Nowy Numer 21/2019 Archiwum

Stukot kół pod poduszką

Golgota Wschodu to krzyż, który trwa. Choć jest ich już niewielu, rany sybiraków wciąż krwawią. Pamięć o najtragiczniejszej historii Polski musi zmartwychwstać.

Matka Boska Sybiracka, Katyńska i Wołyńska wciąż zbiera polskie łzy. Pisze o nich Stanisława Wiatr-Partyka z Tarnowa, która dla pamięci o Golgocie Wschodu zrobiła bodaj najwięcej. Tysiące spotkań, wykładów, przedsięwzięć, audycji, artykułów, kilka książek, przejmujące wiersze, w których opowiada, jak było. W tym z pewnością pobiła rekord Polski, ale choć ma blisko 90 lat, nie powiedziała jeszcze wszystkiego. Ból przyjął papier, ale świat zdaje się jeszcze na niego niegotowy, bo Golgota Wschodu to krzyż, który nadal trwa. Na nim wciąż ktoś umiera. Wielu z nas tego nie widzi. Polska nadal nie może doliczyć się ofiar Katynia, wywiezionych na Sybir, a na rzeź wołyńską nie chce nawet patrzeć, tak straszna. Tej krzywdy opisać się nie da.

Gdzie jest nasz Zygmuś?

Mieczysław Śliski z Dąbrowy Tarnowskiej do dziś pamięta, jak będąc małym dzieckiem, przychodził na Wigilię do dziadków i wtedy babcia po wspólnej modlitwie zawsze pytała: „Gdzie jest nasz Zygmuś?”. Zaraz sama odpowiadała: „Zamordowali go bolszewicy”. – Dziadek schylał wówczas głowę i ukradkiem, żeby nikt nie widział, ocierał chusteczką łzy – wspomina pan Mieczysław, którego wuj Zygmunt Śliski został zamordowany przez NKWD w Twerze w 1940 roku strzałem w tył głowy. Ostatni list, datowany na 16 sierpnia 1939 roku, w którym przesyła ucałowania dla dwuletniego wówczas Miecia, wysłał z Wojsławic. Dziś pan Mieczysław przechowuje pamięć o nim i jego dwóch braciach, którzy służyli ojczyźnie, o wujku Leonie i Augustynie, który mając 17 lat, uciekł z domu, żeby wstąpić do marynarki. Wszystko – uporządkowane w kilku segregatorach, w pudełkach, szafie – zajmuje jeden cały pokój. Pan Mieczysław Śliski jest wiceprezesem tarnowskiego Stowarzyszenia Rodzin Ofiar Katyńskich. Ofiary Katynia to ich dziadowie, ojcowie, wujowie, przyjaciele. – Ci ludzie też są ofiarami, bo jak żyć tylko wspomnieniami. Jak zapomnieć o koszmarze syberyjskiego piekła? – pyta historyk Renata Gomoła, która od wielu lat zaangażowana jest w projekt Ofiary Katynia z Ziemi Tarnowskiej.

Polska ich nie witała

Sybir jednak nie skończył się dla deportowanych wraz z powrotem z Syberii czy Kazachstanu. On w Polsce trwał nadal. Dla rodzin pomordowanych w Katyniu, Charkowie czy Twerze gehenna trwała pół wieku. Zabójczy wręcz był dla nich czas, kiedy o przodkach nie wolno było im mówić. Przyznanie się do ojca, który zginął w Rosji, wiązało się z prześladowaniami, a za złożenie kwiatów pod pomnikiem w rocznicę zbrodni katyńskiej narażało na przesłuchiwania i nękanie. Zostali zepchnięci na margines i zastraszeni. – Syberia Syberią, ale tam była wiara, nadzieja i miłość. W tym wypadku to nie symbol, ale fakty. To nas ratowało. Natomiast po powrocie stamtąd spotkało nas to samo. Polska jawiła się nam jako zlepek niezrozumiałych zjawisk – nie to, co nosiliśmy w sercu – mówi Stanisława Wiatr-Partyka, przez wiele lat prezes tarnowskiego Związku Sybiraków. Do dziś zapach pasty do butów kojarzy się jej z rozstaniem i dramatem. Kiedy rodzice się żegnali, obejmowała nogę ojca, kucając, i czuła wyraźny zapach wyglancowanych oficerek. Miała zaledwie 9 lat, gdy zamordowano go w Twerze 13 kwietnia 1940 roku. Razem z chorą matką i ponad milionem Polaków w bydlęcych wagonach wywieziono ją na Wschód. W północnym Kazachstanie, w kołchozie, spędziła z mamą ponad 6 lat – długich, chłodnych i głodnych. Takim samym pociągiem – niczym się przynajmniej nie różnił, poza tym podróż też trwała miesiąc i matka podczas niej także chorowała – w 1946 roku przyjechały do Tarnowa, gdzie mieszkała rodzina jej ojca. Polska nie przywitała ich z otwartymi ramionami. Tylko sąsiadka szeroko się uśmiechała.

Oni nigdy nie wysiedli z tego pociągu

– Sybiracy są grupą ludzi, a właściwie byli, bo iluż ich zostało – zepchniętych na margines normalnego życia, niespełnionych, żyjących w ciągłym strachu przed światem zewnętrznym – twierdzi pani Stanisława Wiatr-Partyka. – Większość z nich ma nabożny stosunek do jedzenia. Ja już nie, ale moja mama tak miała. Kobiety wciąż suszyły suchary w płóciennych ścierkach. Nawet radziły jedna drugiej, jak to robić najlepiej. Co jakiś czas trafiały one na stół, a wtedy suszono nowe. Wisiały w mieszkaniach na wypadek, gdyby zapukali do drzwi i kazali się pakować. To trwało wiele, wiele lat – opowiada pani Stanisława. Jej kolega z Łodzi, sybirak, bał się śniegu. Zasypany na Syberii w czasie burzy śnieżnej, tzw. buranu, ledwo uszedł z życiem. Trauma w nim została. – Ja się bałam ludzi w mundurach. Kiedy przechodziłam obok koszar przy ul. Mościckiego nigdy nie szłam tamtą stroną i cały czas oglądałam się za wartownikiem, który stał w budce, czy mnie nie goni albo we mnie nie celuje. Potem to minęło – opowiada pani Stanisława. Zostały koszmary nocne, o których w swoich wierszach pisała wręcz obsesyjnie. W czasie bezsennych nocy, których jest multum, na granicy snu i jawy pod jej poduszką zaczynają stukać koła pociągu. Monotonny stukot kół z przejmującym gwizdem lokomotywy. Miał go wyciszyć działający przeciwlękowo sedam, ale w zbyt dużych dawkach uniemożliwiał jakiekolwiek funkcjonowanie. Po pierwszym spotkaniu sybiraków z uczniami w I Liceum Ogólnokształcącym Kinga Gałuszka, wtedy uczennica tej szkoły, napisała reportaż, w którym jak lejtmotyw przewijało się zdanie: „Oni nigdy nie wysiedli z tego pociągu”. – To było niesamowicie przejmujące i bardzo trafne – ocenia pani Stanisława.

Cała jej rodzina umarła z głodu

Kiedyś zaproszono sybiraków do Dulczy. Odsłaniano tam tablicę pamiątkową na kościele poświęconą ks. Kazimierzowi Zającowi, który krótko był ich kapelanem. Pojechali więc sporą grupą autokarem. Po Mszy św. zaproszono ich do szkoły. Spotkanie odbywało się na dużym korytarzu. Od schodów do sceny ciągnęły się stoły biesiadne, na których poustawiano miseczki i patery pełne kromek chleba. Sybiracy starym zwyczajem usiedli pod ścianą. Korytarz wypełnili miejscowi, akowcy, sołtysi okolicznych wsi, strażacy, nauczyciele. Wszyscy patrzyli na scenę. Uczniowie przygotowali przedstawienie. – W pewnym momencie dostaję sójkę w bok, odsuwam się, słucham dalej, ale za chwileczkę znowu. Pani Wanda, siedząca obok, wskazuje rękę, która wahadłowym ruchem zabiera kromki chleba z patery. Przestraszyłam się, bo ludzie nie patrzą już na scenę, lecz na tę moją sybiraczkę. Ścierpłam. Pozbierała wszystko do ostatniej kromki – opowiada pani Stanisława. Ktoś z organizatorów zauważył, że patera jest pusta, otworzył szeroko oczy, ale przyniósł następną, pełną wiejskiego chleba. Pachniał. Sybiraczka i ten poupychała w torebce, w kieszeniach, za pazuchą. – Nie mogłam milczeć. Musiałam wyjść i powiedzieć, kim my jesteśmy. Na palcach ręki, która pozbierała ten chleb, była kosztowna biżuteria. W szafie tej sybiraczki na pewno wisiały ze trzy futra, miała samochód, własny dom, prowadziła sklep, wyjeżdżała na zagraniczne wakacje i pielgrzymki, ale patrząc na ten leżący chleb, wyłączyła się z rzeczywistości zupełnie. Nie mogła go nie wziąć do domu. To był syndrom sybiraka w klasycznej formie. Musiałam ludziom powiedzieć, że cała jej rodzina umarła z głodu, że została sama – tłumaczy pani Stanisława.

Sybir go pokonał

Jerzego Ćwirko-Godyckiego, który mieszkał w Róży, pani Stanisława uczyła w technikum mechanicznym. Najniższy w klasie, siedział w ostatniej ławce, schowany za barkami kolegi, zawsze z oczami spuszczonymi w dół. Ginął. Nie dostrzegła w nim sybiraka, choć może nawet razem jechali tym samym pociągiem. Dyrektor, przyjmując go do szkoły, skrócił mu nazwisko i kazał przepisać życiorys, jeśli chce skończyć jakąś szkołę. Do swojej pani profesor zadzwonił po latach, prosząc o spotkanie. Przyszedł z naręczem róż i konkretnym zadaniem, by założyli Związek Sybiraków. Był jego założycielem i przez wiele lat wiceprezesem. Napisał książkę „Trzy pokolenia w Sybir wpisane”. Któregoś dnia wieczorem, wysłuchawszy dziennika, wyszedł z domu i powiesił się w stodole. Syberia się o niego upomniała. Całe życie szukał swego ojca, wiedział, że został wywieziony gdzieś do Rosji, chciał wiedzieć, gdzie zginął. Wreszcie znalazł jego ślady. Dowiedział się, że był w łagrach na Kołymie, gdzie przez wieczną zmarzlinę przekładano pierwszą kolej żelazną. Pracowali tam wyłącznie więźniowie gułagów, głównie Polacy. Świadomość, że jego ojciec leży pod podkładami torów i nieustannie po nim jeżdżą te przeklęte pociągi, nie pozwoliła mu żyć. Miał wspaniałą rodzinę, dom, samochód, dwóch synów, córkę, wszyscy po studiach skończonych z wyróżnieniami. Sybir go pokonał.

Ballada o Jasiu, którego nikt nie chciał słuchać

– Każdy z sybiraków nosi w sobie jakiś dramat. Każdy – powtarza pani Stasia. O wielu z nich pisała. Jasiowi, którego nikt nie chciał słuchać, dedykowała balladę. Kiedyś płakał na zebraniu, bo najbliższy sąsiad go zapytał, po co na ten Sybir jechali. Wszyscy mieli dość jego wspomnień, martyrologii. Któregoś dnia pan Jan poszedł na działkę, wyjął z kieszeni sznur i się powiesił. W wierszu pani Stanisławy Jaś słyszy jeszcze na koniec echo ciągłego wołania: „rodacy”, „wody”, „chleba”, „mamo” i stukot tych cholernych kół. Mareczek, jego wnuk, pędził do niego na rowerze, chciał usłyszeć o jego Syberii, ale nie zdążył. Nie wieszajmy tej pamięci. Pomóżmy jej zmartwychwstać.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL