• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Parafialne łóżko dla chorego

    Beata Malec-Suwara

    |

    Gość Tarnowski 06/2017

    dodane 09.02.2017 00:00

    Pierwsze dwa kupili pięć lat temu gimnazjaliści ze Szkolnego Koła Caritas. Dziś jest ich już kilkanaście, do tego materace, balkoniki, chodziki, wózki czy kule.

    Wszystko zaczyna się tutaj – opowiada ks. dr Stanisław Kuboń, proboszcz Łużnej, wskazując na prezbiterium. Pokazuje malowidło ścienne Macieja Makarewicza. Ten profesor ASP w Krakowie w latach pięćdziesiątych minionego wieku idealnie zinterpretował i połączył naukę Jezusa o miłosierdziu ze św. Marcinem, patronem parafii, który – jak głosi legenda – okrył kawałkiem swego płaszcza biedaka spotkanego przy drodze.

    – Nasz oddział Caritas, nawiązując do patrona kościoła, pomaga biednym w ten sposób, że oferuje chorym z naszej parafii wypożyczenie sprzętu medycznego – mówi ks. Kuboń. Pierwsze dwa łóżka kupiono z pieniędzy, jakie na ten cel przekazali gimnazjaliści ze Szkolnego Koła Caritas. Kilka razy do roku przeprowadzają w parafii różnego rodzaju akcje. Sprzedając samodzielnie wykonane stroiki świąteczne, palmy, znicze czy paczuszki z kredą i kadzidłem na Trzech Króli, co roku zbierają kilka tysięcy złotych. – Jakieś pięć lat temu przekazali 4 tys. zł na zakup dwóch pierwszych łóżek, na które chorzy już czekali – wyjaśnia proboszcz Łużnej. Potem sprzęt dokupywano ze środków parafialnych, ale i ofiar, jakie ludzie składali specjalnie na ten cel. Byli i tacy, którzy przekazali wózek, kule czy balkonik, którego już nie potrzebowali. Dziś parafialna wypożyczalnia sprzętu prowadzona przez miejscowy oddział Caritas dysponuje kilkunastoma łóżkami trzy- i pięciofunkcyjnymi, kilkudziesięcioma materacami antyodleżynowymi i piankowymi, są też kule, kilkanaście chodzików i balkoników, kilka wózków, krzesła-toalety na kółkach i stacjonarne oraz krzesełka do łazienki. – Zamówiliśmy także dwa specjalne podnośniki służące do transportu chorych, którzy nawet nie mogą dostać się do łazienki – tłumaczy ks. Kuboń. – Poza tym przydałyby się nam jeszcze koncentratory tlenu. Proboszcz zauważa, jak bardzo to dzieło otworzyło ludzkie serca na potrzeby innych. Co jakiś czas ktoś ofiaruje pieniądze na ten cel. Wierni mogą także przekazać jeden procent podatku na Caritas z dopiskiem „Parafia św. Marcina w Łużnej”, i robią to. – Barierą w zakupie kolejnych sprzętów był nie tyle brak środków, co fakt, że nie było go gdzie magazynować. Balkoniki, materace czy chodziki nie stanowiły problemu, ale łóżka, z których każde waży ponad 100 kg, już tak – zauważa ks. Kuboń. Kiedy, zamykając Rok Miłosierdzia, papież Franciszek zachęcał do tworzenia trwałych pomników miłosierdzia, parafia stwierdziła, że takim właśnie będzie budowa domu, w którym można będzie sprzęt przechować. Wygląda jak garaż, został tak zaprojektowany, by można było bez problemu wjechać do niego łóżkiem. W tamtym roku zakończono budowę. Wykończenie i poświęcenie budynku-pomnika planowane jest na Niedzielę Miłosierdzia. – Dopóki człowiek nie widzi chorego i tego, jak wygląda opieka nad nim, wydaje mu się, że rodziny jakoś sobie z tym radzą. Zakup balonika czy chodzika nie jest aż takim wydatkiem, ale specjalnego łóżka, które kosztuje nawet 2 tys. zł, już tak – mówi proboszcz z Łużnej. – Oczywiście takie wypożyczalnie sprzętu są nawet tu, niedaleko, w Gorlicach, ale w praktyce wygląda to tak, że trzeba za to płacić, a i nieraz czekać. My w miarę możliwości dokupujemy potrzebny sprzęt – dodaje. – Razem się modlimy i razem jesteśmy w kościele. Do tych, którzy nie mogą już do niego przyjść, idzie Kościół poprzez kapłana przy okazji pierwszych piątków miesiąca, szafarza z coniedzielną Komunią św. czy wszelkiego rodzaju pomocą, na ile tylko jest ona możliwa – zauważa proboszcz. Na jednym z parafialnych łóżek leży trzydziestoletnia Kasia. Choroba dopadła ją w Austrii, gdzie sezonowo dorabiała. Tam 9 lutego 2014 roku doznała wylewu tętniaka do mózgu. Do listopada ubiegłego roku czas spędziła w tamtejszych szpitalach, gdzie próbowano jej pomóc. Dziś opiekują się nią mama i babcia. Obie po dwóch operacjach bioder. – Wszystkie jesteśmy kaleki, mieszkamy we trzy, ja, córka i wnuczka, i każda z nas bez zdrowia – mówi Anna Ćwiklik. Opieka nad dziewczyną bez specjalnego łóżka byłaby wręcz niemożliwa. Z trudem się porusza, każde ćwiczenie sprawia jej ból. Właściwie oprócz niego niewiele do niej dociera. – Ten dom miał być dla niej. Dziś nawet chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że w nim jest – rozpacza babcia, przeżywając tragedię wnuczki.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół