Nowy numer 3/2021 Archiwum

Nigdy czegoś takiego nie przeżyli

O światowej sławy naukowcach, którzy przyjeżdżali do Pasierbca, George’u Coynie, którego miejscowy listonosz wziął za wariata, i o zderzeniu rzeczywistości zachodniej z naszą mówi ks. prof. Michał Heller.

Beata Malec-Suwara: Księże Profesorze, wspólnie z ks. prof. Józefem Życińskim stworzyliście w Pasierbcu swoiste Castel Gandolfo. Za Waszą sprawą do tego miejsca przyjeżdżali naukowcy z całego świata.

Ks. prof. Michał Heller: Wiele razy spotykaliśmy się w Pasierbcu. Odbyły się tam trzy duże konferencje międzynarodowe, a z każdej powstał tom wydany za granicą. Pierwsza miała miejsce w maju 1984 roku. Wtedy w Rzymie toczyła się sprawa Galileusza. Papież Jan Paweł II powołał komisję, która miała przebadać ją na nowo pod kątem historycznym, astronomicznym i prawa kanonicznego. Szefem od spraw astronomicznych został dyrektor Watykańskiego Obserwatorium Astronomicznego, a równocześnie nasz wielki przyjaciel George Coyne. W ramach prac tej komisji zorganizowana została konferencja, której część odbyła się w Krakowie, a druga w Pasierbcu. Dzisiaj wszyscy pamiętają nie Kraków, lecz Pasierbiec właśnie. Dla wielu gości, ze względu na nietypowe warunki, była to ogromna atrakcja, poczynając już od samego dotarcia na miejsce.

Autobusu oczywiście nie można było wynająć. Prywatnych firm nie było, a państwowy nie wchodził w rachubę. Okazało się, że pijarzy w Krakowie mają jakiś stary i nam go pożyczyli. Za Żegociną po serpentynach nie dał rady wyjechać pod górę i trzeba było wysiąść. Bardzo im się to spodobało, bo nigdy czegoś takiego nie przeżyli. Podobała im się też sama wieś i miejscowa gościnność. Kiedyś wieczorem lokalna młodzież przyniosła dla każdego uczestnika polne kwiaty. Byli wzruszeni. Przez lata pamiętali tę konferencję, a ponieważ stała się sławna, w następnej – w 1987 roku – wzięło już udział dwa razy więcej gości. Okazją stała się przypadająca 300. rocznica opublikowania głównego dzieła Isaaca Newtona „Matematyczne zasady filozofii przyrody”.

Również nie obyło się bez przygód?

Pamiętam krótkie spięcia, kiedy rzeczywistość zachodnia spotykała się z naszą. Na tę konferencję przybyło kilku członków Watykańskiego Obserwatorium Astronomicznego, a z nimi sekretarka – Rita. Rita była zakatarzona, ale zabrała ze sobą jakąś niewielką ilość chusteczek higienicznych, bo pomyślała, że przynajmniej papier toaletowy tutaj dostanie, a u nas wtedy był to produkt na wagę złota. Innym razem amerykański fizyk o imieniu Frank jeszcze w Krakowie poprosił nas, żeby ktoś poszedł do najbliższego supermarketu i kupił mu skrzynkę coca-coli, ponieważ w nocy musiał się czegoś napić. Roześmiałem się i mówię: „Słuchaj, Frank, najbliższy supermarket, w którym możesz dostać coca-colę, jest chyba w Bonn”. Z trudem zdobyliśmy dla niego dwie butelki wody mineralnej. Inny epizod dotyczy Goerge’a Coyne’a. Jest bardzo wysportowany i codziennie uprawia jogging. W Pasierbcu rano ubrał się w dresy i też pobiegł. Trochę padał deszcz. Okazało się, że zabłądził. Na plebanię przyjechał listonosz na rowerze i do proboszcza mówi, że jakiś wariat tam biega, nie można się z nim dogadać, cały mokry. Okazało się, że to nie wariat, ale dyrektor obserwatorium watykańskiego.

Na sprawozdaniu z trzeciej konferencji w Pasierbcu doliczyć się już można 26 nazwisk naukowców ze Stanów Zjednoczonych, Francji, Holandii, Wielkiej Brytanii...

Jan Paweł II chciał, by z okazji rocznicy Newtona pozostał jakiś konkret. Podjęto więc decyzję o zorganizowaniu cyklu zamkniętych konferencji roboczych poświęconych zagadnieniu „nauka i wiara”. Starannie przygotowywane odbywały się co dwa, a niekiedy trzy lata w Watykanie, w Berkeley i w 1998 roku w Pasierbcu. Tematem tej były „nauki neurokognitywne i problem osoby”.

Można przypuszczać, że w Pasierbcu zrodziła się niejedna naukowa myśl...

O tak, wiele tych myśli tam się zrodziło i to one zostały potem zawarte w tych tomach.

Odbywały się tam także z Księdza inicjatywy mniejsze sympozja i warsztaty ze studentami. Ludzie z otwartymi ustami przysłuchiwali się Waszym rozmowom...

Przyjeżdżaliśmy tam także na wakacje, oczywiście zwykle z jakąś robotą, a czasem brało się książkę i szło się do lasu, żeby postudiować. Bardzo mile wspominam tam wyjazdy z grupą matematyków, z którą pracuję dotychczas. Miejsce sprzyjało, a praca odbywała się bardzo ostro i twórczo. Kiedy było gorąco, zabieraliśmy ze sobą tablicę i schodziliśmy do piwnicy. Przy tej tablicy przychodziły myśli i krystalizowały się pomysły. Wiele prac do druku przygotowaliśmy z tych spotkań.

Kiedy ks. Życiński, nie będąc jeszcze biskupem, przyjeżdżał do Pasierbca, ponoć ludzie dopraszali się o jego kazania. Bardzo je sobie cenili.

Nie tylko to. Prawie nigdy nie minął żadnego parafianina, żeby go nie zagadnąć. Nieraz dowcipnie. Z bp. Życińskim i Pasierbcem wiąże się również anegdotyczny epizod. Mianowicie kiedy w Tarnowie czekaliśmy na nominację biskupa, a ona się trochę przeciągała, proboszcz, sądząc, że ja wiem, kto nim zostanie, próbował pociągnąć mnie za język. Kiedy wracaliśmy z Mszy na plebanię, mówi: „Słuchaj, głupio tak, kiedy w kanonie Mszy św. wspomina się imię biskupa, a tu nie ma żadnego. Jakie mam tam imię wstawić?”. A mnie coś tak tknęło, żeby mu powiedzieć: „Józiu, wstaw tam swoje”. Kiedy bp Józef Życiński został biskupem, był pewien, że ja wiedziałem, a ja nie miałem zielonego pojęcia.

beata.suwara@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama