Nowy numer 33/2020 Archiwum

„Eksperyment tarnowski”

W 1965 roku, w czasie czwartej sesji Soboru Watykańskiego II obecny na niej bp Jerzy Ablewicz podpisał dekret „Ad gentes”. Podpis miał swoją siłę.

Dokument „Ad gentes” poświęcony jest misjom i akcentuje konieczność współpracy wszystkich biskupów dla dobra Kościoła powszechnego. „Podpis nie był rzucony »na wiatr«. Świadomość troski bp. Ablewicza o wszystkie Kościoły zaowocowała wysłaniem w 1973 księży »fidei donum« do Konga” – pisał nieżyjący już ks. Antoni Kmiecik, były dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych w Polsce.

Pragnienie

Wyjazdy do Konga były początkiem, jak pisze ks. Kmiecik, „eksperymentu tarnowskiego” i były to pierwsze wyjazdy stricte misyjne, ad gentes. Trzeba pamiętać, że w 1961 roku do Brazylii wyjeżdża ks. Jan Jarosz. Potem do tego samego kraju jedzie ks. Tokarz, który szybko wraca, i ks. Adamczyk, który pracował tam 40 lat. – Nie były to jednak wyjazdy w duchu encykliki „Fidei donum”, bo kiedy wyjeżdżali, to nawet nie wiedzieli, że jest taka encyklika. Mało tego, pierwsi nasi „kongijczycy” także nie wiedzieli o tej encyklice z 1957 roku – przypomina ks. Krzysztof Czermak, wikariusz biskupa tarnowskiego ds. misji. Można powiedzieć, że trzy wyjazdy do Brazylii były, za zgodą biskupa, podróżami duszpasterskimi na własną rękę i na własny rachunek. Tymczasem u bp. Ablewicza pojawia się w 1968 roku ks. Stanisław Święch, wówczas wikariusz w Bochni, który prosi go o zgodę na pójście do zgromadzenia księży sercanów, co wiąże z pragnieniem wyjazdu na misje. – Biskup Ablewicz przyznawał potem, że ta decyzja ks. Święcha dała mu wiele do myślenia – tłumaczył ks. Kmiecik. Pokazała, że wśród księży diecezjalnych także może rodzić się powołanie misyjne, co wcześniej było domeną zgromadzeń zakonnych.

Czterech

Kiedy więc w 1972 roku bp Jerzy Ablewicz otrzymuje prośbę o księży od bp. Georges’a Firmina Singhi z diecezji Owando z Ludowej Republiki Konga (przekazaną przez kard. Rubina, a potem przez Konferencję Episkopatu Polski), traktuje ją bardzo poważnie. – Okazuje się, że biskup ma „bank” księży, którzy niezależnie od siebie, nie wiedząc o sobie nawzajem, zgłosili już biskupowi chęć wyjazdu na misje. Widać w tym działanie Ducha Świętego – przyznaje ks. Czermak. Spośród pierwszej czwórki, wśród której są ks. Stanisław Jeż, ks. Stanisław Łacny, ks. Andrzej Piotrowski i ks. Wojciech Mach, tylko temu pierwszemu biskup zaproponował misje, bo był szefem kółka misyjnego w seminarium. Mało tego, jako szósty czy siódmy z kolei na misje wyjeżdża ks. Stanisław Pawłowski, który gotowość wyjazdu na misje zgłasza biskupowi jeszcze jako kleryk. W 1972 roku pierwszych trzech księży wyjeżdża do Rzymu na audiencję do Pawła VI, a potem na parę miesięcy do Francji na kurs językowy, skąd w 1973 roku wyruszają do Konga. Po paru miesiącach, z powodu turbulencji paszportowych, dołącza do trójki czwarty, ks. Wojciech Mach. Zaczynają się regularne wyjazdy księży tarnowskich na misje.

Tu jest zaplecze

Ksiądz Antoni Kmiecik zręby konstrukcyjne systemu nazywa „eksperymentem tarnowskim”. – Polega to na tym, że biskup posyła po dwóch, trzech, a nawet czterech w jedno miejsce, do jednego kraju, Konga. W pewnym momencie mieliśmy tam 19 tarnowskich księży – przypomina ks. Czermak. Sytuacja zmienia się, kiedy ambasada radziecka w komunistycznym Kongu wyrzuca z kraju ks. Jana Ziobronia, który z konieczności „otwiera” dla wyjazdów tarnowskich fideidonistów nowy kraj – Republikę Środkowoafrykańską. W tym „eksperymencie” jest coś, co odróżniało diecezję tarnowską od innych. Pierwsze misyjne wyjazdy diecezjalnych kapłanów z Polski zasadniczo były (jak w przypadku tarnowskich pierwszych „brazylijczyków”) prywatną inicjatywą duszpasterską. Dopiero od 1973 roku biskup Ablewicz zaczął posyłać w imieniu Kościoła tarnowskiego. Sam żywo interesował się pracą misjonarzy. Zapewniał jej wsparcie modlitewne. – W 1975 roku pojawia się okólnik, w którym biskup zarządza comiesięczne nabożeństwo misyjne w parafiach, a także decyduje o tworzeniu funduszu wspierającego misjonarzy. Dzięki temu udaje się także materialnie wspierać misjonarzy, a w czasach komuny to było wielkie osiągnięcie. Udaje się wysłać na misje agregaty prądotwórcze, kilka motocykli, a nawet nyskę – przypomina ks. Krzysztof Czermak. W dekrecie „Ad gentes” wyraźnie zaznaczono, że na misje biskup posyła „niektórych z najlepszych swoich księży”. – Powtórzone to jest w „Redemptoris missio”. Jeśli popatrzymy na naszych misjonarzy, choćby na księży długodystansowców, którzy pracują na misjach po kilkanaście czy ponad 20 lat, to możemy stwierdzić, że trudno tyle lat pracować z powodu kaprysu czy zachcianki – mówi ks. Czermak. To musi być miłość.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama