Nowy numer 3/2021 Archiwum

W butach od papieża chodzi od prawie 40 lat

Po raz pierwszy poszedł do Rzymu, kiedy był nastolatkiem. Ta pielgrzymka zahartowała go na całe życie.

Kiedy Ojciec Święty przybył po raz pierwszy do Polski, Włodzimierz Oleksy z Powroźnika chodził do technikum leśnego w Brynku. Jan Paweł II odwiedził nawet jego rodzinny Oświęcim. Był w pobliskich Wadowicach, Kalwarii, Krakowie. – Czerwiec 1979 roku przespałem. Nie byłem w żadnym miejscu, w którym był papież. Kiedy wyjechał z kraju, poczułem do siebie silny żal. Postanowiłem w jakiś sposób to nadrobić i zrehabilitować się. Od razu pomyślałem o tym, żeby udać się do Rzymu. Planowałem pojechać rowerem, ale ostatecznie stanęło na tym, że pójdę pieszo – opowiada Włodzimierz Oleksy.

Nie było to łatwe. Nawet nie miał jeszcze 18 lat. Panowała głęboka komuna, ale nie poddał się. Zaczął pracować nad swoją kondycją. Rok 1980 dawał już większe nadzieje na zrealizowanie postanowienia. Osiągnął pełnoletniość, budziła się Solidarność. Znajomy ksiądz z Oświęcimia, salezjanin, rozpoczął studia we Włoszech. To on namówił jedną z włoskich rodzin, by wysłała mu zaproszenie. Na jego podstawie dostał wizę i paszport. Był styczeń 1981 roku. – Byłem tak zdeterminowany, że nie czekałem, ale wyruszyłem do Rzymu od razu, przyspieszając ferie i trochę je wydłużając. O moich zamiarach nie wiedzieli nawet rodzice, bałem się, że nie zgodziliby się. Zima była wtedy sroga, tęga i mroźna. 27 stycznia rano ksiądz odprawił dla mnie Mszę św. w kaplicy przy obozie Auschwitz. Miałem przy sobie 10 dolarów, parę koron, polskie złotówki oraz dwa adresy kontaktowe w Wiedniu i w Rzymie – wspomina. Zaplanował, że pierwszego dnia dojdzie do Cieszyna. Było już ciemno, kiedy przed jedną z pobliskich wiosek znalazł w zaspie półprzytomnego mężczyznę, który niemal zamarzł. – Pewnie za dużo wypił. Włożyłem go na swój śpiwór i dowlokłem przez pola do pierwszych zabudowań. Cały byłem spocony i zawiało mnie. Skutki tego odczuwałem przez wiele dni. Na szczęście okazało się, że jest z tej wioski. Sąsiedzi mu pomogli. Do Cieszyna dotarłem na 21.00. Jeszcze przez dwie godziny plątałem się po mieście, szukając noclegu. Zdeterminowany poszedłem na komisariat i tam mi pomogli. Od tego momentu do nikogo nie mam uprzedzeń, bo często pomoc nadchodzi stąd, skąd człowiek jej się nie spodziewa – mówi pan Włodzimierz. Przez Czechosłowację przemknął cichaczem i anonimowo, robiąc po 65 km dziennie, ze względu na szalejącą tam Służbę Bezpieczeństwa. Austria to był już inny świat, bajka. Pomoc okazało wielu ludzi. – We Włoszech między Chioggią a Rawenną ziąb wiejący znad Adriatyku przemroził mnie do szpiku kości. Nie jadłem już od półtora dnia i miałem problemy ze znalezieniem noclegu. Byłem bardzo zmęczony. Zdrętwiały z zimna usiadłem na ławce przy jakimś sklepiku, nie mając już siły. Poczułem tylko, że ktoś trąca mnie w ramię, mówi coś do mnie dużo i szybko. Zrozumiałem jedynie: Veni con me (chodź ze mną). To był ks. Mario Pintona. Nazywam go Szymonem z Cyreny moich pielgrzymek, bo potem wiele razy mi pomagał, a wtedy może i uratował życie – mówi pan Włodzimierz. Szedł do Jana Pawła II 33 dni, zdany na pomoc innych i Bożą Opatrzność. W dzienniczku streszczał każdy dzień. – Ta pielgrzymka zahartowała mnie na całe życie. Pokazała, że najważniejsze są psychika, upór i konsekwencja, bez tego nie udałoby się dojść. Pomagały przezwyciężyć nostalgię, zwątpienie i zmęczenie – zaznacza. Kiedy dotarł do Rzymu, papież po powrocie z Filipin wypoczywał w Castel Gandolfo. Przyjął nastoletniego pielgrzyma w niedzielę 1 marca 1981 roku. Po modlitwie Anioł Pański zaproszono go do papieskiej rezydencji. – W auli nie czekałem długo, a kiedy w drzwiach zobaczyłem uśmiechniętą twarz Ojca Świętego, padłem ze wzruszenia na kolana. Łzy jak grochy leciały na posadzkę. On podszedł do mnie, przytulił mnie, podniósł z kolan i ucałował. Kiedy dowiedział się, że jestem uczniem, wtedy zażartował: „To do Rzymu na wagary się przyszło”. Zwieńczył mój dzienniczek pielgrzyma swoim błogosławieństwem – wspomina pan Włodek. Od papieża otrzymał dwie pary butów – letnie i zimowe. Ucieszył go ten prezent. W nich poszedł do bazyliki św. Piotra i tam, trzymając jego figurę za prawą stopę, przyrzekł, że jeżeli Polska będzie krajem wolnym, to przyjdzie pieszo do niego jeszcze raz w 2000 roku. W Rzymie był od tego czasu wielokrotnie. Pieszo jeszcze dwa razy. W owym roku 2000 oraz w 2014 – na kanonizację. Pielgrzymował też pieszo do św. Rity, św. o. Pio, do groty św. Michała w Gargano, do Fatimy i Santiago de Compostela. Do tych dwóch ostatnich miejsc wędrował 105 dni, pokonując ok. 4500 km. Samotnie wędrował do wielu miejsc w Polsce – do Częstochowy, Kalwarii, kilka razy do Strachocina. Ile kilometrów już w ten sposób pokonał? – Nie wiem, ale licznik wciąż jest włączony – zapowiada.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama