GN 49/2018 Archiwum

Atomowy tata

O czasie „wysokiej jakości”, momentach mocy, pakowaniu walizki i promieniowaniu ojcostwa mówi Krzysztof Wnęk z Nowego Sącza, szczęśliwy mąż i tato trzech synów, pomysłodawca kampanii społecznej zachęcającej ojców, by wzięli wolne i spędzili aktywnie czas z dzieckiem.

Beata Malec-Suwara: Wymyślił Pan kampanię społeczną, która miała przekonać ojców, by wzięli wolne i po prostu spędzili czas z dzieckiem. Skąd taki pomysł?

Krzysztof Wnęk: Przez kilka lat pracowaliśmy oboje z żoną etatowo w dużych firmach, w dużym mieście i wiemy, jak wygląda życie codzienne „na etacie”. Oczywiście w małym mieście wcale nie jest łatwiej, kiedy widzimy, co się dzieje i jaki jest kierunek zmian, które następują. W takim kieracie łatwo się pogubić. Często ojcowie uciekają w pracę przed obowiązkami domowymi, bo traktują je właśnie jako obowiązki, a nie jako przywileje. Do tego otaczająca nas rzeczywistość nie pomaga. Z jednej strony mamy kapitalizm, momentami bezlitosny, wymagający naszego zaangażowania, działania i czasu, trudno jest więc zachować balans pomiędzy życiem prywatnym a pracą. Z drugiej strony laicyzacja świata – Bóg w nierzadkich przypadkach został odstawiony na półkę z mitami, co sprawia, że wartości bardzo się pomieszały i dochodzi do próby przekształcenia norm, a to wszystko prowadzi w bardzo złym i niebezpiecznym kierunku. Chcieliśmy więc zrobić coś, co sprawi, że ten świat będzie każdego dnia choć odrobinę lepszy. I tak pewnego dnia z Piotrem Piwowarem, przyjacielem, z którym współpracuję, stwierdziliśmy, że zrobimy kampanię, która będzie inspirować ojców, przebudzi ich do tego, by nie dali się odstawiać na boczny tor, lecz by się aktywnie angażowali w wychowanie dzieci.

Spot, jaki przygotowaliście, pokazuje, że na pozór drobne sprawy, jak wspólne lepienie z tatą rekina z plasteliny czy oglądanie gwiazd, pamięta się bardzo długo, a jedno wyjście na łyżwy potrafi po kilkudziesięciu latach dać nadzieję. Jest jak światło w ciemnej studni.

Chcieliśmy w ten sposób zwrócić uwagę ojcom, co jest naszym najważniejszym zadaniem. Nie chodzi o to, żeby zostawić dzieciom po sobie milion złotych, ale narzędzia, które sprawią, że bez względu na to, co je spotka, one w życiu sobie poradzą. Chwilę temu zrobiliśmy pilotaż warsztatów dla ojców z dziećmi pod nazwą MegaTato. Pojechaliśmy w miejsce zupełnie odcięte od cywilizacji, a więc takie, w które żeby dojść, trzeba się trochę pogimnastykować. Założyliśmy, że telefonów nie używamy. Nie było tam prądu, więc wszystkie rzeczy organizowaliśmy sami. Był też czas, kiedy dzieci bawiły się wspólnie, i czas warsztatów dla ojców. Kiedy dzieci szły spać, nam robiła się grupa terapeutyczna, gdzie był czas wymiany poglądów. Był to niezwykle cenny wyjazd, choć robiliśmy proste rzeczy. Masa ojców ma te same problemy co my, więc warto się wymieniać doświadczeniami.

A co radziliście ojcom, którzy nie mogli wziąć wolnego w Dniu Dziecka?

Dzień Dziecka jest tylko symbolem. On może być w sobotę, niedzielę, nie ma znaczenia kiedy. Nie ma fajniejszego dnia dziecka niż niedziela spędzona gdzieś na wyjeździe. Ważne, by był to czas jeden na jeden – tato i ja, tzw. czas wysokiej jakości. Wtedy trzeba wejść do świata dziecka, być z nim. Na tym polega budowanie wspomnień. Relacje budują się w tzw. międzyczasie, warto więc pomyśleć o takich chwilach jak wyjazd z dzieckiem na trening i dobrze wykorzystać czas w samochodzie, a nie siedzieć z włączonym audiobookiem. Choć i dobry audiobook może być tematem do przegadania, byleby był włączony po to, by pewne kwestie omówić. To może być 10 minut w ciągu dnia. Dla 3-letniego dziecka nie jest to jeszcze takie ważne, ono bardziej chce się pochwalić swoimi umiejętnościami, ale po 7. roku życia już rola ojca robi się wyjątkowa. Są też chwile, które ja nazywam ojcowskimi momentami mocy, czasem inicjacji, a więc te, w których ojciec pomaga dziecku wykonać np. pierwszy skok z huśtawki czy nauczyć je jeździć na rowerze. Pamiętam, przegapiłem jeden z momentów mocy u młodszego syna. Zbierałem się kilka dni, żeby mu przygotować rower, żeby zaczął jeździć bez wspomagania. Tymczasem nasz sąsiad, starszy pan, zobaczył, że on już nieźle śmiga i bez żadnego gadania wziął i odkręcił mu boczne kółka. Byłem wściekły na siebie, że ja ten moment mocy straciłem, że to nie była moja zasługa. Na momenty mocy trzeba mieć czas.

Stawiamy na rodzinę, więc dlaczego tyle akcji skierowanych jest tylko do ojców?

Ponieważ sam jestem ojcem i widzę, czego brakuje. Ogromnym deficytem naszych czasów jest relacja między ojcem a dzieckiem. Jeżeli nie wypracuje się relacji z synem do ok. 6.–7. roku życia i chce się być ojcem, kiedy chłopak zaczyna dorastać, to zaczyna się niezła jazda. Bunt nastolatka zderzony z oczekiwaniem, że będzie posłuszny, sprawia, że regularnie iskrzy i łatwo się wtedy zniechęcić do ojcostwa, odpuścić, powiedzieć: „Idź, synu, życie ci to zweryfikuje”. Tak zamyka się okno dialogu i otworzy się, śmiem twierdzić, dopiero, kiedy syn będzie miał ok. 30 lat, kiedy przyjdzie moment refleksji. Pytanie: czy warto czekać? Poza tym bycie rodzicem powinno być frajdą i sprawiać radość; czymś, co pozwala się nam rozwijać. Warto tego szukać.

Ojciec jednak zawsze kojarzył się z tym, który przede wszystkim zabezpiecza byt rodziny. Pan pokazuje zupełnie inną perspektywę.

Największą sztuką jest to wyważyć. Fajnie ktoś powiedział, że z wychowywaniem dziecka jest jak z pakowaniem walizki – obowiązuje ta sama reguła – co włożysz, to wyjmiesz. Rolą ojca jest przyłożyć się do tego, żeby w walizce dziecka było jak najwięcej potrzebnych mu rzeczy. Trzeba odłożyć na bok swoje ambicje i obserwować dziecko. Pomóc mu odkryć jego potencjał i tam wpompować energię. Jeżeli wierzymy w Boga, to wiemy, że każdy z nas jest tutaj po coś. Bóg ma jakiś zamiar wobec nas i on jest zapisany już w środku naszej duszy. Problem jest z tym, że z każdym rokiem naszego życia na tym napisie narasta warstwa patyny i staje się on coraz mniej czytelny, zlewa się z tym, czego chcą rodzice, szkoła, rynek pracy itd. Dopóki nie znajdziemy sposobu, by odkryć talent dziecka, to wychowujemy frustratów. Jako Polacy za mało się uśmiechamy, bo za mało z nas robi to, co kocha.

Co Pan pakuje swoim synom do walizki?

Tym, co chciałbym, żeby chłopcy mieli w walizce, jest szeroko pojęta wdzięczność i samoświadomość. Trzeba wiedzieć, po co jestem, co sobą reprezentuję, w co wierzę, a z drugiej strony, że jestem pochodną tego, co się wydarzyło wcześniej, i tego, co się dzieje. Trudno moim zdaniem być szczęśliwym ignorantem i arogantem, mimo że może wyglądać na to, że komuś z tym dobrze. Brak wdzięczności, miłości i empatii jest nieszczęściem obecnych czasów. Jeżeli nie potrafimy powiedzieć „dziękuję”, nie potrafimy się cieszyć, a jeśli nie potrafimy się cieszyć, to jaki jest sens życia? To jest chyba kluczowa rzecz. Natomiast trudno jest nauczyć wdzięczności, kiedy się jest hejterem, który się uaktywnia na FB pod fałszywym kontem, albo kimś, kto obraża innych. Im mniej frustratów wśród dorosłych, tym więcej radosnych dzieci i lepsza przyszłość nas wszystkich.

Z rozmowy z Panem wynika, że rola ojca jest kluczowa.

Statystki i badania wykazują, że przekaz od ojca ma 70 proc. mocniejszą siłę dotarcia do dziecka niż przekaz od mamy. Nie wiem, z czego to wynika, ale warto mieć tego świadomość. Oczywiście najistotniejsza jest spójność przekazu. Pan Jacek Pulikowski w czasie warsztatów powiedział, że najlepszą rzeczą, którą ojciec może dać swojemu dziecku, jest miłość do jego matki. Jeżeli tam jest wszystko poukładane, jest spójność działania, pełne wsparcie, darzenie siebie szacunkiem, to dzieci dostają jeden przekaz i jeden obraz. Autorytet ojca jednak przekłada się na wiele spraw, dotyczy to zarówno synów, jak i córek. Jeśli ojciec jest dla dzieci obrazem Boga, to naprawdę sporo mamy do zrobienia dobrego, ale też wiele możemy zepsuć. Warto więc chociaż dołożyć wszelkich starań, żeby dziecko wspierać i pomóc mu być silniejszym w przyszłości. John Eldredge w „Dzikim sercu. Tęsknotach męskiej duszy” pisze, że słowo ojca może dodać skrzydeł i pomóc przenieść góry, ale może też zabić. Tylko słowo.

Ojcostwo promieniuje na całe przyszłe życie dziecka?

Promieniowanie ojcostwa mnie kojarzy się z atomowym tatą. Radioaktywność, promieniotwórczość w atomie występuje zawsze, pytanie, czy tego efektem będzie pozytywna „energia atomowa” dająca napęd na całe życie, czy niszczycielskie działanie wywołujące „chorobę popromienną”. Podobnie ojcem jest się zawsze – od momentu poczęcia dziecka – i promieniowanie ojcostwa wstępuje też zawsze. Pytanie tylko, czy będzie ono w skutkach pozytywne, czy negatywne. Jeśli jesteś zaangażowany, to promieniowanie ojcowskie napędza „elektrownię życia” dziecka na plus. Nie umiera ono na chorobę popromienną, ale może być świetnym reaktorem, który będzie potem czynił dobro i wytwarzał energię niemal nie do wyczerpania. Przeciwieństwem jest destrukcyjne oddziaływanie. Nie istnieje „neutralne” oddziaływanie ojca. Wypowiedź Grzegorza ze spotu, który mówił, że nie ma dobrych wspomnień związanych z tatą, uświadomiła mi, jak szczęśliwe dzieciństwo miałem i jak wdzięczny za to jestem moim rodzicom. Niektórzy mają niesamowity bagaż obciążeń i muszą z tym żyć. Choć przykład Grzegorza pokazuje, że nieważne jest obciążenie „walizki”, którą niesie, bo potrafi być wspaniałym mężem i jestem przekonany, że niebawem będzie również wspaniałym ojcem.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy