Nowy numer 48/2020 Archiwum

Opieka Naczelnego Dowódcy

Kiedy miał służbę, lubił patrzeć na niebo. W dzień widział śmigłowce i samoloty. W nocy, gdy pięknie jaśniały gwiazdy, modlił się mimo trwającej wojny.

Gdy po skończeniu Zespołu Szkół Ogrodniczo-Rolniczych w Tarnowie Edmund Solak, pochodzący z Biadolin Radłowskich, rozpoczął naukę w bocheńskim Medycznym Studium Zawodowym, nikt się chyba nie spodziewał się, że będzie ratował nie tylko żołnierzy polskich i koalicjantów, ale również Afgańczyków. Zanim wysłano go na misję, pracował w Polsce jako pielęgniarz w szpitalach państwowych, a następnie w warszawskim Ambulatorium Jednostki Wojskowej. Dziś jest już w rezerwie wojskowej i pracuje w opiece długoterminowej. 


Pokój z Talibami


Do Afganistanu po raz pierwszy wyjechał w 2008 roku i głównym jego zajęciem była pomoc medyczna dla żołnierzy oraz miejscowej ludności. Kolejny raz poleciał tam dwa temu. Jego miejscem pracy była prowincja Ghazni, gdzie był pielęgniarzem w bazie i członkiem załogi Medevac, latającej medycznym śmigłowcem. – W połowie lipca zaczęły się żniwa, jak u nas. Pamiętam, jak miejscowa ludność, za pośrednictwem starszyzny, doszła do nieformalnego „porozumienia” z talibami dotyczącego zawieszenia w tym czasie działań zbrojnych, aby zebrać zboże. Mimo pozornego pokoju i tak lataliśmy ratować ludzi, bo samochody wjeżdżały na miny wcześniej zastawione przez talibów. Z kolei w sierpniu był Ramadan, muzułmański post. W tym czasie również było mało wylotów. Za to od września wszystko wróciło do normy, czyli kilka wylotów w ciągu dnia – wspomina. Zbliżał się 11 września, czekano, co przygotują talibowie na ten dzień. – 10 września w górach zdetonowali samochód – tzw. gruszkę, w której było 9 ton trotylu. Ładunek eksplodował koło betonowej osłony. Fala uderzeniowa przeszła przez bazę, powodując liczne urazy od spadających przedmiotów. Poszkodowanych zostało około 100 osób, dwie zmarły. Do pomocy zostały zaangażowane wszystkie śmigłowce medyczne w okolicy – opowiada. Podczas pobytu na misji poproszono go o przebadanie grupy Afgańczyków. – Zauważyłem u nich blizny na ciele. Okazało się, że w młodości, kiedy podczas choroby pojawiły się u nich jakieś zmiany skórne, przypalano je rozżarzonym prętem. Badałem też mężczyznę, który nie miał pępka. Gdy miał około 10 lat, bolał go brzuch i aby ból uśmierzyć, przypalono mu pępek.  

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama