Gość Bielsko-Żywiecki 49/2020 Archiwum

Młody Hiob

Świadectwo pogodnego cierpienia. Można powiedzieć, że Krzysiek Broszkiewicz z Rzezawy jest jak bohater biblijnej księgi. Szczęście, strata, ból i nadzieja – to wszystko może wpisać do swojego życiorysu.

Zaraz po I Komunii św. został ministrantem. – Od tamtej pory nie pamiętam, żebym modlił się „na kościele” podczas Mszy św. – mówi Krzysiek. Później zaczął posługiwać jako lektor, a kiedy padła propozycja śpiewania psalmów, bez wahania się zgodził, choć ze śpiewaniem nie miał zbyt wiele wspólnego. Kolejnym liturgicznym „awansem” chłopaka było ukończenie kursu ceremoniarza. – Zawsze bardzo mnie cieszyło to wszystko, co działo się w naszej parafii. Uwielbiałem przygotowywać jako ceremoniarz wszelkie uroczystości kościelne, liturgiczne. Bo tyle rzeczy trzeba było naraz ogarnąć, żeby liturgia była piękna, porządna. Przed Mszą św. zawsze czułem dreszczyk emocji, pragnienie, żeby wszystko się udało, bo wydarzenie takie ważne. A po Eucharystii radość, spełnienie, satysfakcja i chęć, żeby przeżyć coś takiego jeszcze raz – opowiada chłopak.

Na full

To chyba było jednak za mało, bo Krzysiek zaangażował się „na full” w życie parafialne. Należy do grupy KSM. – Bardzo czynny, zawsze chętny do pomocy, bardzo lubiany przez swoich rówieśników, duszpasterzy. Dusza towarzystwa, dowcipny, inteligentny, dobry, kulturalny. Ujmował swoim zachowaniem nie tylko kolegów i koleżanki, ale również starszych. Pomagał w organizacji spotkań, wyjazdów, wycieczek. Znał się na komputerach, służył fachową pomocą, kiedy maszyny zawodziły, a trzeba było coś przygotować czy wydrukować na spotkanie – mówi ks. Wojciech Wolak, wikariusz zajmujący się duszpasterstwem młodzieży w Rzezawie. Jak opowiada Krzysiek, każdy jego weekend zaczynał się właśnie od spotkania KSM. – W grupie młodzieżowej spotykaliśmy się co piątek, siadywaliśmy w kole, gadaliśmy, oglądaliśmy też filmy, przygotowywaliśmy adoracje Najświętszego Sakramentu w kościele, nabożeństwa okolicznościowe, czasem pośpiewaliśmy. Robiliśmy też przedstawienia teatralne, na przykład jasełka. Za otrzymane pieniądze mogliśmy potem wyjeżdżać w góry, w Gorce, w okolice Ochotnicy Dolnej – wspomina z uśmiechem.

Gotowy na ŚDM

Kiedy należało wybrać spośród młodych w parafii liderów przygotowania do Światowych Dni Młodzieży – animatorów parafialnych ŚDM, od razu padło na Krzyśka. – Ks. Wojciech przyszedł i powiedział, że będę animatorem parafialnym młodzieży, który z całym komitetem parafialnym ma pomagać w organizacji pobytu pielgrzymów podczas Światowych Dni Młodzieży. Zebraliśmy od razu ścisłą grupę młodych, 5–6 osób najbardziej zaangażowanych w życie parafii. Podzieliliśmy się funkcjami, co i kto ma przygotować, czym się zająć. Zdarzyło mi się nawet przeżyć coś podobnego do ŚDM, bo z kolegą braliśmy udział w diecezjalnym forum młodzieży, które odbyło się przed pierwszym Synajem w Tarnowie. Mieszkaliśmy u rodziny, mieliśmy swoje klucze. Gospodarze byli bardzo gościnni, karmili nas, czuliśmy ich zaufanie. To było piękne – przedsmak tego, co ma się wydarzyć w Krakowie. Chciałbym to powtórzyć, i to nie raz – opowiada chłopak.

Nasiąknięty Bogiem

Przy tak aktywnym włączaniu się w życie parafii nie popadł w dewocję. – W moim domu Pan Bóg jest kimś bardzo ważnym, najważniejszym. Zawsze tak to widziałem, czułem. Ja tym nasiąknąłem. I to, co się ze mną działo później – LSO, grupa młodzieżowa, wyjazdy na spotkania młodych w Dębowcu, na diecezjalne forum młodych w Tarnowie… – to były tylko kolejne kroki w górę, coraz bliżej Pana Boga. W moim życiu nie było jakiegoś spektakularnego nawrócenia. Ja rosłem w wierze łagodnie, coraz bliżej Boga, Kościoła, modlitwy, aktywności duszpasterskiej – zwierza się Krzysiek.

Naturalny odruch

Chłopak miał jeszcze kolejną pasję, a raczej naturalny odruch. Lubił pomagać innym. – Zawsze podobało mi się działanie dla innych. Odwiedziny chorych w szpitalu, w hospicjum, udział w różnych akcjach charytatywnych, jak kiermasze świąteczne, koncerty kolęd, wolontariat w Szlachetnej Paczce, kiedy tachało się wrzynające się w ręce ciężkie siatki z prezentami – to wszystko dawało wielką radość – podkreśla. Pasja pomagania najbardziej widoczna była w szkole. Krzysiek skończył niedawno technikum w Zespole Szkół nr 1 w Brzesku. – W szkole dał się poznać jako osoba niezwykle utalentowana, sympatyczna, otwarta i wrażliwa na los innych ludzi. Obdarzony pięknym, ciepłym głosem, wielokrotnie zachwycał nas podczas występów na akademiach, konkursach czy też koncertach charytatywnych organizowanych w naszej szkole i poza nią – mówi dyrektor Maria Góra.

Granatowy kawasaki

Przy tym wszystkim normalny, z typowymi zainteresowaniami wieku młodzieńczego. Sport, motoryzacja… – Nie wiem, skąd pasja motocyklowa. Z dzieciństwa może? Zawsze, gdy tato wracał na komarku z pracy, czekałem na niego przed domem. Ojciec sadzał mnie na baku i robiliśmy kółko po podwórku. Potem – jak to chłopaki – zawsze się patrzyło na motory z podziwem i pragnieniem. Pierwszy motocykl – granatowy kawasaki – kupiłem po zdaniu matury w maju 2015 roku. Ale za bardzo się nim nie nacieszyłem – uśmiecha się Krzysiek. W tamtym gorącym czasie miał jeszcze do zdania egzamin zawodowy. Pierwszą część, teoretyczną, miał za sobą. Kolejną, praktyczną, zdawał następnego dnia.

Światło nie zgasło

W dzień egzaminu wsiadł na swojego kawasaki, ale przejechał zalewie kilkaset metrów od domu. Nagle na drogę wyjechał samochód, czego Krzysiek się kompletnie nie spodziewał. Kierowca nie dawał żadnych znaków, że wykona taki manewr. To było w Jodłówce, niedaleko domu, praktycznie na miejscu. – Światło nie zgasło, świadomość, co się stało, zawsze była. Nie zemdlałem, wszystko pamiętam, uderzenie, oczekiwanie na karetkę, przyjazd ambulansu, drogę do szpitala w Brzesku, czekanie w szpitalu na śmigłowiec, który miał mnie zawieźć do Krakowa. Pamiętam ból… Takiego jeszcze dotąd nie czułem, choć różne kontuzje mi się przytrafiały, bo chętnie grałem w piłkę. Poleciałem do szpitala Rydygiera, gdzie od razu trafiłem na blok. Pełno ludzi w maskach, fartuchach, chciałem zapytać, czy będę spał, ale nikt nie odpowiadał, w końcu zacząłem krzyczeć i… uspokojono mnie, że tak, będę spał. Podobno trzy razy chciałem odejść w czasie operacji… – opowiada o dramatycznych chwilach.

Cisza i płacz

Z pobytu w szpitalu pamięta najpierw milczenie i płacz bliskich. Pamięta też swój płacz, choć wcześniej nie zdarzało mu się płakać. – Człowiek mięknie na starość – śmieje się Krzysiek. Ale w takiej sytuacji, kiedy ma się złamany kręgosłup, trudno byłoby nie zapłakać. – Bo nic nie czułem, ręce, nogi bezwładne, poprzebijane płuca, połamane żebra, mostek… Kręgi powysuwane w rożne strony. Wyglądało to tragicznie. Wcześniej nigdy nie leżałem w szpitalu, a teraz, jak już się położyłem, to na dobre… Pierwszy raz usiadłem po dwóch miesiącach leżenia. Jestem sparaliżowany od klatki piersiowej w dół. Mam sprawne ręce i głowę. Muszę się czegoś trzymać, opierać na rękach, bo poleciałbym jak liść na ziemię – opisuje swój stan Krzysiek.

Krzysiek, walcz!

Wypadek Krzyśka poruszył wszystkich. W Rzezawie, Brzesku… – Strasznie go żałujemy, modlimy się za niego. W maju będzie w parafii przedstawienie teatralne z myślą o pomocy Krzyśkowi. On nadal, choć niepełnosprawny, należy do parafialnego komitetu ŚDM, jak może, dalej chętnie nam pomaga, zwłaszcza jako komputerowiec – mówi ks. Wojciech. Choć chłopak pożegnał się już ze szkołą w Brzesku, ona tego nie zrobiła. – Uczniowie naszej szkoły i jego przyjaciele, wykorzystując szkolne studio telewizyjne, nakręcili krótki film poświęcony Krzysztofowi. Został mu ofiarowany na urodziny. W czasie ubiegłorocznych wakacji zorganizowano mecz i bieg charytatywny dla niego oraz koncert muzyki filmowej – dodaje pani dyrektor. W grudniu ubiegłego roku odbył się w szkole kiermasz, podczas którego zebrano 14 tys. złotych. A ostatnim, już tegorocznym podarunkiem dla Krzysztofa był koncert w wykonaniu uczniów Zespołu Szkół nr 1 w Brzesku, grupy teatralnej oraz zwyciężczyń konkursu „Aplauz, aplauz” Anny i Kingi Gurgul z Dębna. – Zbieramy pieniądze na rehabilitację Krzyśka. Chcemy mu pomóc, bo to jest wspaniała osoba, w szkole zawsze wszędzie było go pełno, wszystkim pomagał. Teraz jesteśmy mu winni naszą pomoc. Odwiedzamy go często, chyba ma już nas dość… Naszymi akcjami chcemy go dopingować, żeby walczył, żeby nie czuł się samotny. Potrzebuje pieniędzy, ale najbardziej tego, by wstać i iść o własnych siłach. Wszyscy wierzymy, że tak będzie. Jestem bardzo szczęśliwa, że w organizacji koncertu pomagają nam: Miejski Ośrodek Kultury w Brzesku, parafia Miłosierdzia Bożego w Brzesku i wielu innych dobroczyńców – mówi Katarzyna Gawenda.

Nie odpuszczam

Krzysiek nie miał jak dotąd momentu całkowitego załamania. I dalej nie odpuszcza. – Nie podoba mi się opcja z leżeniem i nicnierobieniem. Owszem, leżę, ale nie chcę tego robić bezczynnie. Skoro Pan Bóg mnie jeszcze nie chciał zabrać do siebie, to znaczy, że mam coś do zrobienia tutaj. Siłą jest dla mnie modlitwa, a także ludzie. Jakbym się tylko próbował załamać, to rodzina, dziewczyna, przyjaciele nie pozwoliliby mi na to. Co więcej, spotykam wielu obcych dotąd ludzi, którzy chcą pomóc, modlą się, dzwonią, piszą – mówi Krzysiek. Można mu pomóc w rehabilitacji przez fundację Auxilium. Więcej wiadomości na: auxilium-fundacja.org.pl.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama