Nowy numer 48/2020 Archiwum

Dzieci Jozuego

Dzień Świętości Życia. Z Wiesławem Prostko, nauczycielem z Łącka, działaczem Fundacji „Pro – Prawo do życia”, rozmawia Grzegorz Brożek.

Grzegorz Brożek: Ilu aborcji w ciągu roku dokonuje się na terenie naszej diecezji?

Wiesław Prostko: Według danych z 2012 roku w Małopolsce zabito 51 dzieci. Z czego 47 ze względu na wykrycie bądź podejrzenie choroby lub wady genetycznej, czyli z tzw. przesłanki eugenicznej. Nie było legalnych aborcji z powodu ciąży wynikającej z czynu zabronionego. Cztery przerwania ciąży wykonano z uwagi na zagrożenie życia matki. Na Podkarpaciu liczby są mniejsze, ale proporcje podobne. W Małopolsce większość tych czynów pewnie przypadnie na Kraków, ale nie mam złudzeń, aborcje dokonuje się w zasadzie wszędzie. Także u nas.

Jakieś przykłady?

W ubiegłym roku mieliśmy sytuację, że do jednego z lokalnych szpitali przyjęto kobietę z dzieckiem z chorobą genetyczną i skierowaniem na aborcję. Kobietę w czwartek przyjął ordynator i podłączył leki na wywołanie porodu, czyli aborcji. W piątek przejął dyżur inny lekarz, który po obejrzeniu dokumentacji od razu odłączył aparaturę, bo według niego nie było żadnych przesłanek do aborcji. Kiedy ordynator dowiedział się o tym, przyszedł w sobotę i „dokończył dzieła”. Nam się tylko wydaje, że u nas nie zabija się dzieci. Ale tak nie jest, to się robi, ale ciszej.

Co Pan ma na myśli?

U nas nikt się aborcją nie chwali. Wysyłamy pisma, prośby do dyrektorów szpitali o informację, czy w szpitalach dokonywane są zabiegi aborcji. Niepokoi mnie, jeśli dostaję odpowiedź: „w szpitalu wszystkie przepisy prawa są respektowane”. Bo to znaczy, że dyrektor nie chce wprost odpowiedzieć na pytanie. Taką odpowiedź w 2012 r. odebrałem od dyrektora szpitala w Nowym Sączu. Szpitale lokalne mają świadomość, że informacja o tym, że zabijają dzieci, nie wpłynie dobrze na ich opinię w środowisku lokalnym.

A jak wyglądają w tym względzie inne szpitale w regionie?

Poza tarnowskim szpitalem im. Szczeklika żadna z lecznic na terenie diecezji nie odpowiedziała wprost, że dokonywana jest w niej aborcja. Dyrektor z Limanowej wykręcał się od odpowiedzi, ale w końcu napisał, że w jego placówce w ogóle nie dokonuje się aborcji. Przyjmujemy jego zdanie, choć mamy też informacje trochę odbiegające od tej deklaracji. Z Krynicy-Zdroju nie dostałem żadnej odpowiedzi. Jeżeli chodzi o nieoficjalne sygnały, to wiem o co najmniej dwóch placówkach w diecezji, które dokonują aborcji.

Po co wam takie informacje? Po co drastyczne wystawy, pikiety, głośne polemiki?

Jest taka scena w Biblii, kiedy Izrael wyszedł z Egiptu, a na pustyni napadli go Amalekici. Bóg nakazuje Mojżeszowi iść na górę, Aaron i Hur idą za nim, a żołnierze pod dowództwem Jozuego idą walczyć. To piękny obraz, który pokazuje, że od Boga zależy wszystko. Ale oczekuje On dwojakiej reakcji człowieka – modlitwy i działania. Wzniesione ręce Mojżesza to modlitwa, np. adoracja, duchowe dzieło adopcji dziecka poczętego. Ale na dole jest Jozue, który bije się o sprawę. Bitwa musi mieć te trzy płaszczyzny. Może porównanie jest przerysowane, ale Fundacja „Pro – Prawo do życia” specjalizuje się w działaniach bezpośrednich, w walce o zmianę świadomości społecznej ludzi, którzy nie są przekonani. Stąd np. pikiety czy stawiane w publicznych miejscach wielkowymiarowe plakaty pokazujące aborcję. One mają poruszyć sumienia. Kiedy pytają nas: „dlaczego takie okrutne zdjęcia pokazujecie?”, mówimy, że to nie zdjęcia, ale prawda jest okrutna.

Gdzie na terenie diecezji wystawa już była?

W ciągu paru lat odwiedziła większe ośrodki. Stała już w Dębicy, Mielcu, Tarnowie, Nowym Sączu, Starym Sączu, a także w moim Łącku. W najbliższym czasie znów chcemy ją eksponować. Moim pierwszym celem jest Nowy Sącz. Wysłałem pismo do prezydenta z prośbą o zgodę na jej postawienie na sądeckim rynku. Ciekaw jestem odpowiedzi, choć parę lat temu nie było z tym żadnego kłopotu.

Nie łatwiej byłoby postawić ją przy kościele?

Najlepiej, jeśli wystawa nie stoi na terenie przykościelnym, bo wtedy nie wchodzimy w schemat „księża zajmują się aborcją”. To byłaby woda na młyn antyklerykałów czy ludzi antykościelnych. Tymczasem ja nie jestem księdzem, pan także. Dla mnie prawda o aborcji nie jest sprawą mojego katolicyzmu, mojej wiary, ale przede wszystkim mojej postawy jako człowieka i obywatela. Uważam, że każdy ma prawo do życia i nie powinno być prawa tak okrutnego, że życia pozbawia się dziecko wtedy, gdy lekarz uzna, że jest jedynie podejrzenie choroby, wady genetycznej.

Jakiej? Bo medycyna zna różne wady genetyczne.

Kiedyś od posła Czerwińskiego z Nowego Sącza usłyszałem, że „u nas w klubie mówi się, że dzieci z zespołem Downa nie podlegają rygorom tej ustawy”. Ręce opadają. To są rzeczy zbyt poważne, żeby stanowiąc prawo, opierać się na zasadzie: „mówi się u nas”. W prawie mamy obecnie sytuację, że nie ma zamkniętego katalogu chorób. Każda wada lub tylko jej podejrzenie może być podstawą aborcji. Znamy wiele relacji o błędnej diagnozie lekarzy i urodzeniu się zdrowych dzieci.

Jesteście znani też z organizowania raczej mało liczebnych pikiet…

Te ostatnie m.in. dotyczyły głosowania posłów nad nowelizacją ustawy antyaborcyjnej. Na rynku sądeckim pikietowaliśmy posłów Czerwińskiego i Cyconia. Pierwszy w czasie ostatnich głosowań od razu był na „nie” w sprawie zaostrzenia zapisów ustawy. Drugi na 18 sekund „zniknął” z sali, wyciągnął kartę do głosowania. Takie zachowanie posłów jest żenujące, zwłaszcza wtedy, gdy ubiegają się o głos środowisk katolickich. To samo dotyczy poseł Urszuli Augustyn z Tarnowa, która przedstawia się jako dziennikarka katolicka, powołuje się na swoją pracę w Konferencji Episkopatu Polski. Jej przypadek jest szczególnie smutny. Napisałem do niej, aby zechciała publicznie porozmawiać na temat obrony życia. Nie odpowiedziała. Moim zdaniem jeżeli ktoś przedstawia się jako katolik, to musi respektować pewne zasady. Dokumenty kościelne (np. Evangelium vitae, pkt. 73) wyraźnie mówią, jak katolik powinien wtedy się zachować. Musi dążyć do pełnej ochrony praw dziecka, a jeśli to niemożliwe, robić wszystko, aby poprawić stan obecny. Moralnym obowiązkiem polityka katolika w sytuacji, kiedy jest możliwość poprawienia prawa, jest głosowanie „za”.

Czy macie duże wsparcie ludzi w diecezji? Walczycie o słuszną sprawę w końcu w środowisku dość jednoznacznie katolickim, tradycyjnym, konserwatywnym.

Spotykamy wiele wspaniałych osób podejmujących w różny sposób działania chroniące życie dzieci. Bardzo to sobie cenimy. Kiedy zbieraliśmy podpisy pod projektem ustawy o ochronie życia, w naszej diecezji zebraliśmy najwięcej w kraju – 75 tys. Ale widzimy też paradoks. Zbierający podpisy czasem słyszeli od wychodzących z Mszy św., że oni tego nie podpiszą. Albo że to nic nie da. Cóż, nasza religijność bywa niestety czasami naskórkowa, bezrefleksyjna.

A argument, że bez sensu jest zbieranie podpisów, skoro nie mamy szans zmienić prawa, jak Pan skomentuje?

Po pierwsze trzeba próbować. Nie możemy nic nie robić. Po drugie chodzi też o to, co dzieje się „po drodze”, ilu ludzi dowiaduje się, uświadamia sobie problem. Jak wspomniałem, staramy się walczyć o zmianę świadomości społecznej, o rozumienie, że aborcja to zabijanie. Ta zmiana jest początkiem wszystkiego. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama