Nowy numer 2/2021 Archiwum

Owoce żyznej gleby

80 lat parafii. W Borzęcinie Dolnym wiosna w Kościele zaczęła się od ks. Stefana Motyki. Entuzjazm był tak wielki, że kapłan musiał nakłaniać ludzi, by… nie chodzili do kościoła.

Borzęcin na ziemi brzeskiej jest jeden. Podział na Górny i Dolny to kwestia obwodów szkolnych i administracji kościelnej. – Troszkę ponad 650 lat temu biskup Bodzanta założył tę wieś. Powstała jedna parafia – opowiada miejscowy nauczyciel, badacz dziejów i historyk Lucjan Kołodziejski. Wieś była rozległa i drzewiej mieszkańcy na przykład leżącej niedaleko Jagniówki, gdy chowali kogo zmarłego, to o 4.30, nawet zimą, kiedy śniegi po pas, musieli z ciałem iść do parafialnego kościoła, bo Msze były tylko rano o 7.00.

– W 1911 roku na zebraniu kółka rolniczego kierownik szkoły Rogoziński zaproponował, żeby starać się o budowę kościoła – dodaje L. Kołodziejski. Ludzie pomysł podchwycili. Chęci i pieniędzy coraz więcej przybywało. Pradziadek Kołodziejskiego na przykład obiecał dać 10 kubików żwiru, a rzeźbiarz Musiał – figurę do kościoła. Wybuchła jednak I wojna światowa i wszystko przepadło. Zaczęli z determinacją od początku. Ostatecznie w 1929 roku stanęła mała murowana kaplica mszalna. – Dzisiaj to jest ta oto część, czyli nasze prezbiterium – pokazuje ks. Marek Obrzut, od 8 prawie lat proboszcz w Borzęcinie Dolnym.

Kto na tę bidę?

Kaplica stanęła, ale co z tego, skoro do 1933 roku odprawiono w niej przez parę lat zaledwie kilka Mszy św. Miejscowi chcieli modlić się u siebie, bo po to budowali kaplicę. Postanowili zatem starać się o erygowanie parafii. – Słali listy do biskupa, jeździli do kurii. Rodziło się to wszystko w bólach – przyznaje pan Lucjan. Miejscowych po cichu wspierał pochodzący stąd ks. Aleksander Rogóż, wtedy proboszcz w Ropczycach. – Był kapłanem wpływowym. Za którymś razem pojechał do biskupa i stanął za delegacją. Dosłownie i w przenośni. A gdy biskup, być może licząc, że brak odpowiedzi pozwoli oddalić prośbę, zapytał „A któżby tam poszedł na taką bidę?”, odezwał się ks. Rogóż: „Ja to bym nawet miał kandydata” – opowiada barwnie Lucjan Kołodziejski. Tak oto wkroczył na scenę lokalnych dziejów ks. Stefan Motyka.

Dwa razy

W chwili audiencji „dolniaków” u biskupa był młodziutkim wikariuszem w Ropczycach. Pewnie ks. Rogóż musiał go nieźle poznać, być może także przygotować. Rekomendacja była skuteczna. W styczniu 1935 roku ks. Stefan Motyka przyjechał furmanką z Ropczyc i został na początek wikariuszem borzęcińskim z przeznaczeniem dla mieszkańców Dolnego. – Są zdjęcia z tamtego wydarzenia, a nawet możemy powiedzieć: uroczystości, bo tłumy ludzi witały kapłana, któremu powierzono troskę o nas – zauważa Joanna Knap z rady parafialnej. Na zdjęciach odświętnie wystrojeni ludzie pozują ze swoim kapłanem. W niedziele odprawiał tu dwie Msze św. – Ludzie tak się cieszyli, że ci, którzy byli na pierwszej Eucharystii, przychodzili w niedzielę także na drugą. Aż ksiądz z uwagi na to, że nie mogli się wszyscy pomieścić w maleńkiej kaplicy, prosił ich, żeby już drugi raz nie przychodzili. Do tego to doszło – uśmiecha się historyk. Wielka pobożność miejscowych ludzi mogła się rozwijać na własnej glebie. Rok później biskup Lisowski 24 kwietnia podpisał dekret o utworzeniu z dniem 3 maja 1936 roku parafii Borzęcin Dolny „na większą chwałę Bożą i dobro duchowe wiernych”. Ale ile dobra się ma dokonać w nadchodzącym czasie, biskup się jeszcze nie spodziewał…

Chytry dla Jezusa

– Mieliśmy szczęście, że pierwszym duszpasterzem i proboszczem był ks. Motyka – mówi z przekonaniem Joanna Knap. Podzielają to zdanie chyba prawie wszyscy. – Nie bójmy się nazywać go świętym – mówił o ks. Motyce poprzedni proboszcz borzęciński ks. Zbigniew Smajdor. Ks. Stefan proboszczował do 1963 roku. Pozostał w parafii do końca swego życia, czyli do 1993 roku. – Kapłan gorliwy, a przy tym niesłychanie autentyczny i biedny do tego – mówi Kołodziejski. Ks. Obrzut mówi, że dziś, choć minęło wiele lat od śmierci ks. Stefana, ciągle ludzie modlą się przy jego grobie. – Za niego też, ale bardzo często raczej za jego pośrednictwem do Pana Boga. Proszą go, by pomagał im rozwiązać trudności, wyjść z kłopotów etc. – mówi ks. Marek. O ks. Motyce opowiada się wiele anegdot. – Teściowa mi mówiła, że jak z kobietami rozmawiał, to zwykł był spuszczać wzrok. Tak praktykował skromność. W końcu pytali go ludzie, czemu tak się zachowuje, a on mówił, że dla Pana Jezusa taki chytry jest. Był w tym szczery – mówi. Ludzie pamiętają, jak razu jednego szedł po składce, a że miał stare jak świat buty, to gruba zelówka odkleiła się i głośnym, słyszanym w całej świątyni kłapaniem oznajmiała idącego księdza. – Ksiądz Motyka chodził w stareńkiej sutannie, więc jak biskup miał przyjechać, to kobiety całą noc pracowały, by ją przenicować, żeby lepiej wyglądał – dodaje pani Joanna. Renata Małek z Akcji Katolickiej pamięta, że jak nie miał w czym chodzić, to kupiono mu nowiutki sweter. – Jak był Tydzień Miłosierdzia, położył go do koszyka dla biednych, aż gospodyni plebańska kazała mu go wziąć z powrotem, „bo już biedniejszego człowieka niż ksiądz to w parafiisię nie znajdzie” – wspomina pani Renata.

Kamyczki w ogródku

– Widywali go ludzie, jak w kościele krzyżem leżał. Jak papież rozpoczynał pielgrzymki, to ksiądz Motyka pościł w ich intencji. Można by długo opowiadać – przyznaje historyk Kołodziejski. Z troską myślę o następcach ks. Motyki. Musiało się im trudno proboszczować. Ks. Marek Obrzut zachowuje niezmiennie pogodną twarz. – Wie pan, on zostawił pięknie przygotowaną glebę dla nas, jego następców. My do dziś jesteśmy mu za to wdzięczni i do dziś przecież korzystamy z owoców jego pracy – przyznaje ks. Marek. Zwłaszcza że do tego, co zostawił ks. Stefan, następcy dokładali swoje. – Trzeba powiedzieć, że na przykład to, że my dziś mamy ludzi w Akcji Katolickiej, w Caritas, to zasługa ks. Smajdora, który za swego proboszczowania miał w kościele dzieci i młodzież, potrafił je zauważyć, docenić, zaangażować i dziś dalej działają jako dorośli – mówi proboszcz. Parafianie mówią, że i ks. Marek ma ten dar zjednywania ludzi. – Zaangażował mnóstwo nowych osób. Bo nie ma obiekcji, wychodzi do ludzi, zaprasza, a nie czeka. Są tacy, którzy potrzebują takiego gestu, zachęty, może nawet na taki sygnał czekają. Nasi proboszczowie mieli podejście do ludzi – przyznaje Renata Małek. Stąd grupy dorosłych, ale i DSM, liczna służba liturgiczna i grupa młodzieżowa. Organizacje te co niedziela wymieniają się i przygotowują okazałą oprawę liturgiczną Sumy. Liczba małych wspólnot, ich liczebność i zaangażowanie to rzecz raczej niezwyczajna w maleńkiej parafii, która liczy sobie w porywach 825 wiernych. Dwie trzecie oryginału Obchodząc jubileusz, który, jak mówi ks. Marek, wykorzystują, by odnowić życie religijne, „dolniacy” sprawili sobie prezent. – To jest spełnienie marzeń trzech pokoleń – przyznaje Joanna Knap. Nowy ołtarz główny patronki parafii Matki Bożej Królowej Polski, czyli Maryi z Jasnej Góry. – To jest kosztowne przedsięwzięcie. Dużą życzliwością i pomocą materialną, ale też inicjatywą w tym względzie służył Jan Krajewski, który ma zakład mechaniczny i zajmował się zasuwą ołtarza na Jasnej Górze. Dzięki niemu pomysł się zmaterializował – mówi ks. Marek. Dołożyła cegiełkę Polonia z Ameryki i – bardzo chętnie – parafianie. – Ksiądz nie woła o to, a już tym bardziej nie ma żadnego wyznaczania. Ludzie cenią takie podejście i ono owocuje – zapewnia Lucjan Kołodziejski. 1 maja ołtarz, zrobiony na wzór jasnogórskiego, będący wielkości 2/3 oryginału, z obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, poświęci bp Andrzej Jeż. 2 maja bp Jan Styrna wybierzmuje tu młodzież z dekanatu, a dzień później, 3 maja, obchodząc odpust, cała wspólnota „dolniaków” i goście świętować będą jubileusz parafii. Ziarno posiane 80 lat temu ciągle przynosi owoce.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama