Nowy numer 2/2021 Archiwum

Ludzie z misją

Mają po 90 lat, ponad 60 lat kapłaństwa i wśród osiągnięć każdy ma na koncie absolutnie nową jakość duszpasterstwa, którą wniósł w życie diecezji.

tekst i zdjęcia grzegorz.brozek@gosc.pl Najstarszym z nich jest ten, który ma najkrótszy staż kapłański, ks. prałat Stanisław Gurgul. Urodził się 31 stycznia. 8 lutego przyszedł na świat ks. prałat Piotr Gajda. Najmłodszy jest ks. prałat Adam Nowak, urodzony 27 lutego. Wszyscy są z tego samego, 1927 roku, co determinowało ich doświadczenie, łącznie z II wojną światową, ale też ich wiek daje szersze spojrzenie na nasze dziś.

Ks. Stanisław Gurgul

Urodził się w rodzinie wielodzietnej. Dzieci było siedmioro. – Ale rodziców miałem kapitalnych – mówi. Do dziś ze wzruszeniem wspomina, jak mama prowadziła dzieci na Roraty, a mróz był tak wielki, że drzewa trzaskały. Bolą go niektóre wspomnienia – np. księdza krzyczącego przy Mszy na ministrantów, którzy nie byli zbyt gramotni. – To jest coś nie do pomyślenia, coś okropnego. Ja tego nie zapomnę. Przepowiadamy jako księża miłość Boga, ale trzeba być tego świadkiem, bo słowa bez świadectwa nie działają – mówi. W czasie okupacji zrobił tylko jedną klasę gimnazjum. Dlatego maturę zdawał, będąc w małym seminarium, dopiero w 1948 roku, a święcenia przyjął w 1953 roku. Ale już przed święceniami idący na wiosnę na proboszcza do Bochni ks. Blecharczyk, za wolą biskupa, wybrał sobie wikarych. – Jako ojciec duchowny lubił mnie bardziej, niż zasługiwałem, więc i mnie zaproponował pracę w Bochni – wspomina. Trafił tam dopiero w październiku. Pracował 6 lat. – Ks. Władek Szczebak zajmował się trudną młodzieżą, a ja miałem „wiarowników”, tych, co siedzieli ze sobą „na wiarę” – opowiada ks. Gurgul. Po tym, jak ks. Blecharczyk został biskupem pomocniczym, ks. Stanisław przyjął funkcję prokuratora w seminarium, czyli dyrektora gospodarczego i administracyjnego. Zlikwidował kopy słomy i siana na dziedzińcu seminarium, skończył przenoszenie hodowli trzody do Błonia. Wyremontował kaplicę seminaryjną, co było ponoć warunkiem, aby biskup wyraził zgodę na jego wyjazd na studia do Brukseli. – Przez tę Belgię wszystko się zmieniło w moim życiu – wspomina. To był jezuicki Instytut Katechetyczno-Pastoralny „Lumen vitae” w Brukseli. Zachwycił się stylem duszpasterstwa, które tam zobaczył. – Zachwyciło mnie. Ta wspólnota wiary u nich działała i żyła jak prawdziwa rodzina. Jezuici stworzyli nieprawdopodobny klimat. Dla mnie to był szok. Nie było żadnego porównania z tym, co było u nas – mówi. Po czterech latach wrócił i przywiózł do diecezji ten styl. Zachodni, nowoczesny, serdeczny. Był w diecezji prekursorem takiego podejścia. Posoborowego. W liturgii sobór zwrócił ludzi i kapłana do siebie twarzami. W duszpasterstwie diecezjalnym w znacznej mierze czynił to ks. Gurgul. Chodził przed Mszą św. po kościele, prosił ludzi o pomoc w liturgii, o przeczytanie lekcji mszalnej. Od lat już nikogo nie trzeba prosić. Ludzie sami są gotowi współuczestniczyć. Po Mszy św. stawał z ludźmi przed świątynią na rozmowy, zainteresowany ich życiem, problemami. – Prawie wszystko w parafiach zależy od księdza. Nie trzeba dużo. Tak to widzę. Ludzie ozłocą księdza, byle był życzliwy, okazał serce, zainteresowanie – mówi.

Ksiądz Adam Nowak

Pochodzi z Rzędzianowic koło Mielca. Po święceniach w 1951 roku był wikariuszem w Łękach Górnych, w Brzesku i Tarnowie. Biskup Stepa po tym, jak zobaczył, w jakich warunkach zamieszkał po cichu, bez narzekania, szemrania ks. Nowak w Brzesku, powiedział: „Ja księdzu nigdy nie zapomnę, że mimo takich warunków ksiądz posłuchał biskupa i podjął normalną pracę w parafii”. – Piękne świadectwo posłuszeństwa i dyspozycyjności kapłańskiej – komentował dwa lata temu bp Andrzej Jeż, kiedy ks. Nowak świętował 65. rocznicę święceń. Już w Brzesku ksiądz Adam zaczął gromadzić osoby niesłyszące i razem z nimi się modlić. Przez lata pełnił wiele funkcji. Był prefektem w seminarium, dyrektorem seminaryjnej biblioteki, uczył łaciny, wykładał historię Kościoła, zajmował się misjami, był szefem Archiwum Diecezjalnego w Tarnowie. Sam siebie uważa przede wszystkim za duszpasterza głuchoniemych. – Powiem tak. Wszystko to, co robiłem w życiu, było dla mnie ważne, ale pierwszoplanowo traktowałem duszpasterstwo głuchoniemych. Dałem im wiele od siebie, ale i oni też mi dużo dali. Przez pół wieku nigdy, ale to nigdy nie zaznałem od nich żadnej przykrości – wspomina. Kiedy ks. Adam świętował w WSD w Tarnowie swoje urodziny, głuchoniemi przyjechali z całej diecezji, by się z nim spotkać. Wielu zna go jako przedniego facecjonistę. – Bogu dziękuję, że mam dopiero 90 wiosen. Na więcej jeszcze liczę i mam nadzieję, że będzie więcej, bo z dnia na dzień coraz lepiej się czuję, ku radości własnej, a bliźnich pewnie też – śmieje się jubilat. Kiedyś powtarzał, że duszpasterstwo głuchoniemych odda dzień po śmierci. Był jednym z pierwszych w Polsce kapłanów posługujących sie językiem migowym. – Pierwszy był ks. Bombiński z Częstochowy. Razem jeździliśmy uczyć się organizować to duszpasterstwo w Katowicach-Panewnikach – wspomina. Był prekursorem integracji społecznej osób niepełnosprawnych. To, co stało się w Polsce wartością normatywną po przemianach 1989 roku, on zakładał prawie 50 lat wcześniej. – Można powiedzieć, że jest ojcem duchownym dla głuchoniemych w diecezji. Wiele pokoleń ludzi dotkniętych wadami słuchu i mowy przygotował do sakramentów, uczestniczył w ich życiu, troskach i radościach – przyznają głuchoniemi z Mielca. – Moją największą radością jest to, że swoje kapłaństwo przeżywałem spokojnie, radośnie i owocnie. A młodym księżom chciałbym rzec, by byli pogodni i radośni. Bo smutny ksiądz świętym nie zostanie – dodaje ks. Nowak.

Ks. Piotr Gajda

„Ceniony kanonista, wychowawca młodzieży” – tak pisze o nim kard. Zenon Grocholewski, były prefekt Kongregacji Edukacji Katolickiej. – To miłe, cenię sobie te słowa księdza kardynała – przyznaje ks. Piotr Gajda. Ale w życiu kapłańskim uprawiał niemal wszystkie kapłańskie poletka. – Jako dziecko chciałem być żołnierzem, lekarzem bądź księdzem – mówi jubilat. Spełniło się właściwie wszystko. Z przymrużeniem oka ksiądz prałat mówi, że kapłanem został przez. – Wiele rzeczy na mnie oddziaływało, klimat domu, parafii, grota w Porąbce Uszewskiej, doświadczenie. W kościele niezwykle mi się jednak zawsze podobało kadzidło, które nie było kadzidłem, ale jakimś zbiorem ziół. Jeden z benedyktynów z Tyńca mawiał, że powołanie może być zrodzone na zapachu kadzidła. W moim wypadku tak było. Bóg posługuje się różnymi rzeczami – wspomina ks. Gajda. Zanim po wojnie trafił do bursy św. Wincentego i małego seminarium, był w Armii Krajowej. – Zapisałem się w wieku 16 lat. Przysięgę złożyłem komendantowi w Łoniowej. Był nim por. Stankiewicz z Tarnowa. Byliśmy łącznikami, dostarczaliśmy meldunki, spisywaliśmy numery czołgów. Powołanie kapłańskie też przez AK się rodziło, bo wychowywało nas, uczyło mądrości i odpowiedzialności – mówi. Biskup Stepa Piotra Gajdę na studia do Rzymu chciał wysłać jeszcze jako kleryka, ale władza komunistyczna nie wyraziła na to zgody z powodu tego, że miałoby to być zagrożeniem dla bezpieczeństwa socjalistycznej ojczyzny. Studia z prawa kanonicznego zrobił zatem w kraju. Był kapelanem biskupa Stepy, ojcem duchownym w małym seminarium, jako prawnik przez 5 lat obrońcą węzła małżeńskiego w III instancji, czyli Najwyższym Trybunale Sygnatury Apostolskiej, przez 20 lat oficjałem Sądu Biskupiego w Tarnowie. Aktywny był nie tylko na sali sądowej. Jako duszpasterz pracował przez 11 lat na „pierwszej linii”, będąc rektorem kościoła w Błoniu pod Tarnowem. Dwa razy odbywał studia na Gregorianum. – Za drugim razem akurat wtedy, kiedy wchodził w życie w 1983 roku nowy Kodeks Prawa Kanonicznego. U nas zaś trwał IV Synod. Więc moją rolą było pilnowanie wierności statutów synodalnych prawu kanonicznemu. Rola to była piękna, bo też wprowadzaliśmy w diecezji w życie KPK poprzez synod – wspomina ks. Gajda, który w tym względzie ma wyjątkowe zasługi. Został zatem kapłanem, został żołnierzem (ma stopień porucznika), został też lekarzem. – Tyle że nie medycyny, a bardziej duszy. Teraz także podjąłem dyżury w konfesjonale. W każdy poniedziałek spowiadam w katedrze przynajmniej dwie godziny. I choćbym chciał, to nie mam wtedy czasu nawet dziesiątki Różańca odmówić – cieszy się ks. Gajda. Ma na koncie ponad 20 książek, w tym podręczniki prawa kanonicznego. Kolejne się piszą. Zawsze był niezmiernie pracowity i skromny. Dał się poznać „nade wszystko jako szlachetny kapłan” – pisze kard. Grocholewski. – Wszędzie w kapłaństwie czułem się dobrze – przyznaje ks. Gajda.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama