Nowy numer 25/2018 Archiwum

Koniec Polski

650-lecie Gawłowa. Porzekadło, że każdy jest kowalem swojego losu, jest dość banalne, ale dzieje tej podbocheńskiej wsi i parafii pokazują, że nie bezosobowe fatum, a człowiek kształtuje swój los. Jeśli chce. Gawłowianie chcieli.

Znanym z historii pierwszym, który zechciał zabiegać o swoje, był Leonard z Gawłowa. Był rok 1365. – Był właścicielem dóbr gawłowskich, któremu nie podobało się, że podrządca niepołomickich dóbr królewskich ciągle wchodzi mu w granicę – opowiada Małgorzata Kozłowska, historyk, dyrektor Zespołu Szkół w Gawłowie. Nie bał się upomnieć o swoje i poskarżył się na to królowi. – Dobra gawłowskie graniczyły wówczas z Puszczą – dodaje M. Kozłowska. Chwilę Leonard czekał, ale za to na „inspekcję” z całym orszakiem przyjechał sam miłościwie panujący Kazimierz Wielki i osobiście wyznaczał nieprzekraczalną granicę dóbr, każąc sypać kopce z kamieni. – Osobista interwencja króla na miejscu nie była wówczas powszechną praktyką – podkreśla dyrektor Kozłowska. W zadośćuczynieniu za wcześniejsze szkody Gawłów zyskał prawo magdeburskie i immunitet sądowy, co sprzyjało jego rozwojowi.

Pół godziny do Krakowa

Nie bez znaczenia w minionych wiekach było korzystne położenie Gawłowa. Przez wieś wiódł szlak solny z żup bocheńskich do Uścia Solnego, skąd sól spławiano już Wisłą. – Zapiski przypominają, że droga tędy była fatalna, wyboje, dziury, ale jeździli i niewykluczone, że gubili po drodze trochę tej soli, bo nazwa miejscowości Słomka, tuż przed Gawłowem, wzięła nazwę nie od słomy, ale od tego, że „coś jest słone” – podpowiada Małgorzata Kozłowska. Potrafili się jednak miejscowi odwdzięczyć. – Panie, tu przed wojną jeszcze to cały teren od Gawłowa po Ostrów Szlachecki to były stawy. Nic tylko woda i woda – przypomina 90-latka Anna Piekarz. Dziś już stawów nie ma. Wysoką wodą straszy czasami tylko Raba. – Przez wieki z Gawłowa na stoły mieszkańców Bochni trafiało najwięcej ryb słodkowodnych – tłumaczą historycy. Dziś? Dobre położenie, nieco ponad 2 km od autostrady ma swoje zalety. – Blisko do Bochni. Do Krakowa można dostać się w pół godziny. To ma znaczenie dla ludzi, którzy za pracą tam właśnie się udają – mówi ks. Jerzy Tokarz, proboszcz parafii Gawłów.

Dobry Niemiec

Kiedyś, szukając lepszego życia, w te strony przyjechali koloniści niemieccy, osiedleni w ramach kolonizacji józefińskiej. – Ci, którzy przybyli do naszej wsi, utworzyli Nowy Gawłów, w odróżnieniu od polskiego, zwanego Starym Gawłowem – tłumaczy Małgorzata Kozłowska. Dla wszystkich osadników bocheńskiego rejonu w Nowym Gawłowie wybudowano zbór ewangelicki. Szkołę pobudowano w Majkowicach. Do tego zboru koloniści przyjeżdżali z Krzeczowa, Vogtsdorfu (części Bochni), osady Trynitatis, Majkowic, Bogucic. – Asymilowali się szybko z miejscową ludnością. Różnice narodowościowe zanikały, zostawały raczej wyznaniowe – opowiada Kozłowska. Już w 1900 roku nie było kolonistów zbyt wielu, bo w Gawłowie Nowym mieszkało 121 katolików, 12 Żydów i 34 ewangelików. W Starym 397 katolików, 11 Żydów i 17 ewangelików, 3 Niemców. – Ludzie miejscowi potrafili do siebie przekonać przybyszów. Niemcy zaś okazali się dobrymi ludźmi – mówi Anna Piekarz. Świadkiem przykład pastora Grubera, który w czasie okupacji niemieckiej po kryjomu pomagał mieszkańcom Bochni. – Znakiem tamtej kolonizacyjnej przeszłości są funkcjonujące do dziś w Gawłowie nazwy rejonów: „koniec polski” i „koniec niemiecki” – dodaje ks. Tokarz.

Strzelać się nie godzi

No i znak najważniejszy: kościół parafialny. – To jest dawny zbór ewangelicki. Tyle że kilka lat temu, kiedy otrzymaliśmy konieczne pozwolenia, został rozbudowany i do drewnianej konstrukcji zboru dostawiliśmy murowaną nawę i zakrystię – objaśnia Jarosław Gut z rady parafialnej. Z punktu widzenia historycznego nie jest to najszczęśliwsze rozwiązanie. – Jednak przeważyły względy praktyczne, konieczność. Co ciekawe, tak głęboka ingerencja nie zniszczyła tego, co istotne. Sakralne wnętrze zachowało modlitewną atmosferę, klimat – zapewnia ks. Jerzy. Niewiele brakowało, a świątynia poszłaby z dymem. – To był rok 1945. Jadę na rowerze do Krzyżanowic do dziadków na cmentarz. A tu taka nasza partyzantka strzela do kościoła. Co wy robicie? Do kościoła strzelacie? „Przecież to jest niemieckie” – odpowiedzieli mi. Ale to miejsce tak samo święte jak nasze, powiedziałam im – opowiada Anna Piekarz. Zwróciła się do Władka Sionki, Józka Rataja, Ogińskiego i wspólnie jeździli do Krakowa, żeby kościół przyznali gawłowianom, a później wędrowali do księdza dziekana do Rzezawy, by przysłali kapłana. Udało się załatwić wszystko, co chcieli. Dziś parafia przeżywa 70-lecie istnienia.

Dwa płuca

Ale gawłowska parafia to nie tylko Gawłów. – Do parafii należą jeszcze Ostrów Szlachecki i Ostrów Królewski. W sumie mamy 1256 wiernych. I większość zamieszkuje właśnie obydwa Ostrowy – przyznaje ks. J. Tokarz. W Ostrowie Szlacheckim mieszka Anita Stasik. – Mamy wybudowany w latach 80. XX wieku kościół, większy trochę niż w Gawłowie, mamy własny cmentarz. W zasadzie to jest trochę odrębna społeczność – przyznaje. Małgorzata Pagacz, gawłowianka pracująca w Ostrowie Szlacheckim, mówi, że dawno temu mówiło się o tym, że istnieje między wsiami konflikt, napięcie, rywalizacja. – Dziś żadnego nie widzę. Nie mamy z tym problemu po żadnej stronie – uśmiecha się pani Małgosia. Ale kiedy było nawiedzenie obrazu Jezusa Miłosiernego, jeden dzień obraz był w Gawłowie, na drugi musiał być w Ostrowie. – Ja to widzę tak, że parafia ma jakby dwa płuca, którymi oddycha – tłumaczy ks. proboszcz Tokarz. Choć trzeba przyznać, że kiedyś wiele wskazywało na to, że w Ostrowie powstanie parafia. Dawniej w pałacu Rostworowskich funkcjonowała kaplica, do której ludzie chodzili. Hrabiowie podarowali szmat pola jezuitom, którzy też mieli nadzieję, że zajmą się na miejscu duszpasterstwem. Poukładało się inaczej. Dychotomia to dziś raczej siła, a nie słabość parafii.

Siła jest w jakości

Na Andrzeja Bobolę w parafii odbywa się właśnie festyn. Konkurs fantowy cieszy się takim powodzeniem, że kolejka do niego stoi jak za komuny przed Bożym Narodzeniem po kubańskie pomarańcze. – Festyny mamy od 5 lat. Ludzie sami to wymyślili i organizują – przyznaje ks. Jerzy. Co roku dochód zasila parafialny cel. – Przez lata to były sprawy z rozbudową kościoła. W tym roku będzie to chyba ogrodzenie cmentarza parafialnego. Dwa kościoły, 4 cmentarze, ale dajemy radę, choć parafia niewielka – kiwa głową Jarosław Gut. Dziś liczebność wspólnoty parafialnej nie jest problemem. – Ważne jest dziś coś innego. Jakość życia wspólnotowego, żeby ludzie chcieli budować społeczność parafialną, chcieli współpracować ze sobą, angażowali się w różne działania, wtedy nawet niewielka wspólnota może dobrze funkcjonować – uważa ks. Jerzy. A miejscowym się chce. Dzięki dochodzeniu własnych praw zyskali przywileje od króla. Dzięki mądremu podejściu do kolonizacji wzmocnili lokalną społeczność. Dzięki własnemu doświadczeniu wiary ocalili kościół. Dzięki roztropnemu różnieniu się poszerzyli horyzonty. Czy to koniec Polski? W tych cechach należałoby widzieć raczej dobry początek.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma