Nowy numer 48/2020 Archiwum

Perły ze Szczawnicy

(Nie)pełnosprawni. Warsztaty Terapii Zajęciowej u stóp Pienin świętowały 
10-lecie istnienia. Za sprawą uczestników mają znacznie dłuższą i bogatszą historię.


Perły powstają wewnątrz specjalnego gatunku małż. Najczęściej jako reakcja na ciało obce, na przykład ziarenko piasku, które dostało się do środka muszli. Po kilku latach ziarenko zostaje otoczone masą perłową i staje się drogocenne. Mówi się, że powstawanie perły wiąże się z cierpieniem. 
Dom, w którym mieszczą się Warsztaty Terapii Zajęciowej w Szczawnicy, nosi nazwę „Perła”. To stara willa wybudowana w zdrojowym stylu. Czy to przypadek, że właśnie tutaj ludzie dotknięci niepełnosprawnością odkrywają swoje talenty, spełniają się przez pracę mającą nieraz artystyczną wartość? – Każdy z uczestników WTZ ma swoją historię, w której nie brakuje cierpienia, ale i radości – mówi kierownik Wiesława Sajdak-Tokarczyk.


Liwiusz 


Ma 53 lata. Nie mówi. Na początku wydawał się zdrowym dzieckiem, jak inne. Choroba dała o sobie znać później. Bywało, że chłopcy rzucali za nim kamieniami. Ma w swojej historii nawet porwanie, ale udało się go uratować i uwolnić. Po jednej z operacji zachorował na raka. Szczęśliwie wyzdrowiał.

– Liwiusz jest uczestnikiem WTZ od początku. Jest dzieckiem wspaniałym, nie zamieniłabym go nawet na dwoje zdrowych dzieci. Jest bardzo uczuciowy, czysty duchowo, porządny, nie mam z nim problemów, wszystko jest u niego poukładane. A był bardzo chory, miał nowotwór. Było z nim już bardzo źle, ale wymodliliśmy zdrowie dla niego. Jest wesoły, chętnie uczestniczy w warsztatach. Najbardziej lubi wykonywać miski z gliny i rysować – mówi Teresa Knap, mama Liwiusza.


Szymon


Był zdrowym, młodym mężczyzną. Odbył służbę wojskową i po niej zaczął pracować. Poznał dziewczynę. 25 stycznia 2009 roku poszedł z nią na koncert. Stanął podczas niego w obronie swojej dziewczyny i został dotkliwie pobity, niemal zamordowany. Jeden ze sprawców kopnął go w tył głowy i zmiażdżył mu przysadkę mózgową odpowiedzialną za pamięć długotrwałą. Ktoś inny przydusił go tak skutecznie, że chłopak stracił przytomność. – Udusili mi syna. Szczęście, że na miejscu był ratownik GOPR, który zaczął go reanimować. Karetka przyjechała dopiero po godzinie. W tym czasie Szymon zapadł w śpiączkę – opowiada mama Krystyna Wójcik. Niedotlenienie mózgu, jego uszkodzenia spowodowały kalectwo. Szymon nie chodził, nie widział i nie mówił, nie mógł też sam jeść. – Zaczęłam go rehabilitować sama, bo lekarze uznali, że nie warto się zajmować taką rośliną. Ważył 30 kg, jak mi go przywieziono na noszach do domu. Przyjęto go na pierwszą rehabilitację, kiedy udało mi się go posadzić na łóżku. Masowałam go sama, ucząc się z książki. Przywróciłam mu sprawność fizjologiczną. Przez rok nie widział, ale powoli wszystko mu wracało. Karmiłam go jak ptaszka, w końcu zaczął jeść, a mówić zaczął, wymawiając słowa modlitwy „Zdrowaś, Maryjo…”. Warsztaty dały mu to, że zaczyna sobie radzić, że jest cudownie na tle tego, co było – dodaje pani Krystyna.


Krzyś i Marysia


Chłopiec urodził się z porażeniem mózgowym, u jego siostry powstały cysty w mózgu. Oboje wyleżeli się i wycierpieli w wielu szpitalach Małopolski. – O Marysi powiedzieli mi, że nic się nie da zrobić – zwierza się mama Anna Krężel. Jej rodzice, jak wspomina, dali jej tyle miłości, że potrafiła wraz z całą już swoją rodziną udźwignąć ciężar wychowania dwójki niepełnosprawnych dzieci. – Spotkałam też mnóstwo dobrych osób, takich chociażby jak pracownicy WTZ, którzy wciąż odnawiali we mnie siły – podkreśla pani Anna. I Krzysiu, i Marysia korzystają z warsztatów. To była i jest dla nich kontynuacja szkoły życia z Nowego Targu. – Marysia otworzyła się na świat, z Krzysiem nauczyli się samodzielności. Tutaj mają przyjaciół – cieszy się mama. 


Drugi dom


Dla Wiesławy Sajdak-Tokarczyk WTZ „Perła” to drugi dom. – Chcę, żeby tak samo postrzegali go podopieczni. Dlatego razem spożywamy posiłki, świętujemy rodzinne uroczystości. Moim pragnieniem jest, by każdy z nich wychodził stąd bogatszy – mówi kierowniczka. Tutaj realizuje się ich dalsze, dorosłe życie. Warsztaty kontynuują ich edukację. Na przykład w kwestii podpisu, bo muszą codziennie podpisywać listę obecności. Biorą udział w różnego rodzaju przedstawieniach teatralnych, w konkursach plastycznych, poetyckich, ale i patriotycznych, żeby czuli, że są Polakami. Startują w zawodach sportowych w różnych konkurencjach. I zimą, i latem. Zajęcia odbywają się w pięciu pracowniach warsztatowych: rękodzieła artystycznego, gdzie powstają kartki świąteczne, obrazy na szkle. Jest pracownia haftu i szycia. Kolejna to pracownia stolarska. – Tam spełniają się nasi mężczyźni, którzy bardzo lubią dłubać w drewnie, przycinać różne elementy, oprawiać obrazy – opowiada pani Wiesława. Jest także pracownia gospodarstwa domowego, w której uczy się, jak radzić sobie w domu, od przygotowania podstawowych potraw do przyrządzenia nawet przyjęcia. W pracowni ceramicznej powstają różne ozdoby stołów, prawdziwe arcydzieła sztuki. 


Haft dla papieża


Uczestnikom nie brakuje chęci, by poznawać siebie i swoje talenty podczas zajęć warsztatowych. Iwona Jabłońska nauczyła się haftować, a jedna z jej prac „Matka Boska Częstochowska” wykonana haftem łańcuszkowym została ofiarowana Janowi Pawłowi II podczas specjalnej audiencji, której papież udzielił w 2002 roku uczestnikom europejskiej sztafety do Rzymu. – Mam tylko jedną rękę sprawną, dlatego nie mogę na przykład haftować krzyżykiem, ale za to łańcuszkiem lub wodnym ściegiem już tak. Czas wykonania jest różny, zależy, co się haftuje – opowiada Iwona. Jola Pytel oprócz haftowania lubi zajęcia w kuchni. – Zależy mi, żeby Jola działała, pracowała razem z innymi, żeby czuła tę przyjazną atmosferę. Córka ma bardzo dużo zainteresowań, chętnie i bardzo ładnie haftuje. Lubi zajęcia w kuchni, układa z ogromną cierpliwością puzzle. Pilnuje też rehabilitacji. I co ważne, nie stoi w miejscu. Cieszy mnie każdy jej krok do przodu, to, że włącza się do prac w domu, że pyta o nie i opowiada o tym, czego się nauczyła na warsztatach – mówi mama Joli, Antonina. 


Więcej takich!


„Perła” to także zespół terapeutów, którzy są na co dzień z niepełnosprawnymi. Podczas gali z okazji 10-lecia WTZ wielu podopiecznych witało się z Marcinem Pawłowskim, który od ponad 10 lat jest kierowcą dowożącym na warsztaty, a przez trzy lata pracował jako terapeuta w pracowni stolarskiej. – Praca z nimi jest specyficzna, to są osoby bardzo wrażliwe emocjonalnie, szczere, ciekawe wszystkiego, chętne do pracy. Mają dobre i gorsze dni, każdy ma swoje indywidualne stany psychiczne. Jestem z nimi związany, zwłaszcza ze starszymi – mówi pan Paweł. – Warsztaty sprawiają, że moja córka Ania czuje się potrzebna, ma motywację, żeby rano wstać, ubrać się, popatrzeć przez okno, czy nadjeżdża bus. Żyje tym ośrodkiem. Jak przyjeżdża do domu, to opowiada, co się wydarzyło, a ciągle się tutaj coś dzieje. Takich ośrodków powinno być więcej, żeby dzieci takie jak Ania wychodziły z domów, żeby rodzice nie bali się z nimi pokazać publicznie, choć już widzę, że to się zmienia na plus, że rodzice nie wstydzą się niepełnosprawności swych dzieci – podsumowuje Krystyna Babiak, mama Ani.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama