Nowy numer 42/2019 Archiwum

Ja się mu dobrze napatrzyłam

Zofia i Franciszek Wójciakowie mają prawie po 100 lat, a 23 lutego obchodzili 73. rocznicę ślubu.

W lutym 1946 r. Zofia Bandyk miała 23 lata. W czasie okupacji działała w AK, była łączniczką kpt. Juliana Zapały ps. „Lampart”. Sama też miała pseudonim – „Orlica”. Przysięgę wierności Polsce razem z koleżanką złożyła nocą na jednej z gorczańskich łąk na ręce samego kapitana.

– Nosiło się meldunki, czasem broń. Szczęście, że nikt nas nie wydał, bo Niemcy by zabili, a dobytek spalili – wspomina pani Zofia. Jej ojcowizna znajduje się na początku os. Jaszcze. A na samym jego końcu, już pod szczytem, stał dom Wójciaków. Jednym z dziewięciorga ich dzieci był Franciszek, rok starszy od Zofii. I on przeżył wojnę, choć raz otarł się o śmierć. Szedł leśnym duktem do kośby, kiedy nagle został zatrzymany przez rosyjskich partyzantów. Tłumaczył im, że swój, że stąd i że nic nie powie. Kazali mu iść, ale czuł, że cały czas w niego celują. – A jak strzelą? Kto mnie tu w tym lesie znajdzie? – zastanawiał się, przerażony. Zostawili go jednak w spokoju. I to dziw, że przeżył wojnę, choć w jego domu zatrzymywali się partyzanci i ci, którzy za takich chcieli uchodzić. I Niemcy też przyjeżdżali.

Niedziela bez bólu głowy

Bandykowie i Wójciakowie dobrze się znali. Upatrzyli sobie Franciszka i Zofię na męża i żonę. „Widzisz, oni mają tam pole, a my nie. Połączymy się i będzie wam dobrze” – tłumaczyli dziewczynie. Ale jak to tak, bez poznania siebie, zakochania? – Ja się dobrze napatrzyłam Frankowi, bo często koło naszego domu przechodził i gruszki ukradkiem rwał z drzew, co rosły przy drodze. „A sadziłeś!?” – wygrażał mu mój ojciec – opowiada pani Zofia. Jak uradzili rodzice, tak młodzi zdecydowali. Kilka miesięcy po zrękowinach odbył się ślub. Wypadł w jedną ze śród mroźnego lutego 1946 roku. – Ksiądz proboszcz Józef Śledź ustalił, że śluby będą odprawiane w środy, bo jakby były w soboty, toby goście z bólem głowy na Mszę w niedziele przychodzili lub, co gorsza, w ogóle by nie przyszli – śmieje się pani Zofia. A dlaczego w lutym, a nie w lecie? – Franciszkowi musiało być zimno, to się chciał jak najszybciej ogrzać – dodaje z humorem góralka.

Na nartach do wybranki

27 lutego 1946 r. sypał śnieg, był mróz i wiało. Franciszek wdział eleganckie portki, założył białą koszulę spiętą góralską spinką, kożuch, na głowę kapelusz, a na plecy worek z bimbrem. Z najwyżej położonego domu nie dało się zejść, trzeba było inaczej. Pan młody założył więc narty, odbił się kijami i sunął wprost pod dom Bandyków. Zofia czekała na przyszłego męża w pożyczonej spódnicy. Nauczyła się szyć i na ślub sprawiła sobie piękną bluzkę z wielką kokardą. Tego dnia ich ślub i dwa inne błogosławił ksiądz proboszcz. Po obrzędzie młodzi wrócili do domu Bandyków, gdzie weselili się z całą rodziną przy dźwiękach góralskiej kapeli. Mama Zofii napiekła na przyjęcie delikatne drożdżowe buchty. Pomagała na plebanii i przypatrzyła się, jak gospodyni je przygotowuje. Po latach mało kto będzie pamiętał, co się jadło i piło na weselu – poza tymi buchtami.

Dwa metry płótna na pieluchy

Poezję wesela zastąpiła rychło proza codzienności. Młodzi utrzymywali się z pola, krowy dawały mleko i ser, kury – jajka, choć wiele z tego powędrowało w cudze ręce, na sprzedaż. Rodziły się dzieci. Ośmioro, w tym synowie bliźniacy: Czesława, Stanisław, Jan, Jadwiga, Maria, Tadeusz, Krzysztof i Józef. Trudno było utrzymać dom tylko z ziemi. Trochę dutków było z wynajmu izby dla letników, ale i to mało. Franciszek zapisał się więc do roboty jako pracownik leśny. Ile tam płacili? – Niewiele, choć tyle, że jeszcze wyprawki dawali. Dwa metry płótna na pieluchy – wspomina pan Franciszek. Kłócili się czasem? – Ciche dni krótko trwały. Wystarczyło, że Franek zobaczył kurę grzebiącą w grządkach, żeby krzyknąć do mnie z drogi, bym ją wypędziła. I tak ciche dni się kończyły. W mgnieniu oka – śmieje się pani Zofia.

Otwarte drzwi

I tak dzień po dniu, rok po roku mijał czas. Dzieci rosły, synowie żenili się, córki za mąż wychodziły. – Doczekaliśmy się 21 wnuków i 24 prawnuków – liczą jubilaci, którzy 23 lutego obchodzili 73. rocznicę ślubu. Dla nich te ponad 70 lat wspólnego życia to „jakby kto drzwi otwarł i zamknął”. Czy faktycznie zamknął? – Rodzice nauczyli nas pracy i szacunku dla starszych – podkreślają dzieci Franciszka i Zofii. I to oni sprawiają, że drzwi życia jubilatów są cały czas otwarte, jak otwarta na wieczność jest Eucharystia, którą w rocznicę ślubu w domu, wśród dzieci i wnuków, za jubilatów odprawił ksiądz proboszcz Stanisław Kowalik.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL