Nowy numer 49/2020 Archiwum

Sutanna - bandaż i tarcza

Gdy weszli na więzienny dziedziniec podniosła się ogromna wrzawa. Internowani na widok księży wołali: "Solidarność, solidarność".

Karol Krasnodębski, w grudniu 1981 przewodniczący Komisji NSZZ "Solidarność" przy Zakładach Mechanicznych w Tarnowie, został internowany na pół godziny przed ogłoszeniem stanu wojennego. - Wróciłem z pracy, położyłem się, dzwonek do drzwi - opowiada. - Otworzyła żona. Było ich czterech, jeden mundurowy. Powiedzieli, że zabierają mnie na przesłuchanie. Nie chciałem iść. Zachowywali się arogancko, drwili, ubliżali, straszyli. Żona zaczęła rozpaczać. Wziąłem kurtkę.

Myśleli, że na Sybir

Tę noc Krasnodębski, podobnie jak wielu innych tarnowskich solidarnościowców, spędził w więzieniu. - W celi było nas kilkoro. Rano skuli nas i załadowali do milicyjnych "suk". Nie wiedzieliśmy, gdzie nas wiozą - wspomina. Przez szparę w szybie zorientowali się, że jadą w kierunku Rzeszowa. Za Dębicą samochód się zatrzymał. Widząc, przechodzących obok ludzi zaczęli śpiewać pieśni religijne, patriotyczne, solidarnościowe. Nikt się nie zainteresował. Po pół godzinie samochód ruszył. Na wirażach dostrzegli, że jadą w długiej kolumnie aut. - Niepokój był coraz większy. Za Rzeszowem byłem niemal pewien, że wiozą nas do Sowietów - głos Krasnodębskiego drży. Dotarli do więzienia w Załężu. Była niedziela, 13 grudnia. - Traktowali nas gorzej niż zbrodniarzy. Nie wolno nam było nawet korzystać z więziennego "spacernika" - wspomina Roman Bulanda, internowany nauczyciel z ZS Mechaniczno-Elektrycznych z Tarnowa. - Żeby nas pognębić, wrzucali nam do celi "Trybunę Ludu", a przez "kołchoźnik" informowali o tryumfie "zwycięzców" i o karze dla, jak nas nazywali, wichrzycieli, wrogów ludu i ustroju.

Sutanna - bandaż i tarcza   Ks. E. Łomnicki (z lewej) i ks. M. Bednarz pomoc ofiarom stanu wojennego nazywają zwyczajną posługą duszpasterską i wyrazem ludzkiej solidarności Grzegorz Brożek /Foto Gość W imieniu biskupa

- Rodziny nie wiedziały, co się z nami dzieje. Mojej żonie powiedzieli, że jestem w szpitalu - opowiada Karol Krasnodębski. - Córka całą niedzielę szukała mnie po rzeszowskich szpitalach. W poniedziałek, 14 grudnia, bp Józef Gucwa odwiedził Krasnodębskich. To on powiedział im o aresztowaniach. Rodziny internowanych odwiedzali także inni księża, m.in. ks. Edward Łomnicki i ks. Michał Bednarz. Działali "na zlecenie" abp. Jerzego Ablewicza, ówczesnego ordynariusza diecezji tarnowskiej. W pierwszych dniach stanu wojennego księża przy katedrze stworzyli ośrodek pomocy internowanym i ich rodzinom. - Ordynariusz osobiście interweniował, gdy sprawy stawały na ostrzu noża. A upoważniając nas do świadczenia pomocy w jego imieniu zastrzegł, że jeśli zorganizujemy spotkanie z internowanymi, to chce w nim uczestniczyć - mówi ks. Michał Bednarz.

Solidarna pomoc

Zorganizowanie takiego spotkania było bardzo trudne. Najpierw kapłani musieli pójść na Traugutta do SB, żeby uzyskać pozwolenie na widzenie z więźniami. Potem wszelkie szczegóły trzeba było ustalać z kierownictwem więzienia w Załężu. Tam decydowano o czasie i przebiegu spotkania, o tym, czy będzie Msza św., spowiedź i co można ze sobą zabrać. Podobna procedura powtarzała się przed każdym spotkaniem. - W Załężu nie mogli nam podać nazwisk, a nawet liczby więźniów. Powiedzieli tylko, żebyśmy przygotowali 500 paczek - wspomina ks. Bednarz. Paczka dla więźnia nie mogła przekraczać 3 kg. Nie mogły się w nich znaleźć żadne rzeczy z Zachodu. A że na rodzimym rynku nie było nawet pasty do zębów w potrzebnej ilości, trzeba było zdzierać metki z opakowań. Ludzie solidarnie angażowali się w pomoc. - Poszedłem do piekarni pani Podlasiewicz - opowiada ks. Bednarz. - Powiedziałem, że na rano potrzebuję 500 bułek. Odpowiedziała, że to niemożliwe, ale zainteresowała się dla kogo taka ilość. Gdy usłyszała, że dla internowanych, rzekła krótko: "Bułki będą jutro". Nie wzięła pieniędzy.

Byli z nami

W Nowy Rok księża wraz z abp. Ablewiczem pojechali do Załęża. Biskup miał odprawić Msze św. na trzech oddziałach. Nie wolno było mówić kazania. Utargowano tylko wprowadzenie do Mszy św. Milicjant, jak się okazało niegdysiejszy ministrant, zgodził się na to, jako na "integralną część liturgii Eucharystii". Kiedy kapłani weszli na więzienny dziedziniec, internowani spostrzegli ich z okien swoich cel i podniosła się ogromna wrzawa. Tłukli garnkami o kraty, skandowali: "Solidarność, solidarność". - To było niesamowite przeżycie. Ścięło nas z nóg. Musieliśmy chwilę ochłonąć, potem zaczęliśmy spowiadać - mówi ks. Michał. - Księża przywieźli nam to, co najważniejsze: podtrzymanie na duchu. Wewnętrzne nas umocnili, pokazując, że są z nami. Każdy ich przyjazd dodawał sił - wyznaje Roman Bulanda. - Dali nam pierwszą po internowaniu możliwość spowiedzi i uczestnictwa w Mszy św. Nikt inny przecież oprócz rodziny i księży, nas nie odwiedzał. Kapłani nieśli nam Boga nawet do więzienia. Każdy z nas otrzymał wtedy od abp. Ablewicza Pismo św. i modlitewnik. Po tych wizytach stawał się także lepszy stosunek strażników do nas.

Całować po nogach

Kapłani otoczyli opieką nie tylko więźniów, ale też ich rodziny. Organizowali pomoc prawną, rzeczową lub finansową. - Paczki otrzymywały rodziny internowanych nie tylko z terenu Tarnowa. Zawoziliśmy je lub przekazywaliśmy również do Bochni, Dębicy, Mielca, Nowego Sącza czy Gorlic - mówi ks. Edward Łomnicki. Z pomocą śpieszyli też poszczególni proboszczowie. - Ks. Jan Rec odwiedzał nas, wspierał duchowo i materialnie. Przed każdym wyjazdem moich do Załęża, proboszcz zawsze przygotowywał paczkę - wspomina pan Bulanda z Mościc. Kapłanom ogromnie dużo zawdzięcza też Barbara Wiatr. - Ks. Łomnickiego i ks. Bednarza do śmierci mogłabym po nogach całować za to, co dla nas zrobili - mówi. Kiedy aresztowano jej męża, zorganizowali oni poradę u prawnika. Pomogli także finansowo. A dzięki poręczeniu abp. Ablewicza, które ks. Łomnicki zawiózł do krakowskiego więzienia na Montelupich, SB zwolniło jej męża. - Chyba najważniejsze były rozmowy z księżmi - uważa pani Barbara. - Przekazywali nam słowa pocieszenia, dawali siłę, żeby wszystko przetrwać. - Zawsze po powrocie z więzienia nasze mieszkania były pełne ludzi - opowiada ks. Łomnicki. - Chcieli wiedzieć, co dzieje się z ich bliskimi. Czasem przekazywaliśmy im grypsy. Pusto robiło się dopiero tuż przed godziną milicyjną.

Świadectwo ludzi i sumienia

- Mamy świadomość, że niektóre z osób, które przychodziły do nas na spotkania, ba, nawet należały do "Solidarności", współpracowały z SB. Wtedy to podejrzewaliśmy, dziś nabieramy niemalże pewności. Prawdopodobnie donosili także na nas - mówi ks. Edward Łomnicki. - Zapewne mamy swoje teczki, w których esbecy zapisali, co chcieli - dodaje ks. Bednarz. - Ale jaki mogliśmy mieć na to wpływ? Kapłani twierdzą, że dla nich ważne są nie teczki, ale świadectwo ludzi i spokojnego sumienia. Przyznają, że były czasem momenty strachu, ale generalnie nie myśleli o tym. Swoje działanie nazywają zwyczajną posługą duszpasterską i wyrazem ludzkiej solidarności. - Jakże Kościół miałby nie pomagać?! - pytają retorycznie.

Współczesność różnie nagradza duchownych za tamten czas. Pojawia się niepamięć, a co gorsza kalumnie, bo "kontaktowali się z SB". Nierzadko próbuje się też przyklejać im różnorakie łatki powyrywane z esbeckich notatek. - Może czasem, jak się widzi, co dzisiaj się dzieje, przychodzi gorycz, ale to tylko na chwilę - twierdzi ks. Michał. - Bo przecież tego, że się czyniło dobrze nie można żałować.

Duchowni pomagali

Sutanna - bandaż i tarcza   Karol Krasnodębski Beata Malec-Suwara /Foto Gość Karol Krasnodębski, były przewodniczący Komisji NZZS "Solidarność" przy ZM w Tarnowie

Byłem wielokrotnie więziony. W sumie jakieś półtora roku. Najbardziej mi pomógł abp Jerzy Ablewicz. Najważniejsze było nie to, co kapłani przywieźli w paczkach, ale ich obecność, świadomość, że Kościół jest przy nas, że papież się za nas modli. Poczuliśmy się dowartościowani, że nasze uwięzienie nie jest na próżno, że "Solidarnością" wykuwamy niepodległość.

 

 

 

 

Sutanna - bandaż i tarcza   Roman Bulanda Beata Malec-Suwara /Foto Gość Roman Bulanda, nauczyciel w ZS Mechaniczno-Elektrycznych w Tarnowie

Strażnicy ustawili nas w szeregach po obu stronach korytarza. Księża podchodzili do nas, przywitali się z każdym, ściskając dłoń. Jeden z księży przedstawił mnie abp. Ablewiczowi i powiedział, że jestem jedynym internowanym nauczycielem z województwa. Biskup objął mnie tak, że zginąłem w jego ornacie. Jakby chciał mnie chronić. To umocniło mnie jeszcze bardziej.

 

 

 

 

Sutanna - bandaż i tarcza   Barbara i Bronisław Wiatrowie Beata Malec-Suwara /Foto Gość Barbara i Bronisław Wiatrowie, nauczycielka z tarnowskiego "Plastyka" i pracownik UW w Tarnowie

W poniedziałek 14 grudnia męża wyrzucili z pracy. Byliśmy przesłuchiwani, robili nam w domu rewizje. W lutym 1984 roku męża aresztowali. To był trudny dla nas okres. Miałam wtedy stały kontakt z ks. Łomnickim i ks. Bednarzem. Abp Ablewicz napisał list poręczający za mojego męża, z którym ks. Łomnicki pojechał do Krakowa. Dzięki temu mąż w Wielki Piątek był już w domu.

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama