Nowy numer 32/2020 Archiwum

Petersówka – willa pod Matką Boską

Jak w soczewce w tym domu skupia się historia – miasta, Galicji, niepodległej Polski i papieskich kremówek.

Dom u wylotu ul. Ogrodowej w kierunku Krakowa budzi ciekawość. Jest odsunięty od drogi, majestatyczny na tle otaczającej go zieleni. Stojące nieopodal bloki jeszcze bardziej potęgują wrażenie, że pochodzi z innego świata. Potocznie budynek nazywany jest Petersówką, od imienia jego budowniczych i właścicieli. – Nosił jednak nazwę „Willi pod Matką Boską” – mówi Zuzanna Peters-Musiał, mieszkająca obecnie z rodziną w domu, który w drugiej dekadzie XX wieku wybudował jej dziadek.

Mieszanka wedlowska

– Ja jestem tak zwaną „mieszanką wedlowską”. W mojej rodzinie są Austriacy, Ukraińcy, Polacy, jest też Włoszka, żona jednego z krewnych – zaczyna opowieść pani Zuzanna. Pradziadek Ignacy Peters był szefem urzędu skarbowego w Wadowicach, a jego syn Adam został lekarzem. Pracował m.in. w Brzesku, a później, dzięki staraniom Ignacego, otrzymał posadę lekarza powiatowego w Wadowicach. Pracował też w Cieszynie i w szpitalu miejskim w Tarnowie. Walczył podczas I wojny światowej, a zginął w czasie II wojny w obozie koncentracyjnym w Mauthausen. Nie chciał być traktowany jako Niemiec, wybrał polską tożsamość ze wszystkimi tego konsekwencjami. W Wadowicach dziadek pani Zuzanny mieszkał przy ul. Sienkiewicza 7. W ciągu swojego życia miał trzy żony. Pierwszą była Cecylia z Łapickich, która urodziła się w Tłumaczu na Ukrainie. Była grekokatoliczką. Później przeszła do obrządku rzymskiego. Jej brat Mikołaj Łapicki to znany bohater wojenny, walczył w obronie Lwowa. Otrzymał Virtuti Militari za bohaterstwo na polu walki. Drugi brat, Włodzimierz, też był żołnierzem, legionistą. Z małżeństwa Adama i Cecylii urodził się w 1918 roku Jerzy, ojciec Zuzanny. – Kiedy miał trzy lata, jego rodzice sprowadzili się do Brzeska, ale nie na długo. W tym czasie została zbudowana willa, jednak szczęście rodzinne prysło po śmierci Cecylii w 1929 roku. Pradziadek, który był prezesem skarbówki w Wadowicach, sprowadził do tego miasteczka mojego dziadka wraz z całą rodziną, czyli drugą żoną i moim tatą oraz jego siostrą. Tato chodził tam do jednej klasy z Karolem Wojtyłą, Jerzym Klugerem i Karolem Hagenhuberem – mówi pani Zuzanna.

Przyjaźń z Karolem

Jerzy Peters bardzo się zaprzyjaźnił z Karolem Wojtyłą, który często przychodził do mieszkania doktorostwa, częstował się ciastkiem, lemoniadą, ale nigdy nie jadł obiadu – spożywał go z ojcem w restauracji u pana Banasia. Dziadek dobrze się znał z ojcem Karola, który miał jednak mniej czasu na życie towarzyskie, ponieważ zajmował się domem, sprzątał, mył naczynia, cerował skarpetki. Poświęcił się swojemu synowi. – Robił wrażenie bardzo ostrego, surowego. Dopiero po pewnym czasie można było się przekonać, ile ciepła i miłości jest w tym człowieku – tak wspominał go Jerzy Peters. – Tato też bywał w domu Wojtyłów. Nie był dobrym uczniem, choć był synem doktora. Piętą achillesową ojca była matematyka, w której pomagał mu Karol. On był zresztą superkolegą, choć w klasie na lekcjach nie podpowiadał. Jurek Kluger przyznał się jednak, że mu pomógł na maturze z łaciny – śmieje się pani Zuzanna.

A po lekcjach – na kremówki

Chłopcy grali w piłkę po lekcjach, a w ramach zajęć szkolnych brali udział w przedstawieniach teatralnych. – To było wielkie zainteresowanie mojego ojca i Karola Wojtyły. Od dziecka ciągnęło ich do teatru. Tato przypuszczał, że Karol zostanie aktorem. Nigdy nie miał żadnej dziewczyny, koleżanki, owszem – tak. A był przystojny! Ja go poznałam dopiero, kiedy był arcybiskupem krakowskim; to był rzeczywiście przystojny mężczyzna, ujmujący siłą charakteru. Jako młodzieniec miał masę koleżanek, które pewno w nim się podkochiwały. Karol miał jednak inne pasje – teatr i kościół, w którym służył do Mszy św. Religijność wpoił mu ojciec. Myślę, że to go uratowało przed depresją, bo w Matce Boskiej znalazł swoją Mamę, kiedy ziemska odeszła. W mieszkaniu Wojtyłów sypialnia po śmierci Emilii była zamknięta na klucz. Tato się przyznał, że raz Karol zabrał go do tego pokoju. Pamięta, że był tam klęcznik, krzyż, przed którym modlili się ojciec z synem. Tato wspominał, że Karol był bardzo zdolny, koleżeński, nigdy nie brał udziału w bijatykach. Nikt jednak nie nazywał go kujonem. Był bardziej dojrzały niż pozostali chłopcy. Umiał pocieszać, był głęboko wierzący – mówi pani Zuzanna. Kolegą Wojtyły i krewnym Jerzego, który także zamieszkał w Wadowicach, był Karol Hagenhuber. – Ten Lolek był synem Karola, mojego wujka, który miał cukiernię najpierw w Krakowie, a później w Brzesku. Dziadek sprowadził krewnego do Wadowic, kiedy dostał posadę lekarza w tym mieście. I tak w Wadowicach powstała cukiernia, do której na kremówki chodzili uczniowie z gimnazjum, a wśród nich Karol Wojtyła – mówi pani Zuzanna. Kremówki co prawda można było już jeść w cukierni w Brzesku, ale te najsłynniejsze pieczono w Wadowicach. – Kawiarnia Hagenhuberów w Wadowicach była piękna, marmurowe stoliki i doskonałe ciasta przyciągały gości nawet z Krakowa – dodaje pani Zuzanna.

Czuję jego obecność

Czas szkolnej i młodzieńczej przyjaźni przerwała jednak historia. Jerzy Peters nie skończył gimnazjum z Karolem w Wadowicach. Po maturze w Jarosławiu wrócił do Wadowic, ale Karol mieszkał już w Krakowie. – W okresie wojny chyba się nie widzieli. W tym czasie umarli ojcowie – mojego taty i Karola. Koledzy z Wadowic spotkali się dopiero wojnie, po jednym z przedstawień, w którym grał mój tato (wcześniej występował w Tarnowie, a w 1964 roku przeniósł się do Krakowa, do Teatru Rozmaitości). Już wtedy bp Karol zaczekał na mojego ojca w teatrze, była rozmowa, a później kolejne wizyty na przedstawieniach, spotkania, listy. Przyjaźń z gimnazjum odnowiła się na dobre. Tato często bywał u abp. Karola, w trudnych sytuacjach życia zwracał się do niego po radę. A arcybiskup interesował się nie tylko jego życiem, ale i całej rodziny. Żył naszym życiem, podobnie jak życiem Lolka Hagenhubera. Tato bardzo często odwiedzał abp. Karola w Krakowie na Franciszkańskiej – opowiada pani Zuzanna. 16 października 1978 roku był w szpitalu po pierwszym zawale, kiedy powiedziano mu o wyborze kard. Wojtyły na papieża. Aż zasłabł z tego powodu. – Zmarł rok później. Z jego przyjaźni z Ojcem Świętym zostały pamiątki: zdjęcia, listy, okolicznościowe kartki. Z tą relacją łączą się też moje wspomnienia, bo raz ojciec zabrał mnie do abp. Wojtyły w Krakowie. Byłam bardzo zdenerwowana i arcybiskup to wyczuł. Kiedy mnie przytulił, a później pożartował, poczułam, jak stres mija i wraca poczucie bezpieczeństwa. Zrobił na mnie wielkie, pozytywne wrażenie. Byłam później na spotkaniach podczas wszystkich jego pielgrzymek do Polski. Chciałabym, żeby to wróciło… Tymczasem czuję obecność św. Jana Pawła II i zawsze się do niego modlę – podkreśla pani Zuzanna.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama