• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Operacja Andrzej

    ks. Zbigniew Wielgosz

    |

    Gość Tarnowski 11/2013

    dodane 14.03.2013 00:00

    Misyjna mobilizacja młodych. Historia Andrzeja, który przyprowadza Szymona Piotra do Jezusa, lubi się powtarzać. Na szczęście. To znak, że taka ewangelizacja działa.

    Ruch Światło–Życie w diecezji tarnowskiej oraz Wydział Duszpasterstwa Dzieci i Młodzieży tarnowskiej kurii wydali 10 tys. ulotek, które zostały już rozdane w parafialnych grupach młodzieżowych. Na ulotce widnieje tajemnicza nazwa Operacja Andrzej. – To projekt opierający się na prostej zasadzie zastosowanej kiedyś przez Andrzeja Apostoła. Ma zmobilizować nas do modlitwy, zaprzyjaźnienia się, później zaproszenia i przyprowadzenia na konkretne wydarzenie ewangelizacyjne tych, których znamy i wiemy, że potrzebują Jezusa Chrystusa – wyjaśniają inicjatorzy operacji. W Ruchu Światło–Życie praktykowano ją już wcześniej, teraz pomysłodawcy akcji liczą na to, że w Roku Wiary młodzi przyprowadzą do Jezusa swoich rówieśników, zapraszając ich m.in. na świętowanie Niedzieli Palmowej i Światowego Dnia Młodych w Tarnowie razem z bp. Andrzejem Jeżem. Czy Operacja Andrzej się udaje? Oto kilka historii…

    Chłopcy z ferajny

    Osiedle Westerplatte w Tarnowie. Wśród bloków asfaltowa tafla boiska. Świeci słońce, cisza. Z ks. Pawłem Płatkiem przenoszę się w czasie. Jest 1992 rok. – Mieliśmy wtedy 16, 17 lat. Nasza grupa, Bartek, Albert, Grzesiek, Darek, Tomek i ja, Klaudia, Monika, Aśka i Iwona, chętnie spotykała się pod blokiem, wiodąc długie i ważne rozmowy, nieraz ku utrapieniu ludzi – opowiada ks. Paweł. Jego blok przyciągał młodych, a bliskość boiska sprawiała, że pod blokiem było gwarno. – Graliśmy w piłkę, mieliśmy też swoją siłownię, była również piwniczka ze stołem do tenisa, gdzie w niepogodę grało się w karty lub gadało o wszystkim. Do tego trenowaliśmy kickboxing. Szkoła wiązała nas z kolegami tylko na kilka godzin, wspólny blok, jak nam się wydawało, na całe życie – dodaje ks. Paweł. Do kościoła NSPJ nie było blisko, poza tym parafia liczyła wówczas 20 tys. ludzi, wielu z nich luźno było z nią związanych, bo dopiero co przyszli tu mieszkać, jeździli więc na Msze św. do swoich dawnych kościołów. Z kolędą księża przychodzili raz na kilka lat. – My nie byliśmy jednak daleko od Boga czy Kościoła, nie negowaliśmy religii w szkole, wiary – zastrzega ks. Paweł.

    Na początku był Adam

    Tego dnia, a było to w sierpniu, pachnącym szkołą jak starymi znoszonymi trampkami, po wyczerpującej grze w piłkę chłopcy siedli przed blokiem, jak to mieli w zwyczaju. Był wśród nich Adam, nienależący do ścisłej grupy, bo zdolny i dobrze się uczył. Takim za bardzo nie ufano. Zaczął opowiadać, że był na oazie Ruchu Światło–Życie. Słuchali go z rosnącym zaciekawieniem. – Mówił o swoich przeżyciach, o wspólnocie, modlitwie, zabawie, śpiewie, ludziach. Jakoś nas zapalił do tego, by zainteresować się Ruchem, wspólnotą pooazową, która istniała w naszej ówczesnej parafii NSPJ w Tarnowie. Zaczęliśmy chodzić na spotkania, choć na początku czuliśmy się nieswojo, ale coś nas trzymało. To był zupełnie inny świat niż ten pod blokiem, wyjątkowy, a poza tym weszliśmy do niego dobrowolnie. Plusem było nie tylko doświadczenie, jak nasi rówieśnicy wierzą, ale też że potrafią nawiązać przyjaźnie i dobrze spędzać czas – opowiada ks. Paweł. Dla niego i kolegów był to czas wyborów życiowych. Adam, który ich przyprowadził, służył jako lektor w tworzącej się parafii bł. Karoliny, wiec tam też zaczęli chodzić, być coraz bliżej Pana Boga, Kościoła. Impulsem było też dla młodych przyjście księży do nowej parafii, m.in. ks. Józefa Szczęśniaka, który po roku pracy wysłał na wakacyjną oazę 126 osób, najwięcej w diecezji. – Z tej grupy powstała wspólnota, w której byliśmy animatorami. W Ruchu, z całej naszej grupy, zostałem tylko ja, choć moi koledzy nie opuścili Pana Boga, wybierając własną ścieżkę – podkreśla ks. Paweł, dziś moderator diecezjalny Ruchu.

    Ciekawie, czyli pobożnie

    Ksiądz Paweł miał swojego „Andrzeja”. Podobnego zadania podjęła się dwa lata temu Anna Zapart z Marcinkowic. W podstawówce należała do grupy dziecięcej, a pierwszy raz pojechała na oazę do Czorsztyna w gimnazjum. I odtąd została już w Ruchu. Zresztą jej mama była w Ruchu animatorką. Działało więc promieniowanie rodzinne. Dziś także młodsi brat i siostra już są po pierwszej oazie. – Zaprosiłam raz na spotkanie Bartka i Joannę. Z początku mieli opory, że Ruch to tylko modlitwa. Ale potem się przekonali, znajdując swoje miejsce we wspólnocie, odkrywając, że można w niej ciekawie spędzać czas, że są inni młodzi, którym przyświeca jakiś jeden ważny cel, że przy całej jego powadze nie jest nudno, ale przeciwnie, ciekawie, wyjątkowo – mówi Anna. Bartek i Joanna są w Ruchu do dzisiaj. – Gdy szliśmy do bierzmowania, ksiądz proboszcz zachęcił nas do włączenia się w działanie którejś z grup młodzieżowych w parafii, że to powinna być nasza dodatkowa formacja duchowa. Młodzi mieli do wyboru nie tylko Ruch, ale też KSM, Szkolne Koło Caritas czy służbę liturgiczną – wspomina Anna. Nie oddzielają się jedni od drugich, wspólnie prowadząc nabożeństwa dla młodych, organizując spotkania integracyjne przy ognisku, zabawy. – Nie ukrywam w rozmowach z ludźmi, że droga do Boga w Ruchu jest trudna, a formacja duchowa wymagająca, choć jest to program dla każdego, nawet dla kogoś, kto od Boga się oddalił. Zawsze mówię, że dążąc do świętości, musimy podłączyć się do źródła duchowego zasilania, a jest nim Bóg – podkreśla Anna, która uczestniczy w kursie animatorskim i chce dalej służyć innym w Ruchu Światło–Życie.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół