Nowy numer 22/2020 Archiwum

Obdarowana, by kochać

Magdalena Kleczyńska z Bochni o bałaganie na pulpicie laptopa, nauce obdarowania i wzorze kobiecości.

Grzegorz Brożek: Gdyby Pani miała sobie sama napisać notkę biograficzną, co by się w niej znalazło?

Magdalena Kleczyńska: Napisałabym: specjalistka od bycia żoną Darka od 10 lat oraz bycia matką Emilki, Stasia i Karolinki. Poza tym pasjonatka bycia z ludźmi i inspirowania do bliższej relacji z Jezusem Chrystusem.

Często bywa tak, że świadectwo wiary chętnie dają ludzie, których życie przewróciło się o 180 stopni, którzy przeżyli głębokie nawrócenie. U Pani też tak było?

Nie, bo Jezus zawsze był moim przyjacielem. Z domu wyniosłam wiarę, i to wiarę relacyjną. Owszem, były takie momenty, że kiedy mama zapraszała do pójścia na nowennę, ja mówiłam „nie”, bo był też potrzebny czas, że sama musiałam zdecydować. Stało się to na rekolekcjach ignacjańskich, kiedy podjęłam decyzję, że to jest moja wiara, że chcę być w niej świadomie, i to nie minimalistycznie, schematycznie, ale że chcę żyć z Jezusem na co dzień.

A nie zachwiała się Pani wiara, kiedy przyszedł czas próby?

To było, kiedy Emilka nam zachorowała. Trafiła do szpitala i lekarze przez pół roku szukali choroby. Wydawało się, że już będzie diagnoza, ale przychodziły kolejne badania, kolejne wyniki i wszystko się rozjeżdżało. Ostatecznie lekarze skłaniali się ku temu, ale pewności nie było, że to jest autoimmunologiczne zapalenie wątroby. Lekarze mówili, że prawdopodobnie konieczny będzie przeszczep, a może do niego nie dojść, jeśli nie znajdziemy dawcy. Wierzyliśmy z Darkiem całym sercem, że Jezus jest jedynym lekarzem, który może nam pomóc. Emilkę wypisali, ale wyniki były słabe. Dzień w dzień modliliśmy się, jeździliśmy na rekolekcje, na modlitwy wstawiennicze. Przyszedł jednak moment, kiedy odpuściliśmy. Powiedzieliśmy: Boże, Ty zdecydujesz, my powierzamy ją Tobie. Tymczasem ktoś radził, byśmy pojechali do Medjugorja. Ale to nie było proste, pieniędzy nie było dużo, bo choroba, lekarstwa, wyjazdy do lekarzy. Skąd wziąć dodatkowe 3 tys.? Zorganizowaliśmy akurat w parafii rekolekcje, ale musieliśmy pojechać do Warszawy na badania. Kiedy nas nie było, odbyła się zbiórka, żeby nam pomóc. Zebrano dokładnie 3 tys. zł i wiedzieliśmy, co z tą kwotą trzeba zrobić. W sylwestra wsiedliśmy z Emilką w samochód i pojechaliśmy pełni nadziei. Dziś trochę śmiejemy się z siebie, bo wchodziliśmy na Križevac z niespełna trzyletnim dzieckiem, trzymaliśmy je za ręce i ciągle myśleliśmy, że może teraz jakiś cud się wydarzy, może za parę kroków zobaczymy jakieś światło. Nie było nic. Jedynie jakiś pokój rozlał się w naszych sercach. Wróciliśmy i wszystko powoli zaczęło się układać. Wyniki zaczęły wracać do normy. Dziś Emilka jest zdrowa. To był czas, kiedy uczyliśmy się zaufania Bogu, zawierzenia, uwielbienia, modlitwy.

Pojechała Pani do sanktuarium maryjnego, a mówi o Panu Bogu? Nie szukała Pani pomocy u Maryi, u kobiety?

Przez całe życie bliżej mi było do Jezusa. Zresztą z chłopakami zawsze łatwiej mi się było dogadywać niż z dziewczynami. Dla mnie Maryja była kiedyś taka nierealna, niemożliwa, nieprzystająca. Ona delikatna, zasłuchana w Boży głos, cicha, a ja stawiająca na swoim, choleryczka, której wszędzie pełno. Nie pasowałyśmy do siebie.

To było kiedyś, a jak jest dziś?

Dziś Maryja jest moją przyjaciółką, najbliższą osobą. Było tak, że straciliśmy nasze drugie dziecko. Emilka była wtedy jeszcze w szpitalu. Kiedy oddawaliśmy je Bogu, a ja nie potrafiłam się z tym pogodzić, przyszła mi do głowy myśl: „Teraz będzie miało lepszą mamę”. Ta myśl wlała radość w moje serce. Drugi moment przyszedł, kiedy byłam w ciąży z Karoliną. W 13. tygodniu ciąży lekarze zauważyli u niej zwiększoną przezierność karkową. Diagnoza: na pewno będzie obciążona jakimiś wadami. Prosili, by się zastanowić. Pojechaliśmy znów do Medjugorja. Poszłam do Matki Bożej. Jestem na adoracji, klęczę, trzymam się balasek i wyję jak bóbr. „Matko Boża, ja się boję, bardzo się boję i bardzo Cię przepraszam, że się boję”. Zaczynają tymczasem śpiewać „Magnificat”. Słyszę słowa pieśni i przychodzi mi do głowy myśl, w sumie oczywista, że „Ona też się bała”. I ta myśl zabiera mi strach. Owszem, zastanawiam się, czy damy sobie radę, martwię się o to, ale się nie boję. Karolinka rodzi się zdrowa. To był jednak ważny moment zacieśnienia relacji z Matką Bożą. Zobaczyłam w niej wspaniałego człowieka, matkę Boga, a nie tylko ikonę, figurę, postać religijną.

Na jednej z sesji synodalnych mówiła Pani o Maryi jako kwintesencji kobiecości, wzorze piękna. Tak Pani uważa?

Kiedyś słyszałam, jak ktoś tłumaczył, dlaczego Maryja jest piękna, i odpowiadał na to pytanie, mówiąc, że jest piękna, bo kocha. Pomyślałam, że może dlatego było mi do Niej kiedyś daleko, bo może nie byłam zdolna do miłości pełnej całkowitego poświęcenia, kiedy całkowicie wyzbywam się myślenia o sobie.

Co jest podstawą kobiecości?

Podoba mi się bardzo to, że kobiety stworzone są do relacji. Dziś mam wrażenie, że próbuje się kobiety umieścić w profesjonalnych szufladkach korporacji, szczebli awansów, realizacji planów, natomiast odcina się kobiety od bycia z ludźmi i dla ludzi. Relacyjność to podstawa kobiecości. Dużo mówimy o tym na spotkaniach „Obdarowanej”. Mam troje swoich dzieci, ale matką próbuję, jeśli trzeba, być dla młodych, którzy przychodzą do poradni rodzinnej, w której posługuję. Próbuję zrozumieć, uspokoić, wytłumaczyć, pocieszyć, podejść z miłością, wydobyć dobro. To jest ta relacyjność, kwintesencja kobiecości.

Jeżeli kobiety są relacyjne, to dlaczego zazwyczaj najtrudniejsze relacje zachodzą między dwiema kobietami?

Zatraciłyśmy trochę zrozumienie i wartość prawdziwego piękna. Wydaje się, że piękna jest ta, która ma piękne włosy, głębokie spojrzenie, wspaniały uśmiech, cudowną cerę. Najlepiej wszystko naraz. Wszystko to, co zewnętrzne. Tymczasem piękno jest jakimś wewnętrznym światłem, które wylewa się na zewnętrz. Jako kobiety mamy problem ze zrozumieniem drugiej kobiety. Wanda Półtawska na „Obdarowanej” wspominała kiedyś, że kiedy chodziła do szkoły żeńskiej, nauczyciel wszedł do klasy wypełnionej harmidrem i gdy dziewczyny się uspokoiły, powiedział: „Pamiętajcie, że kobiecie trudniej być człowiekiem”. Coś w tym jest, że my jako kobiety jesteśmy poddane cały czas emocjonalności serca, nad którą nie umiemy czasem zapanować. Jesteśmy też poddane hormonom, co też jest trudne do opanowania. Kobiety muszą się siebie uczyć, wiedzieć, gdzie jest moja granica, kiedy powiedzieć sobie „stop”, żeby nie stracić równowagi, żeby nie wypaść z torów, nie wykoleić pociągu.

Jest Pani kobietą aktywną, jeździ Pani z konferencjami, spotyka się Pani z młodzieżą, z kobietami, niedługo ukaże się Pani książka. Mówi sobie Pani czasem „stop”?

W pewnym momencie życia zobaczyłam, że mam pewną łatwość dzielenia się. Robię to, bo są ludzie, którzy mówią, że to jest potrzebne. Wiem, że pierwszym zadaniem kobiety jest bycie żoną i mamą. Mąż, dzieci, potem rodzice/teściowie, a potem reszta świata. Mnie jest wszędzie pełno, bo mąż mi na to pozwala. Mój mąż Darek wie, że to mówienie, dawanie świadectwa, prowadzenie konferencji to jest moja pasja. Bardzo mnie wspiera, podobnie jak moi rodzice. Wie też, że to jest dla Boga. Mamy jednak układ, że powie mi, kiedy zobaczy, że zacznę „kozaczyć”, że rodzina coś traci. Wtedy zwolnię od razu i bez dwóch zdań. Jednak to jest owoc tego, że się siebie nauczyliśmy.

Pod koniec marca ukazać ma się Pani książka o bardzo długim tytule: „Obdarowani sobą. Poradnik budowania więzi dla małżonków, narzeczonych i par, które traktują swój związek poważnie”. Potrzebny jest taki poradnik?

Tytuł jest długi, żeby było wiadomo, o co chodzi. Książka powstała, bo dotąd takiej nie znalazłam, a wydaje mi się, także na podstawie doświadczeń spotkań z parami, że jest potrzebna. Ludzie mają kłopot z tym, co podstawowe. Na przykład z akceptacją różnic. Kobiety kręci piękno, a mężczyzn kręci siła. Mężczyzna naturalnie dąży do prawdy, a kobieta do dobra. Kiedy z Darkiem byliśmy tylko parą, czasem widziałam, że siedzi zamyślony. Zapytany, o czym myśli, odpowiadał, że o niczym. Nie wierzyłam, przecież to niemożliwe. Zaczynałam „kręcić swój kobiecy film”: pewnie nie chce mi powiedzieć, a skoro nie chce, to wiadomo o czym. Tymczasem to normalne. Porównuję to do ekranu komputera. Mężczyźni mają poukładane ikony katalogów. Tu jest praca, w innym katalogu spacer, w innym piłka nożna, w kolejnym majsterkowanie. Jeden jest pusty. Jeśli musi coś zrobić, to otwiera katalog i korzysta z niego. Kobiety natomiast mają cały czas pootwierane wszystkie okna na pulpicie i wszystkie zachodzą na siebie, przenikają się, wpływają na siebie nawzajem. Warto o takich rzeczach wiedzieć.

Co zrobić, by tworzyć udany związek?

Trzeba pokochać samą siebie także ze swymi ograniczeniami. Trzeba dużo słuchać, czytać, żeby rozumieć złożoność relacji. Gdyby nie to, że byliśmy z Darkiem w Ruchu Czystych Serc, słuchaliśmy, uczyliśmy się siebie, tobyśmy się strasznie ranili w małżeństwie. Ja mam dość gwałtowny charakter, jestem choleryczką, a Darek jest spokojny i serdeczny, pełen miłości. On by nie chciał, żebym ja była nieszczęśliwa, więc on byłby gotów unieszczęśliwić siebie, bylebym ja była szczęśliwa. Wiedzieliśmy o tym, nauczyliśmy się tego i dzięki temu możemy unikać takich sytuacji. Trzecia rzecz to dobra komunikacja. Tego można się nauczyć.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama