Nowy numer 44/2020 Archiwum

Jezus trzyma mnie w dłoniach

– Prawie 11 lat temu w mojej parafii zaczęła się wieczysta adoracja Najświętszego Sakramentu, która zdecydowała o moim życiu – opowiada tarnowski kapłan ks. Bartłomiej Wilkosz.

Kiedy zaczynała się wieczysta adoracja w Dąbrowie Tarnowskiej, właśnie skończyłem gimnazjum i zaczynałem liceum. Zastanawiałem się wtedy, co będę robił w życiu, także w kontekście kapłaństwa, bo pierwsze myśli o zostaniu księdzem pojawiły się u mnie pod koniec szkoły podstawowej. Szukałem znaków. Prosiłem nawet: „Jezu, jak chcesz, to ja ci nie będę robił problemów, ale przydałby mi się znak, że Ty chcesz”. Kiedyś w parafii usłyszałem kazanie o adoracji. Zainspirowało mnie to i zdecydowałem, że tam będę szukał odpowiedzi na pytanie, co mam w życiu robić. Wybrałem sobie godzinę i chodziłem na adorację zawsze w piątek po szkole.

Prostowanie ścieżek

To był dla mnie osobiście trudny czas, nie tylko z powodu konieczności podjęcia decyzji. Chciałem też opuścić moje rodzinne środowisko. Moi rodzice się rozwiedli, nie miałem normalnej rodziny, mama zostawiła mnie jeszcze przed moją I Komunią Świętą. Kiedy człowieka spotyka coś takiego, to z jednej strony wiesz, że żyjesz, ale z drugiej – wiąże się to z wieloma problemami. Kiedy podjąłem adoracje, zacząłem się też modlić, żeby moje życie się przemieniło, duchowo uzdrowiło, żebym mógł wyjść z tych trudnych doświadczeń, uwolnić się z tego. Towarzyszyły mi wtedy słowa z Księgi Izajasza: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie”. Na adoracji miałem głębokie poczucie, że Bóg jest ze mną, że jestem w jego rękach. W Kościele odnajdywałem spokój serca. Moja modlitwa o prostowanie ścieżek i o drogę powołania życiowego była prosta i szczera. Byłem pewien, że Bóg tego wysłucha na pewno. Wysłuchał.

Sprowadza Boga na ziemię

Przede wszystkim na adoracji Najświętszego Sakramentu ugruntowała się ścieżka mojego powołania, bo miałem inne pomysły na życie. Adoracja dała mi poczucie, że Bóg jest ze mną, że się mną opiekuje. Dostałem też znak, o który prosiłem. Adoracja pozwoliła mi zmierzyć się z moim doświadczeniem życiowym, przepracować je, znaleźć perspektywę. Kiedy, będąc już w seminarium, zaglądałem do mojego kościoła parafialnego i widziałem wieczorną porą 20–30 osób czuwających czy jak mówi papież Franciszek – „opalających się” przed Najświętszym Sakramentem, to umacniała się moja wiara. Także moje powołanie, bo widząc ludzi, którzy klękają i patrząc na biały chleb, wiedziałem, że warto zostać księdzem, bo są ludzie potrzebujący szafarza, który sprowadza Chrystusa na ziemię.

Bóg mnie zna

Mówię dziś czasem, że jesteś tym, co adorujesz. Jeżeli dziś ktoś adoruje Chrystusa Eucharystycznego z wiarą, przekonaniem, to widać to po nim samym, w jego słowach, uczynkach. Adoracja to jest niezwykła sposobność, by doświadczyć bliskości Jezusa, tego, że jest z nami, że bezpośrednio możemy z nim rozmawiać, że możemy swoje życie konfrontować przed Nim, że możemy je w Nim zanurzyć. To nie było tak powszechne podejście przed laty, kiedy ludzie nie śmieli spoglądać na Najświętszy Sakrament, starali się utrzymać nabożny dystans. Dziś jest mnóstwo osób, które chcą czuwać. Także w nocy. To jest potrzebne nam, nie Jemu. Kiedy zaczynałem adorację, bliski byłem myśli, że muszę pozbierać swoje sprawy i o wszystkim porozmawiać, wygadać się. Tymczasem Bóg mnie zna, zna każdego z nas. Zna nasze grzechy, naszą małość, słabości. Nie trzeba mówić. W seminarium ojciec duchowny powtarzał: „Wiesz, Bartek, kiedy się idzie na adorację, nie trzeba wcale wiele mówić. Tam po prostu trzeba być. To Chrystus daje nam siebie”. Moja obecność jest potwierdzeniem tego, że chce, by Jezus dalej trzymał mnie w swoich rękach.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama