Nowy numer 4/2021 Archiwum

Niezłomny i dobry

Dzwonek telefonu. Numer nieznany. W słuchawce miły kobiecy głos: „Proszę pana, ten człowiek ocalił życie mojemu dziadkowi”.

Nieciecza, mała miejscowość w powiecie tarnowskim. Dziś znana jest z kostki brukowej i ekstraligowego klubu piłkarskiego. W tej wsi na świat przychodzi w 1907 roku Julian Prażuch. Syn małorolnego chłopa. Niemałym wysiłkiem kończy jedną szkołę, potem drugą, wreszcie seminarium nauczycielskie. W 1929 roku zaczyna uczyć. Po wybuchu II wojny światowej angażuje się w konspirację. Tam znany jest pod pseudonimem „Świt”.

W batalionie Armii Krajowej „Barbara” odpowiada za logistykę, a szczególnie za aprowizację. Po wojnie ujawnia się, przyznaje do działalności podziemnej, ale po cichu podejmuje się roli kierownika propagandy współdziałających z „Wolnością i Niezawisłością” Brygad Wywiadowczych. Po rozpracowaniu organizacji niepodległościowych przez władzę ludową w procesie 22 niezłomnych Prażuch zostaje skazany na dożywocie i utratę praw publicznych na zawsze. Po amnestii wyrok zmniejszają do 15 lat więzienia. – Po ogłoszeniu wyroku sędzia oświadcza, że „na takie kary nie zasłużyliśmy, ale otrzymaliśmy je dla zastraszenia innych” – wspomina współoskarżony Józef Lulek. Poza dwoma dożywociami było w tym procesie jeszcze 7 wyroków śmierci i 13 kar więzienia od 5 do 15 lat. „Zabrali mi tatusia do więzienia i powiedzieli, że już nigdy nie wróci. A ja w to nie wierzę, bo on był zawsze dobry i nikomu nic złego nie zrobił. Wróć mi tatusia, każ go zwolnić z więzienia, bo on jest bardzo chory i umrze tam na pewno…” – cytuje słowa Jasi Prażuch, córki Juliana, skierowane do Bieruta dr Maria Żychowska w szkicu poświęconym osobie niezłomnego. Już się poddałem – Gimnazjaliści z Pułtuska i młodzi chłopcy z okolicznych wiosek, którzy się do nich przyłączyli, zawiązali Grupę Operacyjną Armii Krajowej. Tak się nazwali – opowiada Agnieszka Siembida z Warszawy, ów kobiecy głos w słuchawce. To była antykomunistyczna organizacja, która została szybko rozbita. Chłopcy dostali wyroki. Dziadek Agnieszki Henryk Zwaliński miał wtedy 23 lata. – Już w więzieniu w Rawiczu, także na skutek warunków, w jakich przebywał, dostał zapalenia opłucnej. Trafił na izbę chorych, gdzie lekarz stwierdził, że ma też gruźlicę. Wszyscy się jej wtedy bali. Z wcześniejszych czasów miał jeszcze schorzenia reumatyczne – opowiada Agnieszka. Przeniesiono go do innego pawilonu. Tam w celi spotkał Juliana Prażucha. Dziadek pani Agnieszki załamał się, patrząc na miejsce, w którym się znalazł, z powodu swych chorób, sytuacji osobistej... Psychika nie wytrzymała. – Opowiadał później, że był pewien, że stamtąd nie wyjdzie, i był przeświadczony, że śmierć jest kwestią czasu. Nawet świadomość, że na wolności czeka na niego narzeczona, moja późniejsza babcia, nie dodawała mu nadziei – opowiada warszawianka. Źródłem siły stał się współwięzień Julian Prażuch, który się nim zajął. Tłumaczył, rozmawiał, podnosił na duchu, pomógł racjonalizować zagrożenie, dodawał nadziei. Kiedy Zwaliński odmówił przyjmowania jedzenia, Prażuch kilka tygodni karmił go, aż stan chorego, psychiczny i fizyczny, się poprawił. – Dziadek zawsze mówił, że ma poczucie, świadomość tego, że gdyby nie Julian Prażuch, to źle by się to wszystko skończyło, może w tym Rawiczu zostałby na zawsze, bo osobiście się już poddał – mówi Agnieszka. Znak miłosierdzia Prażuch z więzienia wyszedł ostatecznie w 1954 roku. Nie mógł znaleźć pracy jako nauczyciel. Został magazynierem. Z jednej spółdzielni odszedł, gdy widział kombinatorstwo i przekręty. Zatrudnił się gdzie indziej. Inwigilowany był przez kolejnych 10 lat. Zmarł, jak pisze dr Żychowska, w pracy na zawał 14 marca 1969 roku. „Był typowym przedstawicielem pokolenia II RP: pracowitym, uczciwym, ofiarnym, bezgranicznie oddanym sprawie ojczystej. Nie pokonały go ani warunki więzienne, ani troski materialne rodziny, pozostał absolutnie Niezłomnym” – pisze dr Maria Żychowska. Agnieszka Siembida tłumaczy swój telefon. – Mam ogromne poczucie wdzięczności wobec Juliana Prażucha. Chcę także choć w skromnej mierze zachować pamięć ludzi, którzy w nieludzkich czasach pogardy potrafili okazać człowieczeństwo, dobroć – mówi. Zwykła, bo niekoniecznie heroiczna miłość bliźniego potrafiła ocalić ludzkie życie, dać nadzieję, podnieść upadającego ze śmierci do życia. – Bycie doskonałym polega na tym, by być miłosiernym – przypomniał kiedyś papież Franciszek. – Czy człowiek, który nie jest miłosierny, jest dobry? Nie. Dobroć i doskonałość są zakorzenione w miłosierdziu – mówił papież.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama