Nowy numer 3/2021 Archiwum

Bóg się, mamo, nie pomylił

Pani Basia przekonuje, że wszystkie dzieci są nasze. Każde życie jest święte, a to okupione cierpieniem – tym bardziej. Z tego powstaje testament miłości doskonałej.

Kiedy Grażynka zostaje dotknięta chorobą, która powoduje ataki paraliżu rąk i nóg oraz wykrzywienie ust, Bóg daje jej kolejne dziecko, choć ma 44 lata. „Mimo mojej słabości byliśmy bardzo szczęśliwi. To owoc naszej miłości” – pisała, dając świadectwo rok temu w Olszynach na Baranku Wielkanocnym. Jest to doroczne spotkanie, na które przyjeżdża 200 do 300 osób – podopiecznych stowarzyszenia „Wszystkie dzieci nasze są”, wolontariuszy i wszystkich ludzi dobrej woli. W tym roku odbędzie się ono 22 kwietnia.

Coś z tym trzeba zrobić

Prezesem stowarzyszenia, które działa przy Zespole Szkół im. Jana Pawła II w Olszynach, jest Barbara Duran. Oficjalnie zostało zarejestrowane w styczniu dwa lata temu, lecz różnego rodzaju działania grupy inicjatywnej podejmowane były już wcześniej: współpraca z dziećmi z niepełnosprawnością, z rodzin ubogich, z domu dziecka, placówek opiekuńczo-wychowawczych. Cel wciąż ten sam – pomagać bezinteresownie potrzebującym, chorym, kalekim i opuszczonym. Stowarzyszenie swoim zasięgiem obejmuje kilka gmin: Tuchów, Szyrzyny, Gromnik, Ciężkowice, a nawet Kraków czy Jasło. Dziś ma ok. 50 podopiecznych. Grażynka jest siostrą Basi Duran, więc kiedy zadzwoniła do niej, by podzielić się tym, co usłyszała od lekarza – że to „tragedia, ona chora, niemłoda i dziecko także urodzi się chore, a czas ucieka i coś z tym trzeba zrobić” – miała jej do powiedzenia tylko to: „Bóg się, Grażynko, nie pomylił. Jakkolwiek będzie, dziecko jest darem miłości i otoczymy je miłością”. Grażyna całkowicie zaufała Bogu, godząc się na Jego wolę, i urodziła Jasia. Mimo że kolejne diagnozy potwierdzały zespół Downa u dziecka, chłopiec urodził się siłami natury w godzinie miłosierdzia zupełnie zdrowy. „Cud Miłosierdzia Bożego” – pisze o nim mama.

Chora leczyła innych

Jaś od pierwszego dnia swojego życia codziennie uczestniczył ze swoimi rodzicami we Mszy Świętej. Grażynka starała się też codziennie przyjmować Komunię Świętą. „Od dwóch lat nie ma diagnozy ani lekarstwa na moją chorobę. Jezus jest dla mnie lekarstwem, jest moją siłą i mocą mojego życia” – napisała w świadectwie. We Wrocławiu, gdzie mieszkała, założyła wspólnotę miłośników Koronki do Bożego Miłosierdzia. W swojej chorobie, będąc w szpitalach, była lekarstwem dla tych, których Bóg stawiał na jej drodze – cierpiących, konających, umierających. Sprowadzała kapłana do tych, którzy chwilę wcześniej mówili jej, że są niewierzący. To dzięki niej m.in. 90-letnia kobieta przyjęła pierwszy raz po 40 latach Pana Jezusa. Mimo choroby spełniała swoje marzenia, wzięła udział w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie. To Jaś dał jej drugą młodość. Z mężem i kilkumiesięcznym synkiem poszła z pielgrzymką wrocławską na Jasną Górę. Była pełna radości, choć pościła. Dwa dni po powrocie, kiedy Jaś miał 7 miesięcy, Bóg zabrał ją do siebie. I choć trudno serce uciszyć, pani Basia wierzy i teraz, że Bóg się nie pomylił. – Szczęśliwy jest ten, który rozumie tajemnice życia – dodaje.

Bóg napisał scenariusz do konkursu

W ubiegłym roku młodzież skupiona wokół stowarzyszenia „Wszystkie dzieci nasze są”, realizując projekt „Bóg się, mamo, nie pomylił”, którego inspiracją jest historia żyjącej jeszcze wtedy Grażynki, zdobyła pierwsze miejsce w konkursie „Mieć wyobraźnię miłosierdzia”. Konkurs jest od 10 lat ogłaszany corocznie przez Instytut Dialogu Międzykulturowego im. Jana Pawła II w Krakowie, Województwo Małopolskie oraz Kuratorium Oświaty w Krakowie. Odpowiada na nauczanie papieża Franciszka oraz na przesłanie Jana Pawła II apelującego, byśmy dawali świadectwo miłosierdzia. – Bóg napisał już scenariusz kolejnego projektu, więc weźmiemy udział i w tegorocznej edycji – zapowiada Barbara Duran. Będzie się nazywał „Testament miłości doskonałej”. Rozpoczęła go niejako śmierć Grażynki, ale już od wakacji dołączyli do niej kolejni podopieczni stowarzyszenia – Ewelinka, Pawełek, Dawidek, Mateuszek, Danielek i Dominisia. – Głęboko wierzę, że teraz to ona opiekuje się naszymi aniołkami w niebie. Na pogrzebie Dominisi, kiedy śpiewaliśmy „Anielski orszak niech twą dusze przyjmie”, niebo pojaśniało i promienie słońca zaświeciły nad kaplicą cmentarną – opowiada, widząc w tym znak otwartego nieba dla „jej” dzieci.

Misterium Drogi Krzyżowej

– My żyjemy miłosierdziem na co dzień i chcemy o nim świadczyć. Pokazać światu tych, których zdarza się, że świat ani razu nie widział albo już o nich zapomniał – mówi prezes stowarzyszenia „Wszystkie dzieci nasze są”. Nie lubi, kiedy mówi się o jej podopiecznych, że są niepełnosprawni, woli określenie „dzieci z niepełnoprawnością”. Kiedy opowiada o Ewelince, mówi, że była jej pierwszą miłością, jeździły razem na konkursy recytatorskie, pięknie czytała i wciąż powtarzała, że najważniejsze to przełamać strach. Pawełek z Zalasowej to synek zaprzyjaźnionej rodziny. Dawidka nikt nie widział i nikt o nim nie słyszał, od urodzenia bardzo cierpiał. Podobnie Mateuszek z Ołupin. Danielek do 10. roku życia rozwijał się normalnie i chodził do szkoły. – Miał zanik mięśni. Ostatnie lata jego życia to cierpienie i droga krzyżowa. Odejście Dominisi to kolejne misterium, trwające trzy ostatnie dni, piątek, sobotę i niedzielę – mówi Barbara. Na spotkanie z Barankiem Wielkanocnym szykowała przedstawienie męki Pańskiej z młodzieżą, ale tak dużo tego misterium ostatnio, że wycofała się z tego pomysłu. – Nie dałabym rady – mówi.

Inni się wstydzą, a ona się chwali

Pani Basia chwali się „swoimi” dziećmi, pokazując ich rodzicom, że nie mają powodu do wstydu tylko dlatego, że ich dzieci zachowują się inaczej. Zaprasza ich na comiesięczne spotkania, które odbywają się w szkole i zawsze rozpoczynają się Mszą Świętą. – Nieraz ktoś się dziwi, że nie w kościele jest Eucharystia, ale wiele z tych dzieci, które przemieszczają się na wózkach czy są wręcz leżące, trudno byłoby tam przetransportować, a potem z powrotem przewozić do szkoły – tłumaczy. Dla rodziców to czas, kiedy mogą zobaczyć, że nie są sami z problemem. Mogą się wesprzeć nawzajem. Dla mam, które na co dzień opiekują się swoimi dziećmi i nie mają okazji, by gdziekolwiek wyjść, to także czas, by się ładniej ubrać. Tu nikt się nie dziwi i nie odwraca, kiedy któreś z dzieci krzyczy. – One tak się komunikują z nami – wyjaśnia pani Basia.

Otwiera świat

Kiedy tylko nadarza się okazja, przed swoimi podopiecznymi otwiera świat. – Mamy hipoterapię w Olszynach. Jeden z naszych podopiecznych, Karolek, który mieszka kilka budynków od szkoły, jest ich gospodarzem, czesze je i oporządza – opowiada prezes stowarzyszenia. Jakiś czas temu nawet nie wychodził z domu. Pani Basia pokazała mu świat, który go interesował. – Wciąż opowiadał o segregacji śmieci i o tym, jakie kosze są teraz. Pięknie je przy tym wyrysował. Pojechałam więc do pobliskiego zakładu, który produkuje metalowe rzeczy, i poprosiłam, by wykonano dla niego stojak na odpady według jego projektu. Karolek mógł być przy jego produkcji. Warsztaty trwały kilka dni, a on zobaczył, że świat stoi przed nim otworem. Poza tym chłopak świetnie tańczy – dodaje pani Basia. Chciałaby, żeby był szczęśliwy, zabiera go ze sobą do innych podopiecznych.

Bezinteresownie się bogaci

Nie zawsze to, co robi, spotyka się z pochwałami. Nie brakuje takich, którzy myślą, że to przynosi jej korzyść i materialny zysk, a ona oddała się tym dzieciom bez reszty, myśli o nich dzień i noc. Dlaczego? Zyskuje coś o wiele więcej. – Najpiękniejszą miłość i dar pomagania innym, bo to dar i łaska od Boga – tłumaczy. – Sama jestem dzieckiem prokocimskim. W dzieciństwie miałam paraliż mięśni, potem operację płuc. Wiele czasu spędziłam w szpitalu. Przeżywałam każde rozstanie z rodziną, co objawiało się gorączką i pogorszeniem stanu zdrowia. Kiedy miałam 13 lat, poznałam w szpitalu chłopczyka, który chorował na raka. Leżeliśmy w sali razem. Kiedy wróciłam z domu z przepustki na Święta Wielkanocne, Tomasz zmarł. Coś we mnie pękło. Obiecałam sobie, że już nikomu nie pomogę i z nikim nie będę się wiązać. Za dużo mnie to kosztowało. To koniec. Ale nie dało się. Potem były następne dzieci. Dziś wiem, że to właśnie Tomasz wszczepił mi ten dar. Chciałabym odnaleźć jego rodziców i im za to podziękować.

Dzień Świętości Życia

Bóg, który jest miłością, nieustannie obdarza człowieka swoimi darami. Jednym z najcenniejszych jest ludzkie życie jako wartość sama w sobie – pisze w komunikacie na Dzień Świętości Życia (25 marca) biskup tarnowski Andrzej Jeż. To okazja, aby na nowo przypomnieć godność istnienia ludzkiego w całej jego perspektywie, od poczęcia aż do naturalnej śmierci. „Dzisiaj jeszcze mocniej dociera do nas prawda o jego świętości” – zauważa. Diecezjalne obchody Dnia Świętości Życia w sanktuarium Matki Bożej Królowej Rodzin w Chorzelowie rozpocznie uroczysta Eucharystia sprawowana o godz. 10 pod przewodnictwem bp. Leszka Leszkiewicza. Ten dzień jest okazją do podjęcia Duchowej adopcji dziecka poczętego, a więc codziennej 9-miesięcznej modlitwy za dziecko, którego życie bywa zagrożone poprzez decyzję innego człowieka. Ponadto tego dnia Komitet Budowy Miejsca Pamięci Dzieci Utraconych SPES i Wydział ds. Nowej Ewangelizacji Kurii Diecezjalnej w Tarnowie zapraszają na koncert charytatywny pt. „Miasto Ktosiów”. Odbędzie się on w auli Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie, początek o godz. 19. W programie panel dyskusyjny na temat straty dziecka nienarodzonego – wymiar psychologiczny, prawny i duchowy oraz koncert zespołu MONK. Wydarzeniu patronuje „Gość Tarnowski”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama