Nowy numer 2/2021 Archiwum

Wybór z marzenia

Adorować Boga to nadać sprawom właściwy porządek – mawia papież Franciszek.

To jest historia o tym, jak Jezus działa, jak porządkuje nasze życie, kiedy chcemy „tracić” czas na spotkania z Nim. Wszystko wydarzyło się w Dąbrowie Tarnowskiej.

– Moja adoracja Najświętszego Sakramentu zaczęła się od taty, który, kiedy ruszyła wieczysta adoracja w parafii, zarządzał modlącymi się z godzin nocnych i zapewniał obecność, kiedy początkowo były „puste godziny”. Potem wciągnął w dzieło adoracji mamę. Widziałem świadectwo mojego taty, który wstawał w nocy, jechał do kościoła, mimo że rano zaczynał pracę. Widziałem też, jak adoracja go zmienia, jak pogłębia jego wiarę – opowiada Maksymilian Osak. Za namową taty Maks i bracia zostali kiedyś ministrantami i lektorami. – Kiedy mama zaczynała adorację, miała kłopot, bo od nas dość daleko jest do kościoła. Ja miałem już prawo jazdy, więc też się zapisałem na godzinę swojej adoracji. To było z soboty na niedzielę o północy – mówi. Dla przeciętnego młodego chłopaka to czas spotkań, zabaw, rozrywek. – Zaczynałem adorację od czytania Pisma Świętego. Potem zrozumiałem, że mogę przyjść opowiedzieć Jezusowi o tym, co wydarzyło się w czasie mijającego tygodnia. Wtedy zacząłem odczuwać Jego realną obecność, stał się moim osobistym wyborem, nie tylko dokonanym za mnie przez rodzinę. Pan Bóg poprzez godziny adoracji zaczął mnie zmieniać. Pomagał mi walczyć z grzechami, niedoskonałościami. Ja zaś stawałem się bardziej świadomy swojej wiary, której byłem cały czas ciekaw. Od początku zaangażowałem się też w życie wspólnoty młodzieżowej w parafii. Wszystko to działo się trochę na zasadzie: z kim przestajesz, takim się stajesz – mówi. – Adoracja kosztowała mnie trochę wyrzeczeń, rezygnacji z towarzyskich spotkań, czego wcale nie żałuję. To mnie też hartowało, szczególnie kiedy trzeba było trochę „śmichów-chichów” znosić, kiedy oznajmiałem, że idę na adorację – uśmiecha się Maksymilian. Ale też Jezus dał mu piękne owoce czasu spędzonego na modlitwie, jak rozeznanie drogi życiowej. W maturalnej klasie zastanawiał się, co dalej. Wiedział, że dobrze czuje się w Kościele. Naturalną drogą wierzących młodych mężczyzn zaangażowanych w życie Kościoła było przez lata seminarium. – Ja zaś, patrząc na przykład rodziców, zawsze byłem przekonany, że właśnie życie małżeńskie i rodzinne mi jest pisane – mówi. Co zatem z tym ewangelizacyjnym zapałem? – Na adoracji usłyszałem wewnętrzny głos, który powiedział mi, bym postarał się zostać świeckim katechetą – opowiada. Dziś jest po 4. roku teologii. Został jeszcze rok. Potem chciałby podjąć pracę katechety. Nie z braku laku, nie z braku lepszego pomysłu, ale z głębokiego przekonania, a nawet marzenia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama