłego wikarego, który był wtedy w Kazachstanie, że skończyłam książkę, w której będzie wątek szczawnicki. To było zupełnie niezrozumiałe, ale dziś wiem, że było po coś. On z kolei napisał do pani Haliny Mastalskiej, a ona do mnie. W czasie rozmowy z nią usłyszałam, że muszę napisać o bohaterkach ze Szczawnicy. Mówiła tonem belferskim, nie znoszącym sprzeciwu. Zaskoczyła mnie pozytywnie – relacjonowała Puścikowska. Był 7 czerwca 2021 roku. Pani Halina obiecała, że w dwa dni zgromadzi wszystkie dokumenty i prześle autorce. – 9 czerwca dostałam od pani Haliny wszystko, co było dostępne. Powiedziała też, że żyją bracia pani Wandy, co wydało mi się dziwne, a jeszcze większe wrażenie wywarła na mnie informacja, że młodsza z bohaterek zmarła 7 czerwca, a tego dnia był jej pogrzeb. Wtedy usiadłam, przeszedł mnie dreszcz i choć wcześniej nie widziałam szansy na dołączenie kolejnego rozdziału, to po czymś takim wiedziałam, że obydwie te bohaterki chcą być w tej książce. Tak to odczułam, dla mnie to było świętych obcowanie, a przynajmniej jakiś znak. Poczułam, że te kobiety chcą tej książki i że upomniały się o swoją obecność – opowiadała Puścikowska. Dwa lub trzy dni później znalazła się w Szczawnicy, żeby spotkać się z rodziną bohaterskich góralek – Aleksandrem Majerczakiem i jego bratem Bogdanem. – Pan Aleksander wyczuł, że to ważne, z wielką miłością mówił o jednej i drugiej swojej krewnej. Chciałabym, aby podziękowali państwo w moim imieniu brawami panu Aleksandrowi i pani Halinie – prosiła. Historia poświęcenia i bohaterstwa matki i córki – Marii i Wandy z rodu Zachwiejów sięga poza granice niewielkiej Szczawnicy i jest związana z kierowanym przez rodzinę pensjonatem willą Wanda, w którym niemal od początku wojny prowadzono działalność konspiracyjną. Choć gestapo węszyło, nie zaniechano tych działań. Wanda jako nastolatka włączyła się podziemne działania matki i braci. Cała rodzina była torturowana przez Niemców w willi Palace. Wanda, siedemnastolatka, była bita i kopana do nieprzytomności na oczach brata. Nieraz poddawana krwawym przesłuchaniom. W katowni Podhala spędziła trzy i pół miesiąca. Nikogo nie wydała. Po powrocie do domu, pod nieobecność więzionej do końca wojny w obozach matki, przejęła rolę opiekunki dla młodszego brata i gospodyni domu. Nie zaprzestała też konspiracyjnej walki.

Jedną rozstrzelali Niemcy, drugą – bezpieka

Bohaterskich góralek związanych z diecezją tarnowską w książce Puścikowskiej jest więcej. „Waleczne z gór” to także zamordowana przez Niemców w Pogórskiej Woli Helena Marusarzówna i urodzona w Przyszowej Genowefa Kroczek. Silne jak halny, twarde jak skały. Pierwszą rozstrzelali hitlerowcy, drugą – UB kilka dni po zakończonej wojnie. Helena Marusarzówna, piękna, wysportowana góralka z Zakopanego, walczyła z Niemcami podobnie jak trzy jej siostry i dwóch braci. Przed wojną pozowała do zdjęć reklamowych strojów narciarskich, była modelką na stołecznym pokazie mody, dublerką tytułowej bohaterski w filmie „Halka”. Urody i klasy zazdrościły jej dziewczęta z Warszawy. Te sukcesy nie zawróciły młodej dziewczynie w głowie. Prawdziwą klasę, odwagę, dzielność i niezłomność pokazała przede wszystkim w czasie wojny. I dziś może być wzorem dla młodych. Wiele razy otarła się o śmierć. Długo wodziła Niemców za nos. Od początku 1940 roku musiała się ukrywać. W czasie swojej ostatniej akcji na granicy słowacko-węgierskiej wpadła w ręce słowackiej żandarmerii pracującej dla gestapo. Z Preszowa została przewieziona do Muszyny, potem do Nowego Sącza i Tarnowa. W maju 1940 roku na Helenę wydano wyrok śmieci. Niemcy rozstrzelali ją we wrześniu 1941 roku w Pogórskiej Woli. Miała zaledwie 23 lata. Z kolei Genowefa Kroczek w czasie wojny była szefem sanitarnym tzw. Zielonego Krzyża na cały powiat limanowski. Mając zaledwie 22 lata, założyła sieć konspiracyjnych szpitali, w których leczyła ludzi z tyfusu i czerwonki. Pomagała ratować życie i zdrowie partyzantom. Ponadto szkoliła dziesiątki sanitariuszek, które otrzymywały służbowe przydziały do poszczególnych plutonów Batalionów Chłopskich. „Walczyła bandażem i sercem” – pisze o niej Puścikowska. Genowefa Kroczek przyjęła pseudonim „Lotte” na cześć niemieckiej lekarki, która udzielając się charytatywnie, zginęła z rąk pacjenta szpitala psychiatrycznego. Jej los nasza Lotka (bo tak ją częściej nazywano) dramatycznie podzieliła. Zdradził ją jeden z byłych pacjentów. Na przełomie kwietnia i maja 1945 roku wpadła w ręce bezpieki. Potraktowano ją jak pospolitego przestępcę, prawdopodobnie torturowano. 9 maja 1945 roku, gdy sowieci świętowali zakończenie wojny, jej narzeczonemu udało się oswobodzić ją z aresztu PUBP. Kilka dni później podczas obławy została ranna, a następnie dobita strzałem w głowę przez Tadeusza Lecynia, dawnego towarzysza z oddziału „Bicza”, który przeszedł na stronę komunistów. Niezłomną sanitariuszkę z Przyszowej pochowano w skromnej mogile z brzozowym krzyżem na miejscowym cmentarzu. Dwa lata temu postawiono jej godny pomnik nagrobny ufundowany przez IPN.

Zosia od „Lamparta”

O każdej walecznej z gór mogłaby powstać oddzielna monografia. Po co? „Bo odkrycie tych niezwykłych biografii może być uzdrawiające i inspirujące. Może pomóc odważnie spojrzeć w przyszłość. Dać powód do prawdziwej dumy” – twierdzi Puścikowska. Chciałoby się dodać, że jesteśmy im winni tę pamięć. Przez wiele lat właśnie tacy jak one byli całkowicie zapomniani, kłamliwie oskarżani o zdradę, a przecież to dzięki nim żyjemy w wolnej Polsce. Takich kobiet jest o wiele więcej niż prezentuje A. Puścikowska. Niektóre żyją do dziś. Jak 99-letnia Zofia Wójciak z Ochotnicy Górnej. Jej szwagier działał w Armii Krajowej. I ona dała się wciągnąć do partyzantki. Została łączniczką w oddziale kpt. Juliana Zapały „Lamparta”. „Dziękować Bogu, że nas Niemcy nie pozabijali albo nie spalili... Trzeba się było pilnować na każdym kroku” – mówiła w jednym z wywiadów. Po wojnie nawet miejscowi wytykali jej ten partyzancki epizod. Wymyślali, że dorobiła się majątku, przejmując dolary z alianckich zrzutów. Dolara na oczy nie widziała, dopóki sama nie pojechała do Ameryki, by zaopiekować się chorym synem. Zmarł, mając 46 lat. Ta rana w sercu matki nie zagoi się nigdy. Po co dokładać kolejne?