• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Migawki z małej wioski

    Grzegorz Brożek

    |

    Gość Tarnowski 02/2017

    dodane 12.01.2017 00:00

    Piękne opowieści dla dzieci zaczynają się zwykle od słów: „za górami, za lasami”. „Zaborcze” znaczy „za lasem”.

    Pod wieloma względami jest tu już bajkowo. – Robiłem kiedyś inwentaryzację przyrody Zaborcza i jestem oczarowany jej różnorodnością. Są tu w miarę duże gospodarstwa – 100, 200 hektarów, ale jak się okazuje, nie przeszkadza to przyrodzie. Coraz więcej tu pasiek i pszczół. Poza tym zostały stare stawy, wielkie lipy, jesiony. Po prostu pięknie! – zapewnia Artur Święch z Zaborcza, zawodowo leśnik. Konia z rzędem temu, kto wie, gdzie leży Zaborcze.

    – Mieści się, jak sama nazwa wskazuje, za lasem. To kiedyś i dziś synonim zdrowej okolicy – dodaje. W dodatku miejscowi zauważają, że wieś leży po drodze, co prawda nie do Krakowa, Rzeszowa i Warszawy, ale Przecławia, Radomyśla i Mielca, co jednak także ma znaczenie. Z kościoła parafialnego w Kiełkowie do centrum wsi są ze 2 kilometry. W Zaborczu jest ponad 50 domów, ludzi – ponad 200. – Jesteśmy głęboko przekonani, że nie trzeba mieszkać w Nowym Jorku, żeby być światowcem. Zaborcze jest równie dobre. Jeśli nie lepsze, bo nasze – uważa Alina Lasota, prezes zawiązanego rok temu stowarzyszenia Razem dla Wsi Zaborcze. Sama przyjechała tu kilkanaście lat temu spod Rzeszowa. – W lecie, kiedy robiliśmy imprezę integracyjną, usłyszałam od miejscowych: „Przecież ty już jesteś nasza”. To było jak miód na moje serce – przyznaje prezeska. Także dlatego, że „naszość” w ludziach jest symptomem przywiązania do miejsca. Nasi ludzie to nie ci sami, którzy są skądś, czyli „z bylekąd”.

    Wspólne zdjęcie

    Kiedyś była to wioska „na wymarciu”. – Wydawało się, że pustoszeje, że zostali sami starzy ludzie, a młodzi gdzieś zniknęli – mówi ks. Marek Wójtowicz, proboszcz z Kiełkowa. A jak już zamknęli szkołę, to wydawało się, że to na pewno początek końca. – Po jakimś czasie okazało się, że pogłoski o końcu Zaborcza są przedwczesne – zauważa leśniczy. Nie wszyscy młodzi uciekają, niektórzy jednak zostają, budują na ojcowiźnie nowe, ładne domy. – Chcieliśmy też skrzyknąć ludzi z pasją, by zatroszczyć się o tę naszą wieś – mówi Lasota. Założyli więc stowarzyszenie. Mają kilka zorganizowanych dla wsi imprez. Wygrali w lecie konkurs dożynkowy i reprezentowali gminę na dożynkach powiatowych. Są zauważani w gminie i powiecie. W grudniu chodzili ze św. Mikołajem. Niektórzy dorośli mieli łzy w oczach. Nie dlatego, że poraził ich ogrom bogatych prezentów dla dzieci, ale że we wsi dało się odczuć silny powiew życia. Coś pozytywnego się dzieje. – To jest cel naszego działania, pomóc ludziom mocniej uwierzyć, że żyjemy na swoim, które jest wartościowe i piękne, także dlatego, że to nasze miejsce na ziemi. Chcemy pomóc ludziom, by silniej pokochali Zaborcze, które żyje, choć kiedyś wydawało się, że jego dni są policzone – mówi pani Alina. Integracja jest celem, a nie środkiem. Nie zamierzają budować lotniska, chcą tylko, żeby wspólnie żyło się im przyjaźnie i dobrze. Kto wie, czy to nie ważniejsze. Przed Nowym Rokiem zorganizowali wielkie kolędowanie przy ogromnym ognisku. Przyszło prawie 100 osób. Połowa wioski. Mimo zimna, ciemności, błota na bocznych dróżkach. Wspólnie śpiewali pieśni o Dziecinie, która narodziła się w Betlejem, by pokój dać światu.

    Niebo na ziemi

    – Ja podziwiam i cieszę się, że są, że działają, bo dziś jest taka tendencja, żeby się „zabunkrować”, ogrodzić, nie wychylać nosa z domu, troszczyć się tylko o własne sprawy – przyznaje ks. Marek Wojtowicz. Sam w dzień zaborskiego kolędowania zawiesił wizyty duszpasterskie, żeby być z ludźmi w Zaborczu tego wieczora. Aktywność w małych środowiskach, fakt, że są ludzie, którzy chcą coś zrobić, i potrafią pociągnąć innych, którzy porzucają kapcie, kanapę i pilota do telewizora, wpływa silnie na jakość wspólnoty parafialnej. Łatwiej wówczas zrobić coś wspólnie na większą, parafialną skalę. Wtedy nie jest to dzieło grupy, ale całej wspólnoty. W kiełkowskiej parafii mają jakiś urodzaj w tym względzie. W styczniu na przykład w parafii jasełka przygotowują „Kiełkowianie”. Dzieci, młodzież, dorośli. Chce się im wyjść, coś wspólnie zrobić pod wodzą jednej z emerytowanych nauczycielek. W niewielkiej parafii, małych wioskach, leżących mimo wszystko „daleko od szosy”, nie brakuje ludzi z pasją. Coraz więcej jest też szczerości serca we wzajemnych relacjach, więc ludzie nie boją się, że ktoś się ośmieszy czy zostanie źle oceniony. Choć to też może się zdarzyć. – Ja jestem może idealistą, ale jestem bardzo za tym, żebyśmy – na naszą miarę – tworzyli razem, jeden z drugim, wszyscy ze sobą, niebo na ziemi, a nie żyli w enklawach, osobistych czy rodzinnych, nie zauważając siebie – przyznaje ks. Marek. Kiełków z Zaborczem to oddzielne wioski, ale stanowią jedną parafię. „Zaborcze” oznacza „za borem”, czyli za lasem. Bajkowych gór zaczynających bajki tu nie ma. Ale drogę do „żyli długo i szczęśliwie” widać.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół